PAP: Mamy rok 2026. Czy jakieś pana oczekiwania polityczne się nie sprawdziły?
Adam Michnik: Tak, przede wszystkim jeśli chodzi o Rosję. Obóz demokratyczny w Rosji przegrał. Zresztą jedyne ewidentne zwycięstwo Putina po wojnie z Ukrainą to kompletna destrukcja społeczeństwa obywatelskiego w środowisku demokratycznym w samej Rosji. Oczywiście to zwycięstwo nie jest wiecznotrwałe, ale jego skutki będą odczuwalne jeszcze długi czas.
O czym chciałby pan jeszcze napisać?
Pisać już nie mogę. Oczy mi nie pozwalają. Czytam z najwyższym wysiłkiem. Jedyne, co jeszcze potrafię, to gadać. Dlatego cieszy mnie, gdy ktoś chce słuchać. Ostatnio słuchał mnie Jarek Kurski. Powstała z tego książka.
Tytuł "Adam, syn Ozjasza" jest osobisty i polityczny zarazem, bo przez lata nierzadkie były próby wykorzystania pańskich rodzinnych związków przeciwko panu.

Gomułka w 1968 roku w Sali Kongresowej ogłosił całemu światu moje pochodzenie żydowskie i w związku z tym nigdy nie musiałem się z tego tłumaczyć. Zawsze wiedziałem, kim jestem. Zawsze wiedziałem, kim jest mój ojciec. I bardzo mu byłem wdzięczny za to, czego mnie nauczył swoim sposobem życia: szacunku dla różnorodności, dla pluralizmu, dla demokracji. I że czasami trzeba iść pod prąd.
Jako 15-latek założył pan Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, który został rozwiązany przez władzę. Czy dziś jest sens zakładać takie kluby, by dyskutować już nie o socjalizmie, ale o demokracji i kapitalizmie?
Oczywiście, że tak. Zawsze trzeba władzy patrzeć na ręce. Dziś prezydent mi się nie podoba, często rządy mi się nie podobają, ale najważniejsze, że mamy wolną i niepodległą Polskę. Teraz musimy dla niej pracować. Ja już nie zdążę, ale wy jeszcze macie czas.

W ostatnich latach obserwujemy na świecie wzrost tendencji antyliberalnych. Jaka miałaby być na to odpowiedź?
Każdy musi odpowiedzieć sobie na to pytanie sam, a nie pytać, co inni mają robić. Wiem, że mam pilnować, żeby linia "Wyborczej" była po dobrej stronie, żeby pisać to, co w naszym uczciwym przekonaniu jest prawdą. Wiemy, że nie jesteśmy bezwzględnymi posiadaczami prawdy i że możemy się mylić – to jasne. Ale jedno jest pewne: nie będziemy kłamać. Nie będziemy opowiadać się po stronie siły, dlatego że jest siłą. A wszystkie inne pytania i odpowiedzi są w Biblii. Wiadomo, co jest dobre, a co złe, chociaż możemy się mylić w ocenie.
Ja się myliłem w życiu nie raz. Dobijam do kresu swoich dni i kiedy zaglądam w głąb mojego życia, widzę, że popełniałem błędy, ale nigdy nie żałuję moich decyzji, kiedy byłem w mniejszości, ale uważałem je za słuszne. Żałuję tych decyzji, których uniknąłem, źle rozumianego realizmu politycznego.

Z jednej strony dziś jest zwrotny moment, ale z drugiej strony – ile widzieliśmy już takich zwrotnych momentów w życiu, ile razy się wydawało, że sytuacja jest beznadziejna? Po 1968 r. siedziałem w więzieniu za udział w protestach studenckich i myślałem, że to już koniec wszystkiego, bo moczarowcy wzięli całą władzę. Ale przyszedł Grudzień i ten nowy stalinizm został wywrócony. Później stan wojenny nas sparaliżował. Przetrzymaliśmy to, bo nasi przywódcy zachowali się rozsądnie. Zbyszek Bujak, Władek Frasyniuk i Bogdan Lis powinni mieć pomniki, bo po 13 grudnia nie wezwali do przemocy. Dwie tylko formacje w XX wieku – legioniści Piłsudskiego i komandosi Kuronia i Modzelewskiego – przeszły tę drogę od zerowego poparcia aż do sukcesu w postaci niepodległej Polski. Jak patrzymy w przód, warto czasem w tył się obejrzeć, żeby zobaczyć, że zawsze jest nadzieja. To wymaga odwagi i cierpliwości.

W naszej rozmowie chcemy się zatrzymywać na kolejnych dekadach, które wyznaczały historię Polski i pana biografię. W eseju "Nieślubne dzieci polskiego Października '56" napisał pan: "To był niezwykły, szalony rok". Chyba nawet dziecko mogło odczuć rozgorączkowaną atmosferę Warszawy, gdy Władysław Gomułka przejmował władzę, a później mieszkańcy stolicy solidaryzowali się z powstańcami na Węgrzech. Co pamięta pan z atmosfery października 1956 roku?
Niewiele. Pamiętam, że oddawałem krew dla Węgrów, ale nie rozumiałem, co się dzieje. Skoro socjalizm miał być dobry, dlaczego zaczęła się zbrojna interwencja na Węgrzech? Dlaczego Stalin, który przedtem był dobry, nagle staje się zły?
Jaki był stosunek do stalinizmu w pana domu?
Mój ojciec bardzo trzeźwo patrzył na rzeczywistość i nie miał sympatii do sowieckiego reżimu. Był przedwojennym komunistą i nie znosił Stalina, który wymordował całe kierownictwo Komunistycznej Partii Polski i rozwiązał partię. Ojciec przeżył, bo w tym czasie siedział w więzieniu za działalność komunistyczną. Wyszedł na wolność pozbawiony złudzeń wobec Sowietów. Po wojnie chciał wyemigrować do Ameryki ze strachu przed Stalinem, ale mama była w ciąży ze mną i powiedziała, że nigdzie nie wyjedzie.

Napisał pan: "Jestem z pokolenia, dla którego polski Październik mitem był tylko. Ale ten mit stworzył dla nas przestrzeń myślową, wyznaczał inną pamięć historyczną, pozwalał korzystać szeroką garścią z tego dorobku, który wtedy – w latach 1956-57 – ujrzał światło dzienne i wnet został skonfiskowany. Na szczęście pamięci nie można było skonfiskować". Co to znaczy, że pańskie pokolenie było nieślubnym dzieckiem Października?
Jako młody człowiek chciałem zrozumieć, co się wtedy wydarzyło. Chodziłem do biblioteki publicznej i czytałem całe roczniki "Po prostu", "Nowej Kultury", "Sztandaru Młodych", "Twórczości". To była fascynująca lektura. Byliśmy nieślubnymi dziećmi Października, bo chociaż nie mogliśmy uczestniczyć w tamtym przełomie, doświadczaliśmy rzeczywistości, którą stworzył: naszą małą stabilizację, jak napisał Tadeusz Różewicz. Myśmy dalej trwali w etosie Października, czuliśmy, że system wymaga zmiany i potrzebne jest nowe otwarcie. Inspiracją był właśnie 1956 rok.

Od 1956 roku w Polsce zderzały się dwa typy myślenia politycznego. Jeden mówił, by zmieniać, poprawiać, reformować. A drugi: wszystko albo nic. Tym "wszystkim" była niepodległość.
"Wszystko albo nic" to była retoryka. Możliwa do głoszenia jedynie na emigracji. Bo gdy mieszkało się w Warszawie, Krakowie czy Katowicach, ten język nie przekładał się na realne zachowania. Takiej polityki nie głosili ani Kościół, ani zbuntowani intelektualiści jak Leszek Kołakowski czy Antoni Słonimski. To władza miała dylemat: reformować ku demokracji czy od demokracji. Gomułka wybrał tę drugą możliwość i cała droga od 1956 do 1968 r. to było wycofywanie się krok po kroku z nadziei i obietnic, które niósł Październik. W 1968 r. nastąpiła eksplozja, gdy duża część aparatu partyjnego, tzw. moczarowcy, postawiła na agresywny nacjonalizm, co w komunizmie zawsze gdzieś istniało, tylko nie wszyscy chcieli to widzieć. Ale jeżeli popatrzymy na Rumunię i na drogę, jaką obrał Nicolae Ceaușescu, zobaczymy, że był to rumuński wariant moczaryzmu. Tylko różnica była taka, że Rumunia nie miała granicy ze Związkiem Sowieckim, natomiast Polska tę granicę miała i z tego powodu głos Moskwy był znacznie bardziej istotny dla władzy.

W Polsce sytuacja była dodatkowo skomplikowana, bo istniał kompleks ziem zachodnich. Jeszcze za moich czasów panowało przekonanie, że nie jesteśmy tam do końca u siebie. Dlatego władza mogła tym grać. W gruncie rzeczy Gomułka podczas okupacji jako członek komunistycznego podziemia nie wierzył, że Polska otrzyma tak duże nabytki. Gdańsk i trochę Śląska – owszem. Ale Wrocław i Szczecin? To było poza horyzontem oczekiwań. Prawdopodobnie Gomułka do końca uważał, że Niemcy upomną się o swoje dawne terytoria, gdy zmieni się polityczna koniunktura. Aby temu przeciwdziałać, stosunki z Moskwą musiały być jak najbardziej ścisłe. Dlatego gdy po latach ktoś go zapytał, dlaczego w 1956 roku nie poruszył sprawy Katynia, powiedział, że wiedział, że umarłych nie wskrzesi, a tylko szalenie zepsuje sobie relacje z Kremlem. Jedyne, co zrobił, to przy okazji przedruku swoich okupacyjnych tekstów pominął ten mówiący, że za zamordowaniem polskich oficerów stali Niemcy.

Gomułka w 1956 roku był u szczytu popularności.
Absolutnie. Był traktowany jak bohater narodowy.
Czy komuniści z piętnem moskiewskiego pochodzenia ich władzy w ogóle mieli szansę na rząd dusz?
Moim zdaniem tak. Pierwszą szansą był 1956 rok, kiedy Gomułka miał ogromny autorytet i mógł prowadzić inną politykę. Oczywiście to nie byłaby brytyjska demokracja, ale system mógłby być nieco inny. Tylko on do tego nie dążył i wracał do modelu państwa, który współtworzył po 1944 roku, czyli dyktatury komunistycznej, której droga do wszechmocy prowadziła przez likwidację społeczeństwa obywatelskiego, opozycyjnych partii i odmiennie myślących środowisk.
Gomułka powiedział, że w dwóch sprawach nie można iść drogą KPP i kominternowskiego konserwatyzmu. Chodziło o stosunek do wsi i kolektywizacji oraz stosunek do tradycji narodowej. Wiedział, że trzeba zachować Orła Białego, "Mazurka Dąbrowskiego", biało-czerwony sztandar, dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza i Chopina, chociaż oni wszyscy nie byli komunistami.

W końcu jednak przegrał walkę o rząd dusz. Czy on w ogóle mógł się zachować inaczej?
Trochę inaczej mógł. Nie mógł wprowadzić parlamentaryzmu i grać ostro wobec Moskwy, ale na pewno mógł nie pozwolić na wojnę z inteligencją w 1968 roku. Powinien zrozumieć, że z powodu spektaklu "Dziadów" w Teatrze Narodowym Rosjanie nie przyślą tu czołgów. On się tak zachował, jakby bronił nie tylko swojej władzy, ale też niepodległości Polski. Na pewno mógł też inaczej rozmawiać z Kościołem. Wojna w 1966 roku po liście biskupów była absurdalna i głupia.
Rok 1966 to konflikt władzy z Kościołem na tle milenium chrztu Polski i tysiąclecia państwa polskiego. A jeszcze rok wcześniej zostało opublikowane orędzie biskupów polskich do niemieckich ze słynnym zdaniem: "Udzielamy wybaczenia i prosimy o nie". Dlaczego Gomułka konfliktował się z Kościołem?

Wszedł w niepotrzebny i szkodliwy konflikt nie tylko z hierarchami, ale też z wielką częścią społeczeństwa. Polska jest w tym sensie katolicka, tak jak Rosja jest prawosławna, Turcja muzułmańska, Niemcy protestanckie, a Izrael judaistyczny. Nie można atakować czegoś, co jest tak głęboko zakorzenione w kulturze polskiej, w mentalności, w pamięci zbiorowej, jeżeli chce się żyć w normalnym, demokratycznym państwie.
Ale Gomułka tego nie chciał. Uważał, że Kościół ogranicza jego władzę i że nie jest partnerem do rozmowy na temat stosunków polsko-niemieckich. To było niemądre, bo orędzie wiele zmieniło. Pokazało, że o sprawach Polaków i Niemców można mówić innym językiem. Dziś widzę to wyraźnie, ale wtedy należałem do tych, którzy tego nie dostrzegali. Wówczas powtarzałem dość głupie zdanie, że nareszcie obie strony, czyli prymas Stefan Wyszyński i Gomułka, są zadowolone, bo każdy z nich znalazł partnera na swoim poziomie. Dzisiaj wiem, że to było głupie, żałuję tego, ale tak było. Nie będę zakłamywał swojej biografii.
W 1966 roku był pan pomysłodawcą zorganizowania wykładu Leszka Kołakowskiego, który cztery dni po pańskich 20. urodzinach odbył się w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Krytycznego wobec polityki władz odczytu wysłuchało ponad 200 osób. Władza zareagowała m.in. wyrzuceniem Kołakowskiego z PZPR. Dlaczego zorganizował pan ten wykład?
Na studiach należałem do środowiska tzw. komandosów. Wpadaliśmy na oficjalne zebrania i zadawaliśmy kontrrewolucyjne pytania, łamiąc ideologiczne tabu. Wtedy Kołakowski to był guru i niezłomna ikona Października. Człowiek, który nigdy się nie pokajał i nigdy nie prowadził żadnych gier z władzą. Nie składał żadnych samokrytyk, chociaż był atakowany przez Gomułkę. Powiedziałem mu, że zbliża się rocznica Października i my jako studenci mamy pomysł, aby zorganizować spotkanie na ten temat. Też uważał, że taka rocznica nie powinna przejść niezauważona, bo dla niego 1956 rok był ważną datą.
Narodził się wtedy inny Kołakowski. Wcześniej należał do kręgu partyjno-rządowego, był za komunizmem. A 1956 rok był dla niego przełomem. Napisał wielkie teksty, m.in. "Śmierć bogów" i "Czym jest socjalizm". Dziesięć lat później uznał, że trzeba ponownie upomnieć się o demokratyczne wartości.
Kołakowski mówił m.in.: "To, co nas najbardziej przygniata, to brak perspektyw, pauperyzacja duchowa, brak oddechu, brak nadziei, poczucie stagnacji. Ta atmosfera związana jest z niespełnieniem tych nadziei, jakie większość społeczeństwa wiązała z Październikiem. W rezultacie nie mamy większych powodów do świętowania".
Chciał pokazać, że polska inteligencja ma inną pamięć Października niż polska władza. Nam, studentom z kręgów komandosów, bardzo się to podobało. Przy okazji wykładu chcieliśmy też upomnieć się o naszych liderów moralnych, Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, którzy odsiadywali kilkuletnie wyroki więzienia za krytyczny wobec PZPR "List otwarty do członków partii". Rok 1966 był czasem powolnego wypluwania knebla. Dlatego zorganizowaliśmy ten wykład. Następująca po nim reakcja na wyrzucenie z partii Leszka Kołakowskiego i Krzysztofa Pomiana, który wtedy też wygłosił referat, była lawinowa. Na znak protestu z PZPR wystąpili m.in. Tadeusz Konwicki, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Wiktor Woroszylski, Witold Wirpsza i Paweł Beylin.
To było dla mnie ważne, bo chociaż działo się w mikroskopijnym świecie literatów i naukowców, panowało przekonanie, że bycie w mniejszości nie jest niczym złym, jeśli walczy się o słuszną sprawę. Wiedzieliśmy, że system się od tego nie zmieni, ale coś jednak drgnie: ludzie zaczną mieć inną wrażliwość, podniesie się poprzeczka namysłu i odwagi, pasywność zostanie przełamana.
W 1976 roku, gdy obchodził pan 30. urodziny, przebywał pan na Zachodzie. Informował pan międzynarodową opinię publiczną o działaniach Komitetu Obrony Robotników. Spotykał się pan z wieloma osobami, m.in. z Jerzym Giedroyciem, redaktorem naczelnym paryskiej "Kultury". Czym była dla pana ta znajomość?
Giedroycia poznałem dużo wcześniej, jako niespełna 18-latek. Opowiadał mi o niepodległej Ukrainie i o tym, że Kijów to ukraińskie miasto. Dla mnie to brzmiało jak bajka o żelaznym wilku, bo wszyscy uważali, że to jest Rosja. Po tym widać przenikliwość Giedroycia, jego mądrość i wyobraźnię polityczną. Pokazał mi, że jeśli uważa się jakąś sprawę za słuszną, to należy iść pod prąd, żeby ją dopiąć. Najpierw cię będą za to wyzywać i hejtować, a później szanować – właśnie dlatego, że zrobiłeś to wbrew powszechnemu odczuciu. Giedroyc uznał, że Wilno i Lwów należą się Litwinom i Ukraińcom. I że Polacy tam już nigdy nie wrócą. Emigracyjni czytelnicy wymawiali mu za to prenumeraty, ale pismo przetrwało. Tak jak przetrwała koncepcja myślenia Giedroycia o współpracy Polaków ze wschodnimi sąsiadami.
Podobnie rzucił linę Czesławowi Miłoszowi, gdy za ucieczkę na Zachód był atakowany ze wszystkich stron: od antykomunistycznych emigrantów po PZPR-owskich propagandystów, a nawet ludzi pióra, jak Kazimierz Brandys i Roman Bratny. Gdy Jarosław Iwaszkiewicz spotkał Miłosza na jakimś koncercie w Paryżu, to powiedział mu, że nie będzie podawał ręki. Giedroyc nie poddał się temu sposobowi myślenia. Pomoc udzielona Miłoszowi to jest jedna z jego największych zasług dla polskiej kultury.
W 1986 roku obchodził pan 40. urodziny. Niedługo przed nimi wyszedł pan z więzienia skazany za działalność polityczną, a w Stanach Zjednoczonych ukazała się pańska książka "Letters From Prison and Other Essays". Na przyjęcie urodzinowe przyszło ok. 350 osób.
Wtedy dziennikarzem "New York Timesa" w Warszawie był Michael Kaufman. Nasi ojcowie odsiadywali wyrok za komunizm w tej samej celi. To powodowało pewien rodzaj zażyłości, więc gdy zaproponował mi zorganizowanie przyjęcia u siebie w domu, bardzo mi się to spodobało. Ledwo wyszedłem z więzienia, a "New York Times" to było jedno z najważniejszych pism na świecie. Zaprosiłem, kogo się dało, ale nie wszyscy się zmieścili i mieli do mnie pretensje. Przy takiej liczbie gości zawsze można kogoś przegapić.
W tamtym czasie na czele ZSRR stał już Michaił Gorbaczow. Wprowadzana przez niego pierestrojka miała uratować sowieckie imperium, ale doprowadziła do jego upadku. Czy wtedy można było dostrzec, że za trzy lata w Polsce będą częściowo wolne wybory?
To był bardzo ciekawy moment. Sowietologia amerykańska była podzielona w sprawie tego, kim jest Gorbaczow i co przyniosą jego reformy. Na przykład Richard Pipes i Zbigniew Brzeziński mówili, że to wszystko bez znaczenia. Inni z kolei, że to powrót do Lenina. Polska emigracja niemal w całości uważała, że ta cała pierestrojka to pic na wodę. Podobnie uważały polski Kościół, kierownictwo "Solidarności", a nawet w PZPR. Było tam silne poczucie, że to tylko chwilowa zmiana i za chwilę wrócimy do "starych dobrych czasów". Jaruzelski miał nadzieję, że Gorbaczow da mu większy margines swobody i nic więcej. Ale obaj ewoluowali. Miałem okazję znać ich obu.
Pamiętam, że wiele lat później byłem zaproszony na urodziny Gorbaczowa, na których też był obecny Jaruzelski. Gorbaczow już nie stał na czele KC KPZR, ale wciąż był bardzo ważną postacią. Wielkie przyjęcie w hotelu w Moskwie. Przy jednym stole Jaruzelski z Gorbaczowem, a ja przy sąsiednim z moim kumplem Bernardem Guettą, wieloletnim korespondentem "Le Monde". I Jaruzelski mówi do Gorbaczowa: "Michaił Siergiejewicz, chcę panu kogoś przedstawić, to jest Adam Michnik". A Gorbaczow: "Wojciech, przecież ja go znam. To jest przyjaciel". Rozmawialiśmy później z Guettą, że kilka lat wcześniej byśmy nie wymyślili, że będziemy kiedyś pili szampana w Moskwie za zdrowie Gorbaczowa. W drugiej połowie lat 80. należałem do niewielu ludzi, którzy brali te zmiany bardzo serio, i pisałem o tym, więc można to udowodnić. Moi koledzy w większości patrzyli na mnie jak na wariata. Jedynym, który mi wierzył, był Kuroń.
Skąd to przeświadczenie?
Mieszkałem wtedy w Sopocie i kupowałem w Empiku takie drukowane gazety jak "Ogoniok", "Moskowskije Nowosti", "Izwiestija", "Litieraturnaja Gazieta", "Sielskaja Żyzń". Aż ludzie się za mną oglądali. Z tygodnia na tydzień można było zobaczyć, że zmiany się rozpędzają. Nie przychodziło mi do głowy, że w cyrylicy przeczytam takie rzeczy. Zaczęły się rehabilitacje: z jednej strony Osipa Mandelsztama, a z drugiej Nikołaja Bucharina. Mimo wszystko wielu ludzi uważało, że pierestrojka to będzie drugi Październik. Najpierw nadzieja, poluzowanie systemu, a później wszystko wróci na dawne tory. Tak się nie stało.
Potem był 1989 rok.
Dla mnie to był rok cudów. Gdyby mi ktoś rok wcześniej powiedział, że rozmontujemy komunizm przy Okrągłym Stole, to bym go wysłał do domu wariatów.
Ale kilka lat później obóz "Solidarności" rozpadł się i utracił władzę. Rok 1996 i pana 50. urodziny to już parlament, w którym najsilniejszą partią było SLD, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. Wielu komentatorów życia politycznego uważało, że to zawróci Polskę z drogi wiodącej na Zachód. A pan?
Dla wielu ludzi zwycięstwa SLD i Kwaśniewskiego to był szok. Dla mnie nie, ale to wynikało z tego, że poznałem Kwaśniewskiego przy Okrągłym Stole i wiedziałem, że jest to człowiek, który nie chce powrotu do dyktatury i rządów monopartii, lecz chce tak przeformułować swoją formację, że znajdzie się dla niej miejsce w demokratycznej Polsce. Wśród ludzi podobnie myślących byli także Włodzimierz Cimoszewicz, wtedy Leszek Miller, Józef Oleksy i tak dalej.
Pana stosunek do dekomunizacji i lustracji był wrogi. Dlaczego?
Uważałem, że to dzieli Polaków wedle fałszywych kryteriów. Że nas powinien dzielić stosunek do przyszłości, a nie do przeszłości. Uważałem, że po stronie postkomunistycznej jest bardzo wielu ludzi, którzy mogą wiele dobrych rzeczy dla Polski zrobić: Marek Belka, Dariusz Rosati, Marek Borowski, Krzysztof Janik i tak dalej. Ci ludzie byli bardzo różni, ale chcieli ulokować się w demokracji. I należało im rzucić linę, a nie stygmatyzować i dyskryminować, choćby moralnie. Temu byłem przeciwny.
Już wcześniej ludzie dawnej opozycji, którzy przed 1989 rokiem ze sobą współpracowali, zaczęli ostro się zwalczać. Dlaczego?
W moim przekonaniu każda wielka zmiana rewolucyjna, nawet przeprowadzona bez przemocy, ma zawsze dwie fazy. Pierwsza to walka o wolność, a druga – walka o władzę. Film Andrzeja Wajdy "Danton" to jest film o walce o władzę, kiedy już Bastylia została zburzona. A gdy u nas została zburzona Bastylia, czyli runął moloch aparatu partyjnego, który wszystkim rządził, to pojawiły się podziały wedle innych kryteriów.
Upraszczając, w "Solidarności" były trzy nurty: narodowo-katolicki, konserwatywny; rewindykacyjno-robotniczy, społeczny; demokratyczno-liberalny, inteligencki. Z tego ostatniego nurtu wyłoniła się Unia Demokratyczna, Unia Wolności. I ten trzeci nurt wszędzie przegrał, nie tylko w Polsce, ale też w Rosji, Czechach, Słowacji. Jednak wszędzie zaistniał i był czynnikiem, który generował zmiany, nowe postawy, przełomowe reformy. W latach 90. odezwał się wirus endecki, który zawsze był silny, ale wtedy ponownie podzielił Polskę. Ten podział wciąż się utrzymuje i dlatego trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy chcemy żyć w Polsce nacjonalistycznej, autorytarnej, czy w Polsce europejskiej i demokratycznej?
Rok 2006 i 2016 to rządy Prawa i Sprawiedliwości oraz prezydentura Lecha Kaczyńskiego, a dekadę później Andrzeja Dudy. W wyborach prezydenckich rzadko wygrywał kandydat, którego pan popierał. W 1990 roku przegrał Tadeusz Mazowiecki, w 1995 – Jacek Kuroń, w 2015 – Bronisław Komorowski.
Ale demokracja nie polega na tym, że mają wygrywać ci, na których ja głosuję. Decyduje polska opinia publiczna, a ja jestem tylko elementem tej opinii. Mniejszościowym. Trudno, nie zawsze się wygrywa.
Polska w 2004 roku stała się państwem członkowskim Unii Europejskiej, kilka lat wcześniej weszła do NATO. W Polakach silne było poczucie przynależności do kultury zachodniej, a jednak coraz wyraźniej pojawiają się hasła antyeuropejskie, antyunijne i antyzachodnie. Jak to wytłumaczyć?
Jest coś takiego jak lęk przed nowoczesnością. Poza tym Zachód też niejedno ma imię. Z jednej strony Niemcom udało się wyjść z nazizmu i to wielka zasługa takich ludzi jak Konrad Adenauer, Willy Brandt czy Kurt Schumacher. Z drugiej strony jest Alternatywa dla Niemiec, która zdobywa popularność we wschodnich landach, co jest bardzo niebezpieczne. We Francji była silna prawica pod postacią gaullizmu, a teraz jest Marine Le Pen, a na lewo Jean-Luc Mélenchon. W Stanach Zjednoczonych Trump przemawia językiem w dużej mierze błazeńskim albo protofaszystowskim, a i tak wygrywa. Nic dziwnego, że politycy w innych państwach chcą się na nim wzorować. Istnieje coś takiego jak prawo imitacji. W 1968 i 1980 to prawo pchało społeczeństwa do wolności.
Dziś ruch może być w drugą stronę. Zobaczymy. Piłka wciąż jest na boisku. Na Węgrzech sytuacja się odmieniła. Nie naszą sprawą jest tracić nadzieję, ale trzymać się tego, co uważamy za słuszne, choćby to oznaczało znalezienie się w mniejszości. Nie jest cnotą być po stronie większości. Cnotą jest być po stronie prawdy.
Rozmawiali Józef Krzyk i Igor Rakowski-Kłos
Adam Michnik — współzałożyciel i redaktor naczelny "Gazety Wyborczej", historyk, eseista, publicysta polityczny. Od lat 60. jeden z czołowych organizatorów demokratycznej opozycji, m.in. działacz studencki pokolenia ’68, członek Komitetu Obrony Robotników, doradca pierwszej "Solidarności". Wielokrotnie zatrzymywany, aresztowany i więziony, w stanie wojennym internowany. Negocjator strony opozycyjnej podczas obrad Okrągłego Stołu. Po 1989 r. poseł na Sejm. Kawaler Orderu Orła Białego. Autor wielu książek, m.in. "Kościół, lewica, dialog", "Cienie zapomnianych przodków" czy "Z dziejów honoru w Polsce. Wypisy więzienne". Ostatnio ukazał się wywiad rzeka, którego udzielił Jarosławowi Kurskiemu, pt. "Adam, syn Ozjasza".
źródło: PAP













