SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Semka atakuje Lisa

'Koniec monopolu na nieomylność' - pod takim tytułem pojawił się wczoraj w "Rzeczpospolitej" tekst Piotra Semki.

Semka oskarża w artykule Tomasza Lisa o 'wulgarny atak w piątkowym TOK FM na Krzysztofa Gottesmana. Niesmaczne sugestie dyrektora programowego Polsatu, że mój redakcyjny kolega, stawiając pytania o przeszłość Zygmunta Solorza, działa na czyjeś polecenie. Słowa o "nikczemności" i "podłości" - pisze Semka (poszło o ten tekst).

- Czas więc już na parę słów w tonie bardziej osobistym, ale w sprawach publicznych. Bo Tomasz Lis od dłuższego czasu publicznie daje upust swojej agresji wobec części dziennikarskiego środowiska.

Dwa życiorysy
Zacznijmy od podstawowego stwierdzenia. Krzysztof Gottesman jeszcze długo będzie dla Tomasza Lisa niedościgłym wzorem, jak wyglądać powinna dziennikarska niezależność. Krzysztof w 1981 roku współtworzył redakcję "Tygodnika Solidarność" i zapłacił za to brakiem pracy przez długi czas po wprowadzeniu stanu wojennego. W latach rządów ekipy Jaruzelskiego, angażując się w redagowanie prasy podziemnej, najlepiej udowodnił, że potrafi wiele zaryzykować w zamian za swobodę pisania tego, co naprawdę myśli.

Tomasz Lis oczywiście jest nieco młodszy, później trafił do dziennikarstwa. Ale w drugiej połowie lat 80., u schyłku komunizmu, gdy studiował na Uniwersytecie Warszawskim, jakoś nikt nie zapamiętał go nawet z aktywności w nielegalnym wówczas Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Dlatego powinien nie z arogancką nonszalancją, ale z dużą wstrzemięźliwością oceniać wiarygodność Krzysztofa Gottesmana. Trawestując tytuł ostatniej książki Tomasza Lisa chciałoby się rzec: Trochę pokory, głupcze!

Metoda "łapaj złodzieja"
Trudno jednak oczekiwać pokory od człowieka, który od dłuższego czasu uważa się za wzór dziennikarskich cnót i wyrocznię we wszystkich medialnych sprawach. Który w niedawnej debacie w " Newsweeku" uznał, że jest najodpowiedniejszą osobą do egzaminowania z przywiązania do niezależności Bronisława Wildsteina. A w trakcie cotygodniowych piątkowych rozmów publicystów w Radiu TOK FM, przy aktywnym wsparciu Jacka Żakowskiego i Wiesława Władyki, od pół roku wydaje werdykty, kto jest reżimowym dziennikarzem. Publicznie wnioskuje o zwolnienie z posady szefa PAP Piotra Skwiecińskiego i orzeka, kto należy do "pomiotów Kwiatkowskiego", a kto do " PiS-jonarzy". Wyroki zapadają na bieżąco i bez prawa do apelacji. Bez cienia wątpliwości, bo Tomasz Lis przecież uważa, że ma monopol na nieomylność.

Przy okazji Lis często załatwia prywatne porachunki. Oto na łamach ostatniego "Pressa" - pod myląco łagodnym tytułem "Kłóćmy się" - wzywa do totalnej wojny w środowisku dziennikarzy, a zaatakowanymi tym razem są niegdysiejsi koledzy Tomasza Lisa z Telewizyjnej Agencji Informacyjnej: Jacek Łęski i Agnieszka Romaszewska. Padają wobec nich - i wobec innych - oskarżenia największego kalibru. Od frustracji do zawodowego nieudacznictwa. Tyle tylko, że zamiast dowodów pojawiają się insynuacje. Lis wzywa do zimnej wojny domowej w środowisku dziennikarskim, obłudnie dodając, by nie uderzać poniżej pasa. Szkoda, że siebie zwalnia ze stosowania tej reguły.

Wszystkie te złośliwości wychodzą spod pióra człowieka, który połączył w swojej osobie niezaprzeczalny dziennikarski talent z bezwzględnością, o jakiej do dziś w TVP krążą legendy. Człowieka, któremu wielokrotnie zarzucano brak obiektywizmu przy relacjonowaniu niektórych politycznych wydarzeń - takich jak odwołanie rządu Jana Olszewskiego w 1992 roku, któremu wypomina się nieprzyzwoity wprost serwilizm wobec dworu Wałęsy. Tomasz Lis na te zarzuty reaguje zwykle z furią. Tekst opublikowany w "Pressie" to modelowy przykład metody " łapaj złodzieja". Bo dyrektora Polsatu najwyraźniej drażnią ludzie, którzy pamiętają go z początku lat 90. i którzy nie mogą zapomnieć, jak Lis na ich oczach uczył się politycznego pragmatyzmu.

Na taki pragmatyzm, na zginanie karku przed Milanem Suboticiem czy Mieczysławem Wachowskim - nie mieli ochoty ani Łęski, ani Romaszewska. Agnieszka znalazła w sobie dość sił, by znosić latami spychanie jej na margines telewizyjnych "Wiadomości", ale Jacek po latach bicia głową w mur odszedł z zawodu. Wielka to szkoda, bo mało w życiu spotkałem ludzi o tak intuicyjnym jak Łęski wyczuciu telewizji.


Marzenia o prezydenturze
Tomasz Lis korzystał wtedy ze swoich pięciu minut. I jeszcze raz powtórzę - bez niezaprzeczalnego talentu nie wykorzystałby ich tak dobrze. Ale pomagała mu też szybko zdobyta wiedza, z kim w TVP nie zadzierać i od kogo się odsuwać, gdy wypadał z łask. Nie mam ochoty na powracanie do dawnych lat, ale jeśli Lis chce dziś oceniać kolegów z początkowych lat swojej kariery - niech liczy się z oceną swojej elastyczności z tamtych czasów.

Gdy w 1994 roku Tomasz Lis wyjechał do USA, uwierzyłem, że chce się oderwać od polityki krajowej. Nie zmarnował tych paru lat - w Ameryce wykazał się dobrym warsztatem, napisał parę książek, uważnie obserwował amerykańskie media. Wszystko to przyniosło niezłe efekty, gdy tworzył "Fakty" w TVN. To była nowa jakość i nowy styl telewizyjnej narracji.

Na przaśnym tle telewizji prezesa Ryszarda Miazka TVN oglądało się całkiem znośnie - choć Lis niekiedy wracał do żenujących ukłonów wobec władzy, jak przesłodzony reportaż-rozmowa z Leszkiem Millerem. Także wypuszczenie przez "Fakty" taśm z Charkowa (ze słaniającym się Aleksandrem Kwaśniewskim), choć nastąpiło dopiero po paru dniach od wydarzenia i było przypudrowane rozmową z Ryszardem Kaliszem, mogło być dowodem, że Tomasz Lis pewne rzeczy zrozumiał. Że oderwał się od politycznych namiętności i chce się skupić na nowoczesnym, dynamicznym dziennikarstwie, którego "Fakty" były dobrą wizytówką.

Ale ta epoka - najlepsza jak dotąd w karierze Lisa - skończyła się w zaskakujący, choć dający do myślenia sposób. Gigantyczna wiarygodność, jaką zdobył Lis w roli twarzy "Faktów" - nadmuchała jego ego. I - jak wiele wskazuje - skłoniła go do marzeń o prezydenturze. Pytany o takie plotki w wywiadach prasowych udzielał dwuznacznych odpowiedzi. Co nie spodobało się jego pracodawcy - więc TVN pozbyła się Tomasza Lisa.

W roli ludzi
Gdyby na talenty Lisa miały wskazywać nie "Fakty" TVN, ale jego dokonania w Polsacie, jego ocena musiałaby być bardziej krytyczna. "Wydarzenia" nie powtórzyły spektakularnego sukcesu "Faktów". Autorski program publicystyczny "Co z tą Polską" stał się raczej sceną do napuszczania na siebie politycznych kogutów niż miejscem szukania odpowiedzi na pogłębione pytania. Kolejne książki Lisa - choć efektownie podane w pseudoamerykańskim stylu - coraz bardziej obracają się wokół banałów.

Być może to zbieg okoliczności, ale zatrzymanie tempa kariery Tomasza Lisa zbiegło się z jego nawrotem do politycznego zacietrzewienia. Wystarczy spojrzeć na jego ostatnie zdjęcia (coraz bardziej zacięta twarz) i posłuchać wypowiedzi (coraz mocniejsze słowa, coraz bardziej neurotyczne ataki i epitety). Lis nie gardzi już wywiadami dla "Trybuny", na której łamach gromi funkcjonariuszy medialnych IV RP, którzy "wykonają każde zlecenie". Inkwizytorski zapał dyrektora programowego Polsatu wywołał ostatnio nawet krytykę Piotra Zaremby, który - chwała mu za to - zawsze stronił od środowiskowych polemik.

Nie wiem, jaki ogień wywołuje zapalczywość Tomasza Lisa. Ostrość i zacietrzewienie jego ataków utrudniają jakąkolwiek rzeczową dyskusję. A szkoda, bo wiele jego argumentów - dotyczących choćby medialnego zadufania polityków PiS - jest uzasadnionych. Jestem też przekonany, że Lis, wygłaszając płomienne ataki na PiS, nie jest platformerskim politrukiem. Sądzę, że jest tak zapatrzony w siebie, iż często irytują go także platformersi. Że w jego oczach Tusk i Rokita są za mało radykalni w wojnie z PiS i zbyt łaskawi wobec dziennikarzy, których on sam uważa za piątą kolumnę "Kaczorów".

Obiekt wyjątkowo emocjonalnych ataków Tomasza Lisa Piotr Skwieciński z PAP trafnie chyba wskazał niedawno na łamach "Dziennika" przyczyny nerwowych reakcji dyrektora Polsatu: "To frustracja człowieka, który do niedawna należał do szczupłego grona medialnych bogów, decydujących nie tylko o tym, co zrobią oni sami lub redakcje im podległe, ale też o tym, w jaki sposób ma myśleć i działać cała medialna społeczność.

Dziś sytuacja w pewnym stopniu uległa zmianie. Decydenci zeszli z roli medialnych bogów do roli ludzi. Nadal bardzo wpływowych, bardzo istotnych, bardzo ważnych, ale już tylko ludzi. To musi boleć i jak widać po wypowiedziach Lisa - boli bardzo". Źle się dzieje, gdy dynamiczny publicysta zamienia się w charakteropatę gromiącego adwersarzy bez opanowania. Na zapalczywości swojej sztandarowej postaci traci Polsat. Traci też swoją dawną pozycję sam Tomasz Lis - napisał Piotr Semka we wczorajszej "Rzeczpospolitej".

Tomasz Lis powiedział nam wczoraj, że nie zamierza odpowiadać na artykuł Semki.

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Semka atakuje Lisa

0 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl