SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Jarosław Kaczyński był redaktorem naczelnym

Jarosław Kaczyński twierdzi dziś, że wolnych mediów w Polsce nie ma. 16 lat temu sam był redaktorem naczelnym 'Tygodnika Solidarność'.

Czy jego obecne przekonanie bierze się z tamtych doświadczeń? - zastanawia się "Przekrój".

Kaczyński został redaktorem naczelnym tygodnika ponad 16 lat temu nie aby zagwarantować w nim wolność słowa, ale przypilnować przestrzegania linii związkowej i utorować Lechowi Wałęsie zwycięstwo w wyborach prezydenckich.

– Wiem, że można mi na to odpowiedzieć: prasa powinna być niezależna. Jest jeszcze za wcześnie, na razie tak nie może być – tak Lech Wałęsa w 1989 roku tłumaczył decyzję o zmianach w „Tygodniku” i wyznaczeniu Jarosława Kaczyńskiego na szefa redakcji.

„Tygodnik Solidarność” powstał w 1981 roku i był gazetą NSZZ „Solidarność”. Pierwszym redaktorem naczelnym został Tadeusz Mazowiecki. Po wprowadzeniu stanu wojennego zdelegalizowano gazetę, która odrodziła się w 1989 roku na mocy porozumień Okrągłego Stołu. Nowym tygodnikiem kierował ponownie Mazowiecki, aż do czasu, gdy został wybrany na premiera solidarnościowego rządu. Odchodząc, przekazał stanowisko swojemu zastępcy Janowi Dworakowi, obecnemu szefowi telewizji. Nie zaakceptował go jednak wtedy Lech Wałęsa.
Wojna o tygodnik zaczęła się 12 września 1989 roku. Zaraz po wygłoszeniu w Sejmie exposé premier Mazowiecki dowiedział się, że Wałęsa mianował nowym redaktorem naczelnym swojego doradcę – senatora Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie wtedy zaczęła się w Solidarności „wojna na górze”.

Przez następne dni nikt nie poinformował oficjalnie dziennikarzy, że będą mieć nowego szefa. Jolanta Koral pamięta, że od znajomych dziennikarzy dowiedziała się, że dzwonił do nich redaktor Wojciech Giełżyński i proponował pracę w tygodniku, choć sam nie był tu zatrudniony. – Mówił, że idą duże zmiany i szykuje się sporo miejsc pracy – wspomina Koral. – A my nic o tych planowanych zmianach nie wiedzieliśmy.

20 września 1989 roku Jarosław Kaczyński spotkał się z zespołem redakcyjnym i wyjaśnił dziennikarzom, że rodzą się trzy ośrodki władzy: związek Solidarność, Obywatelski Klub Parlamentarny i rząd. Związek musi mieć jakieś pismo i nie może sobie pozwolić na utratę „Tygodnika Solidarność”. Stąd właśnie jego nominacja.

– Pamiętam furię, jaka wybuchła w redakcji „Tygodnika Solidarność” – tak wspominał to Jarosław Kaczyński w książce „My” Teresy Torańskiej. – Kiedy na pierwszym spotkaniu z zespołem powiedziałem: my nie możemy żyć w świecie pewnego mitu, który był może piękny, ale nigdy nie był prawdziwy. Solidarność zawsze była wewnętrznie skłócona, rozgrywały się w niej różne walki, podchody, trochę rzeczy ginęło – na przykład pieniądze, dokumenty. Ta moja ocena wywołała straszliwą wręcz wściekłość zespołu.

W „Tygodniku” rozpoczął się bunt załogi. Większość zespołu odmówiła współpracy z Kaczyńskim. Ludwika Wujec, która była zastępcą redaktora naczelnego, pamięta, że w imieniu całej redakcji pojechała przekonywać Wałęsę i Komisję Krajową Solidarności do swoich racji.

– Wałęsa upierał się, że tygodnikiem mają rządzić jego ludzie – wspomina Ludwika Wujec. – I nie przyjmował argumentu, że nie jesteśmy ani jego, ani Mazowieckiego, tylko jesteśmy ludźmi Solidarności.

Ostatni numer „Tygodnika Solidarność” przygotowany przez stary zespół ukazał się 6 października 1989 roku.

Krzysztof Gottesman, dziś szef działu opinie w „Rzeczpospolitej”, który – jak sam mówi – minął się z Kaczyńskim w drzwiach, odszedł razem z dużą częścią redakcji, bo czuł, że nie ma tam dla niego miejsca. – Było wiele żalu i pretensji odnośnie tego, jak została przeprowadzona ta zmiana.

– Zostać z Kaczyńskim oznaczało w środowisku warszawskich dziennikarzy zdradę – wspomina Maciej Zalewski, który do „Tygodnika” przyszedł za czasów Mazowieckiego i jako jeden z nielicznych nie odszedł z resztą załogi. Wkrótce Kaczyński mianował go swoim zastępcą. – „Towarzystwo” nie było w stanie tego wybaczyć. Bo to był wybór polityczny. Wokół panowała niechęć i ostracyzm, a my przyłączaliśmy się do oddziału bojowego. Był to akces do środowiska, które popiera Wałęsę i nie akceptuje Okrągłego Stołu. Było jasne, że z tego środowiska powstanie ruch polityczny. Bo Porozumienie Centrum zostało wymyślone w „Tygodniku Solidarność”, gdy kierował nim Jarosław Kaczyński.

Józef Orzeł mówi, że gdy jesienią 1989 przeszedł do „Tygodnika Solidarność”, 90 procent jego znajomych zerwało z nim wszystkie kontakty. – Mieliśmy poczucie, że stoimy na czele wielkiego ruchu sprzeciwu, który popiera cały naród – wspomina. – W sensie dziennikarskim „Tygodnik” nigdy nie był normalną gazetą. Był ramieniem zbrojnym partii, która jeszcze nie istniała.

Jarosław Kaczyński też nie był zwykłym naczelnym. Był naczelnym, który nie planował swojej gazety, nie zlecał tekstów i ich nie redagował. Nie pisał ani wstępniaków, ani komentarzy i nie przeprowadzał wywiadów. Przez całą swoją karierę naczelnego napisał kilka zaledwie tekstów. Pierwszy w numerze z 20 października 1989, kiedy zaczynał kierować pismem. Wyjaśniał czytelnikom, że musi rozpocząć pracę z nowymi ludźmi, bo ci związani z Tadeuszem Mazowieckim odmówili z nim współpracy.

„Chcemy robić pismo otwarte, w którym będzie miejsce dla różnych poglądów i postaw prezentowanych na równych prawach. Ma to być pismo całej Solidarności” – pisał Kaczyński. Ale wbrew temu, co deklarował, „Tygodnik” związał się z obozem Wałęsy i zaczął zwalczać rząd Mazowieckiego.

Raz na tydzień odbywało się kolegium redakcyjne, na które mógł przyjść, kto chciał. Redaktor Kaczyński wygłaszał przemówienie, które było aktualną diagnozą sytuacji politycznej w kraju. Miało to być natchnieniem dla zespołu.
Andrzej Kaczyński, obecnie dziennikarz „Rzeczpospolitej”, pamięta, że po tych porywających wystąpieniach podnosiły ręce jego koleżanki i żądały konkretów. – Jakie są wytyczne na ten tydzień? – pytały. Naczelny krzywił się, ale wskazówek, o czym i jak najlepiej napisać, udzielał.
– Mieliśmy poczucie, że naprawdę mamy wpływ na politykę – wspomina Teresa Kuczyńska, dziennikarka „Tygodnika Solidarność” w 1981 roku, która wróciła do redakcji, kiedy naczelnym został Kaczyński, i pozostała w niej do dziś. – To był najpiękniejszy okres działania „Tygodnika”.
W 1990 roku Jarosławowi Kaczyńskiemu nie starczało czasu na kierowanie gazetą. Był senatorem, szefem PC, strategiem Wałęsy, przygotowywał „wojnę na górze” i wybory prezydenckie. Kompletnie nie miał życia prywatnego. Zdarzało się, że prosił pracowników o wyrozumiałość, bo musiał wyskoczyć na chwilę do domu, by nakarmić kota. Poza tym siedział twardo w pracy. Tak to wspominał  Krzysztof Wyszkowski, sekretarz redakcji „Tygodnika Solidarność” w 1981 roku. On także wrócił do „Tygodnika” wraz z Kaczyńskim. Tym razem jako jego polityczny doradca, który pomagał przy tworzeniu Porozumienia Centrum.
By gazeta mogła się systematycznie ukazywać, czuwali ci, którzy się na dziennikarstwie znali: Maria i Wojciech Giełżyńscy oraz zastępcy naczelnego – Jacek Maziarski i Krzysztof Czabański.
Jak twierdzi Józef Orzeł, Kaczyński nie czytał swojego pisma w ogóle lub czytał dopiero po wydrukowaniu. – Z tego rodziły się pewne problemy – wspomina. – Gdy wydrukowaliśmy tekst „Ruskie do domu” o bezprawnie stacjonujących w Polsce wojskach radzieckich, Kaczyński poszedł na spotkanie z ambasadorem ZSRR i dowiedział  się od niego, że „Tygodnik” atakuje wojska radzieckie, co całkiem popsuło mu rozmowy.
Potwierdza to zastępca naczelnego Krzysztof Czabański: – Czytał tylko ważne, polityczne teksty. Zresztą od tego miał zastępców, by to oni zajmowali się tą robotą, on w ich pracę się nie wtrącał.
Czabański raz o mało nie został przez Kaczyńskiego wyrzucony z pracy. – Z wizytą w Polsce był premier Japonii. My na pierwszej stronie jako hasło numeru daliśmy „Ani złamanego jena!”. Wałęsa od lat lansował tezę o Polsce jako drugiej Japonii. Kaczyński okropnie się rozzłościł, bo okazało się, że pojawiło się to w gazecie, której był redaktorem naczelnym, a on o tym nic nie wiedział.
Kreowanie newsów politycznych
Za Kaczyńskiego „Tygodnik” stał się pismem walczącym ideologicznie i pismem partyjnym. Maciej Zalewski, trzeci z zastępców naczelnego, mówi, że on i cała reszta kierownictwa gazety zajmowali się głównie polityką.
– Nie czułem się dziennikarzem i robienie gazety nie było dla mnie najważniejsze – wspomina. – Zajęci byliśmy kształtowaniem linii partii, a gazeta pomagała w jej budowaniu.
„Tygodnik Solidarność” stał się w 1990 roku ważnym ośrodkiem politycznym. Zapadały tu najważniejsze decyzje. Stąd kierowano kampanią prezydencką Lecha Wałęsy. W redakcji tygodnika kierownictwo PC podjęło decyzję o wejściu do Kancelarii Prezydenta. I to na numer faksu „Tygodnika Solidarność” Wałęsa przysłał na początku 1991 roku zaproponowany przez siebie skład rządu Jana Olszewskiego, który wtedy nie powstał.
– To myśmy skłonili Wałęsę do kandydowania na urząd prezydenta – z dumą podkreśla Krzysztof Wyszkowski. – Nie chciał, ale w końcu się zgodził.
I to na łamach tygodnika Wałęsa zgłosił postulat wycofania wojsk radzieckich z Polski.

– To nie było tak, że nagle Wałęsa udziela wywiadu i mówi, że armia radziecka musi się wycofać – opowiada Zalewski. – Takie wypowiedzi Jarek, który należał do najbliższego otoczenia Wałęsy, uzgadniał z nim wcześniej. Nie jechałem do Gdańska w ciemno. Na kolegium dowiadywałem się, co Lechu ma do powiedzenia i o co go pytać. Przecież takie deklaracje nie powinny się pojawiać niespodziewanie. Tak kreowaliśmy newsy, o których mówiła potem cała Polska. A gdzie miał o tym mówić jak nie w swojej gazecie?

Gdy Jarosław Kaczyński obejmował władzę w „Tygodniku” w październiku 1989 roku, jego nakład wynosił 100 tysięcy egzemplarzy. Gdy odchodził w styczniu 1991 roku – 70 tysięcy egzemplarzy - czytamy w "Przekroju".

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Jarosław Kaczyński był redaktorem naczelnym

0 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl