SzukajSzukaj
dołącz do nas Facebook Google Linkedin Twitter

Krzysztof Materna

Rozmowa Jacka Cieślaka z Krzysztofem Materną. Nie widać pana w telewizji - czy dołączył pan do grona 20 proc. Polaków, którzy są bezrobotni?

Nieobecny od kilku lat w telewizji współtwórca, wykonawca i współreżyser realizowanych z Wojciechem Mannem cykli "Mądrej głowie", "Za chwilę dalszy ciąg programu", "MdM", "MdM po godzinach". Telewidzowie łakną go jak kania dżdżu. Studiował, lecz nie ukończył PWST w Krakowie, ma dyplom reżysera. Współtworzył "Spotkania z balladą" dla radiowej Trójki. Uczestnik Famy, występował w kabaretach Groteska i Stodoła. Prowadził i reżyserował festiwale w Opolu i Sopocie. W ZPR kierował kampaniami promocyjnymi Edyty Geppert, Michała Bajora, Obywatela G.C. Laureat Wiktorów. Współwłaściciel MM Communications i Radio Pogoda.

Jacek Cieślak: Nie widać pana w telewizji - czy dołączył pan do grona 20 proc. Polaków, którzy są bezrobotni, czy też jest pan przykładem bezrobocia typowego dla Warszawy, gdzie nikt nie ma pracy, ale wszyscy mają pieniądze?

Krzysztof Materna: Nie jestem ani w jednym typie, ani w drugim. Jestem pracoholikiem, ale moja praca w wielu wypadkach polega na myśleniu. Zanim dojdzie do realizacji, muszę mieć pomysł. Siedzę i myślę. Kilka osób może sądzić, że nic nie robię. Przez kilka miesięcy nie było mnie w Warszawie. Pracowałem w krakowskim Starym Teatrze nad częścią spektaklu "Sto lat kabaretu", poświęconą Piwnicy pod Baranami. Zależało mi na tym, żeby opierając się na piwnicznej literaturze, zrobić współczesne przedstawienie. To było ćwiczenie intelektualne, do którego przygotowywałem się rok, a potem ćwiczenie praktyczne z wybitnymi aktorami, którzy są siłą tego spektaklu. Brakuje mi takich sprawdzianów. Spotkań z zawodowymi artystami w profesjonalnych warunkach. Zakończyło się, mogę to już powiedzieć nieskromnie, dobrymi recenzjami i brawami publiczności. Udowodniłem, że potrafię. Dlatego szukam następnych takich doświadczeń. Przeczytałem sztukę Jerzego Pilcha "Narty Ojca Świętego". Zafascynowała mnie, bo uważam, że jest z jednej strony dla niektórych kontrowersyjna, z drugiej mądra, z trzeciej dowcipna, a z czwartej patriotyczna. Odsłania polskie zakłamanie, kompleksy, naszą niedojrzałość do życia w świętości. Bardzo chciałem ją wyreżyserować, ale okazało się, że będzie ją wystawiał inny utalentowany reżyser. Dlatego jednym z moich zajęć jest teraz poszukiwanie tekstu, pomysłu, który mógłbym zrealizować w teatrze.

Nigdy nie zastanawiał się pan nad tym, żeby samemu napisać teatralny tekst?

To jest takie pytanie, na które sobie odpowiadam przez całe życie. Jestem człowiekiem w miarę zdolnym, ale nie idzie to w parze z pewnego rodzaju bezczelnością, która wynika z absolutnego zadowolenia z siebie. Rzadko byłem usatysfakcjonowany tym, co robiłem. Przeświadczenie, że miałbym wystąpić w roli Mrożka, Głowackiego? No, nie! To są wielcy ludzie. W piśmie, do którego teraz udzielam wywiadu, pewien młody, skądinąd zdolny autor, mówił o swojej nowej sztuce. Był z niej bardzo zadowolony już przed premierą, sugerując przełom w polskim teatrze współczesnym. Poszedłem na premierę. Usłyszałem banały łączące świat "Big Brothera" z ubekiem i poszukiwaniem testu ciążowego, podparte głęboką refleksją, że lepiej fotografować miłość niż tragedię. Wolę nie zapowiadać, że jestem drugim Różewiczem, lecz zdziwiony się o tym dowiedzieć.

Autor tłumaczył, że chciał przemówić językiem zrozumiałym dla wszystkich.

Pod strzechy żeby trafiło? Ja jestem z innej grupy. Nigdy nie kokietowałem publiczności ani nie myślałem za nią. Nigdy się nie zastanawiałem nad tym, czy ktoś zrozumie mój żart, bo to jest jego sprawa. Szanuję ludzi, którzy mają inne poczucie humoru i nie uważam ich za głupków. Ale mam własne autorskie spojrzenie. Niestety w telewizji nastały czasy, kiedy redaktorzy myślą za telewidza, czy coś będzie śmieszne i czy się spodoba. Jednoosobowo decydują o odbiorze programu przez miliony. To jest gorsze od cenzury. Tak powstaje telewizja plastikowa. Z jednej strony Barbie, a z drugiej Ken. Barbie występuje, a Ken ogląda. A pośrodku pani redaktor łącząca tych dwoje swoim gustem.

Nie obawia się pan, że gdy nie ma pana w telewizji, coś bezpowrotnie ucieka?

To nie moja wina, że nie ma mnie na wizji, ale tych, którzy, w jednoosobowym albo w dwuosobowym gronie, uznali, że mimo oglądalności, sukcesów, nagród po prostu trzeba mnie i Wojtka skreślić z anteny. Mam jednak nadzieję, że wrócimy do telewizji publicznej, ale wtedy, kiedy będzie zgoda na nasz autorski program. Nie chce mi się mówić "oto twoja szansa" w licencyjnym formacie.

Czy pana zdaniem luka po "MdM" i "Siostrze Irenie" została wypełniona innymi genialnymi propozycjami?

Dziwię się, że programy polskich autorów są zastępowane licencyjnymi. "Szansa na sukces" to taki sam pomysł jak "Idol". Różni się tym, że oparty jest na osobowości Wojtka, który ma większą wartość niż montaż, fryzjerzy i jury razem wzięci. Licencyjne programy dawno już zeszły z anteny, a "Szansa" ma pięć milionów widzów od dziesięciu lat. To dowód, że pewien rodzaj naturalności, specyficznego humoru ma w Polsce większe szanse niż powielana licencja. Jest u nas ogromna liczba młodych, zdolnych ludzi w różnych zawodach artystycznych, którzy nie znajdują miejsca w publicznych mediach. Mówię o młodych plastykach, fotografikach, hiphopowcach. Papież musiał dać im swoją pieczątkę, żeby inni zauważyli. To straszne, że wcześniej nikt w telewizji nie miał odwagi. Ale tam dominuje typ redaktora, o którym mówiłem. Muszą mieć licencję albo przyzwolenie, sami nie wiedzą, co jest interesujące.

Co będzie po wejściu do Unii Europejskiej?

Nasza odmienność w kulturze to jedyna rzecz, która może zainteresować inne kraje w Unii. Bo czy wyprodukowaliśmy jakiś samochód? Co mamy oryginalnego oprócz kultury - krowę holenderkę, kawę po turecku, śledzia po japońsku i jajka po wiedeńsku? Myślę, że młodzi ludzie znacznie wcześniej niż starsze pokolenie rozgryzą procedury unijne, żeby zdobyć pieniądze. A grupa zgredowska, która Unii się obawia, dalej będzie tkwiła w niezreformowanym teatrze, w niezreformowanej kinematografii. Przykład kina niezależnego pokazuje, że są ludzie, którzy nie mają za sobą siedmiu medali i dziewiętnastu nagród państwowych, ale zasuwają i sprzedają swoje spojrzenie na współczesny świat.

To dlaczego pan nie zasuwa tak jak oni? Nie jest pan zakładnikiem zgredowskich struktur?

Nie jestem niczyim zakładnikiem, robię to, co lubię. Praca w reklamie daje mi utrzymanie, ale też satysfakcję. Organizujemy wielkie imprezy promocyjne, jeżeli są one wypadkową życzeń klienta i naszego ich widzenia. Pracujemy ze wspaniałymi artystami, robimy turniej Idea Prokom Open, który jedyny w świecie nadaje własny program telewizyjny, przygotowaliśmy promocję smarta w Polsce uznaną za wydarzenie, pracowaliśmy z Davidem Cooperfieldem.

Nie może pan działać niezależnie - bez dużej produkcji i dużych kosztów?

Ale ja uważam, że dobry artysta powinien być bardzo dobrze wynagradzany. Tak jest na całym świecie. Choć robiłem oczywiście rzeczy, na które w ogóle nie było pieniędzy. Nasz program telewizyjny miał niesłychanie niski budżet. Występowaliśmy z Wojtkiem w prywatnych ubraniach, z prywatnymi rekwizytami, a statystowali znajomi. Kiedy poznaliśmy strukturę najsłynniejszego amerykańskiego talk-show, okazało się, że dla jednego faceta pracuje pięćdziesięciu specjalistów od żartów, a najlepszy z nich te żarty wybiera. Na tym tle jesteśmy artystami offowymi, niezależnymi. Ale nie lubię skrajnie pojmowanego minimalizmu. W telewizji denerwuje mnie krzywe krzesło i źle ustawione światło. Powiedzą dyrektorzy programów telewizyjnych, że na te rzeczy brakuje pieniędzy. Kiedyś nie brakowało, program gonił program, pracowano nad tym, jaką myśl przekazać telewidzom. Teraz bohater programów telewizyjnych walczy o wyjazd za granicę z osobą, z którą nie chce wyjechać - no, ale za granicę!

Jaki jest pana bilans ostatnich czterech lat?

Teatr w Krakowie, wiele wydarzeń promocyjnych, sporo pomysłów telewizyjnych, na które nie doczekaliśmy się odpowiedzi, poszukiwania i czekanie na zmiany. Nie pierwszy raz czekam na zmiany w naszym kraju i jestem optymistą.
2004-04-16
Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji:

0 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl