SzukajSzukaj
dołącz do nas Facebook Google Linkedin Twitter

Nominowany do Oscara zaczynał w Polsce

Philip Seymour Hoffman, aktor nominowany do Oscara za tytułową rolę w filmie "Capote" Bennetta Millera, jedną z pierwszych swoich ról filmowych zagrał w Polsce.

16 lat temu wystąpił w "Szulerze" Adka Drabińskiego.

W "Szulerze" Hoffman był stangretem głównego bohatera opowieści - karcianego hochsztaplera barona Rudolfa de Seve (Justin Deas), któremu nieodłącznie towarzyszył. Oprócz Amerykanów w filmie wystąpili Polacy, m.in. Jerzy Zelnik, Jerzy Kryszak, Marzena Trybała i debiutująca wówczas na ekranie Ewa Gawryluk.

Hoffman wygrał casting na rolę stangreta. - Zatrudniłem go bez namysłu - wspomina reżyser Adek Drabiński. - Nie miał za sobą żadnego doświadczenia aktorskiego, tylko jakieś kursy i dużo chęci. Ale czułem, że to w środku jest wielki aktor.

Jerzy Zelnik, dyrektor Teatru Nowego: - Bardzo się na planie "Szulera" polubiliśmy. On miał nieco ponad 20 lat, ale już wtedy grał fantastycznie. Reżyser mówił mi, że jeszcze o nim usłyszę. I tak się stało.

Elżbieta Stankiewicz, kierownik planu "Szulera": - Pamiętam Hoffmana jako skromnego, skoncentrowanego na pracy człowieka. Inni aktorzy prowadzili bardziej rozrywkowe życie.

- Za to w filmie właśnie Hoffman miał piękną scenę erotyczną z Ewą Gawryluk - wspomina Zbigniew Żmudzki, kierownik produkcji "Szulera", dziś szef SE-MA-FORA.

Po pracy na planie aktor uwielbiał grać w karty. - Było nas czworo karciarzy - wspomina Joanna Sokalszczuk, dziś właścicielka firmy PR obsługującej Manufakturę i Creyff, a wtedy aktorka. - Oprócz Philipa, także Justin Deas, Jan Szurmiej i ja. Potrafiliśmy kończyć brydżowe potyczki nawet o trzeciej rano.

"Szuler" był pierwszym w Polsce filmem zrealizowanym całkowicie za prywatne fundusze. Reżyser namówił na wyłożenie pieniędzy Bena Barenholtza, amerykańskiego Żyda, który urodził się na Wołyniu. Mała jak na warunki amerykańskie kwota - 100 tys. dolarów - w 1990 roku w Polsce wydawała się ogromna.

- W czasie kręcenia "Szulera" miałam 11 dni zdjęciowych i zarabiałam 800 tys. zł dziennie. To były horrendalne pieniądze! W rankingu najlepiej zarabiających aktorów w Polsce znalazłam się dzięki temu filmowi na piątym miejscu - śmieje się Joanna Sokalszczuk.

- To był moment, kiedy już zapanowała wolność gospodarcza, ale ceny były jeszcze socjalistyczne. Statystom płaciliśmy chyba pół dolara. Moje honorarium wynosiło 100 dolarów tygodniowo i uważałem, że zarabiam doskonale - wspomina Zbigniew Żmudzki.

Obraz dostał nagrodę za najlepszy debiut na festiwalu w Gdyni, nagrody im. Andrzeja Munka za reżyserię oraz zdjęcia Piotra Wójtowicza a także Srebrne Grona Lubuskiego Lata Filmowego.

Zdjęcia w Polsce trwały prawie trzy miesiące. Ekipa kręciła głównie w pałacach. Filmowcy odwiedzili Pszczynę, Nieborów, Arkadię, Książ, Lubiąż... Ale gdyby nie montażystka Teresa Miziołek i Zbigniew Żmudzki, nigdy nie zobaczylibyśmy filmu w znanej w Polsce wersji. - Po montażu i udźwiękowieniu zostały wykonane trzy kopie. Wtedy ze Stanów przyszło polecenie, żeby je do nich wysłać - wspomina Żmudzki Na szczęście jedną kopię schowaliśmy, bo w USA film został przemontowany, a zamiast muzyki Michała Urbaniaka nagrano inną. A to właśnie ta ocalona wersja krążyła po festiwalach.

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Nominowany do Oscara zaczynał w Polsce

0 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl