SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Politycy wciąż nie chcą niezależnej TVP

Układ polityczny, który mianował Bronisława Wildsteina, nie rozumie przyczyn jego buntu.

Prawicowi dziennikarze stanęli murem w obronie Bronisława Wildsteina.  Jest jednak ta obrona o tyle paradoksalna, że bronią go przed układem, bez którego nigdy nie zostałby on szefem TVP. O ile więc byli wdzięczni, że w ramach tego układu szefem publicznej telewizji został człowiek im bliski, o tyle są źli, że ta sama nieubłagana koalicyjno - układowa logika za chwilę może sprawić, że szefem tym być przestanie.

Przyznaję, że kłopoty Wildsteina wcale mnie nie cieszą, bo oznaczają prawdopodobną śmierć resztek szans na jakąkolwiek normalność w publicznej telewizji. Inna sprawa, że bawi mnie widok krokodylich łez wylewanych z powodu "kłopotów Bronka" i kasandryczny ton, którym mówi się o PIS-ie, co to odchodzi od swych ideałów, a może już od nich odszedł. Ani łez nie widziałem, ani tonu owego nie zarejestrowałem, gdy spółki skarbu państwa potraktowano jak lenno rządzącej partii, gdy idea służby cywilnej została zakwestionowana, gdy ogłoszono, że społeczeństwo obywatelskie wymyślono, by osłabić państwo, gdy ministrem edukacji został idol młodzieży wszechprawicowej, gdy odsądzano od czci i wiary ludzi mądrych i zasługujących na szacunek, choćby profesorów Zolla i Safjana. Słyszałem raczej drwinki z tych, co
to nie wyczuwają gdzie przebiega nurt historii i którzy za chwilę zostaną wyrzuceni na jej śmietnik. I teraz nagle tragedia. Skąd ona tak nagle?

Otóż żadna tragedia i żadne nagle. To, że Bronisław Wilstein już po kilku tygodniach wpadł w tryby wewnątrzkoalicyjnych układów, a za chwilę może zostać ofiarą wyobrażenia koalicjantów o tym czym jest i czyja jest publiczna telewizja, nie powinno budzić niczyjego zdziwienia. Czytając jego całkiem niedawne teksty trzeba by niezłego mikroskopu, by odnotować różnice między jego poglądami, a poglądami rządzących, czyli braci. Były one bowiem niemal identyczne. Ale tu pojawiły się dwa problemy. Po pierwsze Wildstein ma poglądy, co z założenia musiało być źródłem jego kłopotów. Po drugie jest owo "niemal". Rządzący nie potrzebują dziś superfachowców od telewizji, gwarantów jej obiektywizmu, rycerzy wolnego słowa. Potrzebują posłusznych wykonawców. Wildstein został prezesem, bo potrzebny był gest, ale nic ponadto. Ponieważ PIS ma w zarządzie TVP dwóch innych członków, to oni rozdają karty i to oni albo będą układać się z Wildsteinem albo będą głosować z przedstawicielami LPR-u i Samoobrony. Kciuk Jarosława Kaczyńskiego skierowany w dół i Wildsteina nie ma. Tak po prostu. Jest więc jasne jak słońce kto całkowicie kontroluje sytuację w TVP. Nie szef tej firmy, ale autor politycznego rozdania, które urodziło taką Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, taką radę nadzorczą TVP i taki jej zarząd.

 Proszę uprzejmie, by ktoś wyjaśnił mi powody zdziwienia, że dzieje się to co musi się dziać, a za chwilę stanie się coś, co musiało się stać  od początku. Czy naprawdę ktokolwiek przy zdrowych zmysłach uważał, że rządząca ekipa będzie stała na straży niezależności publicznej telewizji? Czy ktokolwiek, kto widzi jej obsesyjną niechęć do wolnych mediów i niezależnych dziennikarzy choćby przez sekundę na to liczył? Żeby była jasność -- nie są w tej sprawie bracia Kaczyńscy i PIS gorsi od innych polityków i innych partii. Ale lepsi też nie są. Bo nie ma wśród partii i polityków adwokatów prawdziwie politycznej telewizji. Wszyscy oni, a w każdym razie ogromna ich większość, chcą telewizji dla siebie. Tak było, jest i nic nie wskazuje na to, by tak być przestało. I tak jak nie szuka się fachowców do spółek skarbu państwa, tak nie szuka się ich do telewizji. Tak jak stawia się na stuprocentową lojalność prezesów spółek, tak stawia się na stuprocentową lojalność członków rad i zarządów telewizji. To ma być  wojsko -- żadnych grymasów i dąsów. Prawą marsz. Jasne, przez lata było w TVP "lewą marsz", kurs wyznaczali liderzy SLD, kadrami dyrygował prezes Kwiatkowski, jego janczarzy zaś robili to co do nich należy, za co w niektórych wypadkach nie tylko nie spotkała ich kara, ale czekała na nich nagroda. Czasy się zmieniły, wektor ustawiono w inną stronę, ale defiladowy krok pozostał. Miało nie być  funkcjonariuszy partyjnych w krajowej radzie i są, miało ich nie być w radzie nadzorczej i są, miało ich nie być w zarządzie, a są. I będą.

Nie roniłbym więc na miejscu niektórych sympatyków nowej władzy łez, że ich ulubiona partia odchodzi od programu. Bo ona wcale od niego nie odchodzi. Więcej, ona go z absolutną determinacją realizuje. Nie jest  to bowiem program budowy społeczeństwa obywatelskiego, ochrony niezależności instytucji publicznych, troski o fachowość ludzi
zajmujących wysokie stanowiska, ale program połykania każdego kawałka władzy tak szybko jak się da.

Mogłoby oczywiście być w Polsce inaczej, gdyby politycy z tej czy innej partii byli wierni jakimkolwiek standardom i byli zdolni do elementarnego samoograniczenia się. Otóż nie są. W Niemczech w publicznej telewizji też największe partie mają sprzyjających im szefów i zachowany jest w tej mierze pewien parytet. Nikt jednak nie posuwa się do nieokrzesanego barbarzyństwa, pozwalającego forsować kandydatury ludzi kompletnie do pracy nieprzygotowanych, a w niektórych przypadkach bohaterów anegdot nie o fachowości dziennikarskiej bynajmniej. W Wielkiej Brytanii formalnie  zwierzchnikiem BBC jest minister spraw wewnętrznych, ale przecież jest on przy zdrowych zmysłach i nie próbuje swojej władzy egzekwować. Wszystko to jest kwestią obyczaju i politycznej kultury, które sprawiają, że władza nie robi wszystkiego co teoretycznie mogłaby
zrobić, bo pewnych rzeczy po prostu się nie robi, po pewnych rzeczy robić nie wypada. Tylko tyle i aż tyle. U nas nie wypadają sroce spod ogona funkcjonariusze od mediów. Na ten ważny odcinek delegują ich prezesi i przewodniczący. I nie delegują ich, żeby dbali o publiczne dobro, ale żeby pilnowali partyjnego interesu.

Jeśli nawet Bronisław Wildstein przeżyje obecną burzę, zmiecie go następna. Chyba, że dostosuje się do układu, zrozumie realia i zaryzykuje utratę twarzy. Jeśli jakimś cudem ocali i twarz i stanowisko, a do tego poważnie potraktuje misję telewizji zafunduje sobie kolejny kłopot. Przywracając wartościowym programom należne im miejsce w ramówce spowoduje spadek ich oglądalności i spadek dochodów z reklam. Da się ten problem rozwiązać, jeśli politycy doprowadzą do stuprocentowej ściągalności telewizyjnego abonamentu. To jednak będzie wymagało zmiany ustawowej. Wówczas to Bronisław Wildstein będzie petentem u Andrzeja Leppera. Jak zrobi mu na złość teraz, przegra potem, a nawet jak potem wygra, będzie musiał za to zapłacić Lepperowi cenę. Tak jak zapłacił ją PIS-owi godząc się na szefową telewizyjnej Jedynki, której sam nie akceptował. Tak czy owak będzie Bronisław Wildstein ofiarą, excuse le mot, układu.

Jeszcze bardzo długo nie będzie w Polsce publicznej telewizji. Ci bowiem, którzy jej naprawdę chcą są słabi. I prawdę mówiąc niewiele wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości urosną w siłę. Broniącym  dziś Wildsteina zachęcam więc do popierania wszystkich, wspierających niezależne media, nawet jeśli oznaczałoby to wspieranie ludzi o poglądach innych niż ich własne. Bo przecież nie jest chyba tak, że poglądy są słuszne albo całkowicie niesłuszne, prawda? Tym bardziej, że jak widać, nawet jak najbardziej słuszne, okazują się coraz częściej słuszne za mało.

                       

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Politycy wciąż nie chcą niezależnej TVP

0 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl