Konflikt wybuchł w 2018 roku. Wszystko zaczęło się od relacji na Instagramie, na której twórcy Vogule Poland - Patryk Chilewicz i Madam - pokazywali ekran swojego telewizora, na którym oglądali programy "Kuchenne Rewolucje" Magdy Gessler czy "Projekt lady", dodając swój komentarz do tego co widzą.
TVN doprowadził do zablokowania ich ówczesnego konta na Instagramie. Opublikował też oświadczenie, w którym napisał, ż Vogule Poland ma charakter wyraźnie hejterski, " i oskarżył twórców o łamanie praw autorskich.
- Jest nam szalenie przykro, że mimo licznych prób ustalenia zasad współpracy pomiędzy TVN a Vogule Poland (korespondujemy już ponad 2 lata), portal ciągle łamie prawa autorskie. Serwis, pod pretekstem wolności słowa, pasożytuje na TVN, jest nastawiony na skandal i konfrontację. Wszystko po to, by budować zasięg i zarabiać - głosiło oświadczenie TVN.

Ostatecznie stacja skierowała sprawę do sądu. Twórcy Vogule Poland nie zamierzali się jednak poddać i odpowiedzieli pozwem wzajemnym o naruszenie ich dóbr osobistych.
"8 lat sądowego koszmaru"
Dziś, po ośmiu latach batalii, założyciel Vogule Poland nie kryje emocji, ale też rozczarowania postawą telewizyjnego giganta po ogłoszeniu wyroku.
To było osiem lat koszmaru, w którym wielka, międzynarodowa machina próbowała wykończyć naszą skromną markę oraz zniszczyć nasze wizerunki. Nie spodziewali się, że dwóch dwudziestoparolatków podejmie walkę. Podjęliśmy i wygraliśmy, ponieważ TVN – co dla większości jest jasne i zrozumiałe od zawsze – nie ma prawa wyzywać publicznie i bez wyroków sądu osób czy podmiotów, za którymi nie przepada. A za nami nie przepada, bo śmiemy nie uczestniczyć w ich propagandzie bycia cool stacją. SLAPP nie był cool, przez te osiem lat nie zachowywali się cool, teraz niestety też. Niestety, bo my naprawdę wyciągaliśmy do nich wielokrotnie ręce, ostatni raz miesiąc przed ogłoszeniem przez sąd przeprosin dla nas.
- Przeprosiny i zwrot kosztów procesu, które zostały zasądzone przez sąd, wciąż się nie pojawiły. Czekamy na ich reakcję, ale mam poczucie, że mimo wielokrotnych rewolucji wewnątrz samego TVN przez te osiem lat sporu sądowego, oni wciąż zdają się być przekonani o swojej nieomylności. Nie wydaje mi się, by nauczyli się też pokory czy szacunku względem innych podmiotów, których nie są w stanie kontrolować. To na szczęście nie nasz problem, my czekamy na przeprosiny i przelew, by zakończyć ten przygłupi pokaz władzy, jaki chciała nam zaserwować międzynarodowa korporacja. Źle trafili. A wnioski są takie, że bycie posłusznym tylko dlatego, że ktoś jest silniejszy, zwykle nie jest najlepszym rozwiązaniem, a o siebie warto walczyć. Tego życzę nam wszystkim! - dodaje Chilwicz.

Droga do Sądu Najwyższego
Sprawa przeszła niezwykle skomplikowaną drogę proceduralną. Obie strony twierdziły, że wzajemne wypowiedzi naruszały ich dobra osobiste. Ostatecznie spór musiał rozstrzygnąć Sąd Najwyższy.
Jak tłumaczy dr Jacek Makowski, adwokat i pełnomocnik Vogule Poland, kluczowa w procesie była walka o prawdę i rzetelne dowody. Spraw sądowych dotyczących sporu między Vogule Poland a TVN było kilka, jednak ta była najważniejszym filarem całego konfliktu. Obie strony twierdziły, że wzajemne wypowiedzi naruszały ich dobra osobiste.
Vogule Poland od początku stało na stanowisku, że oświadczenie opublikowane przez TVN w sierpniu 2018 roku naruszało ich dobra osobiste i dlatego w odpowiedzi na pozew TVN złożony został pozew wzajemny. Głównym celem było wykazanie, że określenia takie jak "hejter" czy zarzuty łamania praw autorskich są twierdzeniami dotyczącymi faktów. A skoro są to twierdzenia o faktach, muszą być poparte dowodami, których zdaniem Vogule Poland TVN nie posiadał. Nie można publicznie stwierdzać, że ktoś złamał prawo autorskie czy przyczynia się do rozpowszechniania nienawiści, jeśli nie potwierdza tego prawomocny wyrok sądu. Tylko taki wyrok daje podstawę do formułowania tego rodzaju zarzutów.

Sąd pierwszej instancji zgodził się z tym stanowiskiem. Jednak po odwołaniu obu stron Sąd Apelacyjny w Warszawie zmienił wyrok, uznając, że oświadczenie TVN mieściło się w granicach prawa. Wyrok stał się prawomocny, ale twórcy Vogule Poland zdecydowali się na krok ostateczny – wnieśli skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego.
Pełnomocnik Vogule Poland wyjaśnia, jak ten nadzwyczajny środek zaskarżenia odmienił losy procesu:
– Skarga kasacyjna nie jest trzecią instancją i co do zasady nie wstrzymuje wykonania prawomocnego wyroku, ale stanowi nadzwyczajny środek zaskarżenia, który w wypadku skutecznego złożenia pozwala zweryfikować, czy sąd drugiej instancji prawidłowo zastosował przepisy prawa. Sąd Najwyższy uznał, że Sąd Apelacyjny nie przeprowadził właściwej analizy sprawy w zakresie treści oświadczenia TVN. Wskazał, że sąd ograniczył się do przytoczenia wcześniejszych orzeczeń w podobnych sprawach, zamiast indywidualnie ocenić okoliczności tego konkretnego przypadku. Z tego powodu uchylił wyrok w tej części i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania – wyjaśnia mecenas.

Ostateczne, prawomocne rozstrzygnięcie
Sprawa wróciła do Sądu Apelacyjnego, który tym razem musiał ściśle zastosować się do wytycznych Sądu Najwyższego. Wydany 24 czerwca 2026 roku wyrok okazał się pełnym zwycięstwem niezależnych twórców. Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że stacja bezprawnie naruszyła dobra osobiste influencerów, bezpodstawnie zarzucając im m.in. łamanie praw autorskich i szerzenie nienawiści.
Jakie są bezpośrednie konsekwencje tego orzeczenia dla platform społecznościowych oraz samego TVN-u?
24 czerwca 2026 roku Sąd Apelacyjny ponownie rozpoznał sprawę, stosując się do wskazówek Sądu Najwyższego. Tym razem podzielił stanowisko sądu pierwszej instancji i uznał, że nie można publicznie twierdzić, iż ktoś szerzy nienawiść, jest "hejterem" i łamie prawa autorskie, jeśli nie potwierdza tego prawomocny wyrok sądu. To rozstrzygnięcie ma znaczenie nie tylko dla Vogule Poland, ale także dla wszystkich użytkowników internetu. Fakt, że Facebook, Instagram czy inna platforma usunie czyjąś treść lub uzna ją za naruszającą regulamin, nie oznacza automatycznie, że doszło do złamania prawa. Decyzje takich platform są często podejmowane przez algorytmy lub na podstawie wewnętrznych procedur i nie mogą zastępować orzeczenia sądu.
Mimo, że wyrok obowiązuje natychmiast, stacja TVN dotychczas nie opublikowała wymaganych przeprosin ani nie zwróciła zasądzonych kosztów procesu. Pełnomocnik Vogule Poland wskazuje na dalsze kroki prawne oraz niepokojący trend rynkowy.

– Obecny wyrok jest prawomocny. TVN może jeszcze złożyć skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego, ale jest to nadzwyczajny środek zaskarżenia i nadrzędnie nie zmienia faktu, że wyrok obowiązuje od momentu jego wydania. Zgodnie z orzeczeniem, TVN powinien zwrócić Vogule Poland zasądzone koszty procesu oraz opublikować przeprosiny w terminie 14 dni. Do tej pory obowiązki te nie zostały wykonane. Jeżeli strona przegrywająca nie wykonuje prawomocnego wyroku dobrowolnie, konieczne jest wszczęcie postępowania egzekucyjnego – tłumaczy mecenas.
Dodaje, że w przypadku świadczeń pieniężnych wierzyciel występuje o nadanie klauzuli wykonalności i może skierować sprawę do komornika. Natomiast wykonanie obowiązku opublikowania przeprosin wymaga odrębnego postępowania przed właściwym sądem rejonowym, który może zobowiązać stronę do wykonania wyroku pod rygorem grzywny.

– W praktyce zdarza się, że duże podmioty kalkulują, czy wizerunkowo korzystniej będzie zwlekać z wykonaniem prawomocnego wyroku i ponieść ewentualne konsekwencje finansowe, niż opublikować przeprosiny. Nie twierdzę, że właśnie tak postępuje TVN, ale jest to mechanizm, z którym coraz częściej spotykamy się w sprawach o naruszenie dóbr osobistych – precyzuje mecenas.
Po tym prawomocnym wyroku Vogule Poland może dziś zgodnie z prawem powiedzieć, że TVN naruszył ich dobra osobiste. Takie stwierdzenie znajduje oparcie w prawomocnym orzeczeniu sądu, a nie w algorytmicznej decyzji jakiejś korporacji. Jeżeli TVN zdecyduje się wystąpić do Sądu Najwyższego ze skargą kasacyjną, będzie miał na to dwa miesiące od doręczenia uzasadnienia wyroku Sądu Apelacyjnego. Podkreślić jednak trzeba, że na dzień dzisiejszy wyrok pozostaje prawomocny i powinien zostać wykonany.
Gdzie leży granica?
Sprawa Vogule Poland vs TVN otwiera niezwykle ważną dyskusję o tym, co wolno twórcom internetowym, a kiedy ich działalność wchodzi w konflikt z prawem autorskim lub dobrami osobistymi innych podmiotów. Gdzie w polskim prawie przebiega granica między dozwoloną krytyką, satyrą a naruszeniem dóbr osobistych?
Jak wyjaśnia mec. Krzysztof Czyżewski, nie jest to granica wytyczona na stałe: –Generalnie obowiązuje wolność wypowiedzi, w tym wypowiedzi twórczej. Ale jak każda wolność, tak i ta, nie jest absolutna. Jeśli dochodzi o konfliktu różnych wolności, musimy starać się je pogodzić. Jedna wolność zwykle kończy się tam, gdzie narusza wolność kogoś innego.

Kluczową chyba zasadą jest taka, że wolno nam komentować i krytykować, a nawet śmiać się z czegoś, jeśli ta krytyka jest rzeczowa, podjęta w ważnym interesie, oparta na prawdzie i zgodna z zasadami współżycia społecznego, a nienapastliwa, podyktowana osobistą animozją czy zmierzająca do zniszczenia przeciwnika lub dokuczeniu mu czy poniżenia go. Wypowiedzi musimy dzielić na te o faktach, które poddają się testowi prawda – fałsz (te fałszywe nie mają nic na swoją obronę), i wypowiedzi oceny. Każdy ma prawo do własnej oceny ("Nie podoba mi się! Ale to słabe!"). One nie podlegają weryfikacji. Ważne jednak, żeby taka ocena była nastawiona na krytykę, a nie dokuczenie lub poniżenie.
Szczególne zasady dotyczą osób publicznych i ich publicznej działalności. W tym przypadku prawo dopuszcza znacznie ostrzejsze i bardziej zdecydowane formy wyrazu.
– W przypadku osób publicznych, czy działań (twórczości) publicznej, prawo dopuszcza nawet by ta krytyka była ostrzejsza, wyraźniejsza, nawet przerysowana. Sądy wskazują często na to, że jeśli ktoś podejmuje działania publiczne, to niejako godzi się, z tym, że jego praca lub aktywność będzie wystawiona na taki ostry osąd. Osoby publiczne muszą mieć twardszą skórę, krytyka i satyra to element takiej działalności. Nie chcesz być krytykowany? Nie publikuj, nie pojawiaj się w mediach, siedź w domu – tłumaczy mecenas Czyżewski.
Wielu twórców internetowych w ramach swojej działalności recenzenckiej lub satyrycznej korzysta z materiałów stacji telewizyjnych. Wokół tak zwanego "prawa cytatu" narosło jednak mnóstwo mitów.

Mecenas Czyżewski proponuje prosty test, który pozwala zweryfikować, czy cytowanie cudzego utworu rzeczywiście mieści się w granicach prawa: – Możemy sprawdzić czy nasz utwór bez zaczerpnięcia z cudzej twórczości jest nadal zrozumiały, czytelny, na zasadzie wklejam, usuwam i sprawdzam. Jeśli jest, to może cytat nie był potrzebny? Jeśli zapożyczamy jedynie po to, by było śmieszniej (w prezentacji ppt), albo żeby skusić kogoś do kliknięcia, polubienia, albo umieszczamy tam coś lub kogoś znanego, tylko po to by nasz materiał został zauważony, to jest duża szansa, że nie mieścimy się w granicach prawa cytatu.
Jeśli zatem wykorzystujemy fragmenty cudzych prac, wykażmy, dlaczego są one niezbędne w naszym przekazie, dlaczego akurat ten materiał cytujemy, dlaczego aż pięć sekund a nie wystarczyłoby trzy (ważne jest byśmy mogli pokazać proporcjonalność wykorzystania, nadrzędność utworu, który cytuje do materiału cytowanego). Te pytania, w potencjalnym sporze, może nam zadać sąd. Bo to my, ci którzy wykorzystują, będą musieli udowodnić, że mogliśmy skorzystać z prawa cytatu.
Parodia i pastisz w świetle prawa unijnego
Poza prawem cytatu niezwykle istotnymi pojęciami są parodia i pastisz. Co ciekawe, jak wyjaśnia mecenas, na gruncie prawa autorskiego, te instytucje dają twórcom znacznie szersze uprawnienia, co potwierdza orzecznictwo unijne.

Mecenas Czyżewski zauważa, że od prawa cytatu musimy odróżnić parodię i pastisz. Od jakiegoś czasu w polskim prawie istnieje odrębny wyjątek: "Wolno korzystać z utworów na potrzeby parodii, pastiszu lub karykatury, w zakresie uzasadnionym prawami tych gatunków twórczości".
–Tu ważny wtręt – prawo cytatu, parodia i pastisz to instytucje prawa autorskiego, a zatem mogą usprawiedliwiać wykorzystanie cudzego utworu. Wcześniej omawiałem prawo do krytyki, na gruncie ochrony dóbr osobistych. Te kwestie mogą się łączyć, co jest częste, ale warto pamiętać, że przypisane są one do dwóch osobnych dziedzin i tematów. Ten wyjątek od monopolu twórczego, jest szerszy niż omawiane wcześniej prawo cytat. Tu nie wymaga się, by parodia była samodzielnym utworem ani by parodiowany utwór był drobny lub wykorzystany tylko we fragmentach – precyzuje mecenas Czyżewski.

Zasady korzystania z parodii zostały opisane przez Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku Wielkiej Izby z 3 września 2014 r. w sprawie C‑201/13, Deckmyn i Vrijheidsfonds przeciwko Vandersteen i inni. (...) Trybunał orzekł, że "parodia" jest autonomicznym pojęciem prawa Unii (...). I ją zdefiniował, wskazując na dwie zasadnicze cechy: (1) nawiązuje do istniejącego utworu, wyraźnie się od niego różniąc, oraz (2) stanowi wyraz humoru lub drwiny. Ale co ważne, humor lub drwina nie muszą być wymierzone w sam parodiowany utwór, mogą dotyczyć czegoś lub kogoś innego. Zatem wyobrażam sobie, że możemy wykorzystywać fragmenty cudzych programów TV, ale w zakresie niezbędnym do ich sparodiowania, skrytykowania, a nie głównie po to by przejąć atrakcyjność lub wzmocnić zasięgi.
Mały vs duży
Ostatnim, ale niezwykle ważnym aspektem podobnych batalii prawnych jest drastyczna asymetria sił. Gigantyczne koncerny medialne często wykorzystują swoją przewagę finansową, aby uciszyć krytyków za pomocą długotrwałych procesów.
Służy temu tzw. SLAPP – zjawisko, z którym polskie i europejskie prawo zaczęło wreszcie skutecznie walczyć.
Jak wyjaśnia mecenas Czyżewski, formalnie prawo jest neutralne i chroni tak samo małych, jak i dużych. Sądy podkreślają, że zarówno "duży i bogaty", jak i "mały i biedny" mają prawo bronić swojej renomy. Z punktu widzenia przepisów mniejszy twórca nie jest w gorszej pozycji.
– W praktyce jednak asymetria zasobów i długotrwałość procesu mogą działać zniechęcająco dla tych małych i mniej zasobnych. Procesy potrafią ciągnąć się latami, a ich prowadzenie pochłania masę zasobów i środków. I to często wykorzystują ci, którzy o koszty postępowań martwić się nie muszą. Pozwy, których celem bywa nie tyle wygrana, ile wywarcie presji i "uciszenie" krytyki, nazywa się SLAPP (strategic lawsuits against public participation) – analizuje mecenas Czyżewski.
Dodaje, że Unia przyjęła dyrektywę anty-SLAPP 2024/1069 już 11 kwietnia 2024 r. 8 lipca 2026 roku w Polsce zaczęła obowiązywać ustawa wdrażająca jej przepisy. Przewiduje ona sprawniejszy tryb postępowania w sprawach uznanych za nękanie i grzywny za tłumienie lub blokowanie debaty publicznej. Jej materia ma chronić przede wszystkim dziennikarzy, aktywistów i obywateli uczestniczących w takiej debacie.
Nasza redakcja zwróciła się do TVN Warner Bros. Discovery z oficjalną prośbą o komentarz w tej sprawie. Do momentu publikacji tego artykułu stacja nie odpowiedziała na nasze zapytanie.













