Krzysztof Janczak stworzył Pana Yapę. Potem trudno było zobaczyć w nim kogoś innego

Dla widzów "5-10-15" pozostał Panem Yapą. Krzysztof Janczak mówi o nim jak o komicznej postaci, którą stworzył, pisał dla niej teksty i chciał przenieść do kina. W rozmowie z Wirtualnemedia.pl wraca do początków programu, ceny własnej popularności i literatury, od której zaczęła się jego droga.

Kacper Peresada
Kacper Peresada
Udostępnij artykuł:
Krzysztof Janczak stworzył Pana Yapę. Potem trudno było zobaczyć w nim kogoś innego
autor: KONRAD KOCZYWAS
Fot. Copyright: fotozawodowiec.com.pl

Trudno o bardziej wymowny obraz. Kończymy rozmowę z Krzysztofem Janczakiem, gdy do naszego stolika podchodzą trzy osoby. Proszą o wspólne zdjęcie i autografy. Od czasu, gdy Janczak był częścią "5-10-15", minęły ponad dwie dekady, a Pan Yapa wciąż pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii polskiej telewizji. Jak przyznaje sam Janczak, stworzenie tak popularnej postaci miało jednak swoją cenę.

– To była kreacja – podkreśla.

Pan Poeta

Zanim powstała, Janczak pisał wiersze, występował w teatrze i kabarecie, przyjaźnił się z ludźmi, którzy za pomocą absurdu opowiadali o rzeczywistości PRL. Pan Yapa wyrósł właśnie z tych doświadczeń.

Ojciec chciał, żeby został inżynierem i miał poważny zawód. Janczak jednak już jako dziecko urządzał rodzinne występy, naśladując ciotki i wujków. Później najważniejsza stała się literatura. Z przyjaciółmi czytał poetów Nowej Fali, pisał własne teksty i próbował je wydawać.

Z tamtego czasu pamięta drukowanie wierszy za pomocą wyżymaczki od pralki Frania. Wspomina wizyty u uznanych poetów, których prosił o wiersze do pisma tworzonego domowym sposobem. Jednym z nich był Zbigniew Herbert. Janczak był wtedy przekonany, że w przyszłości zostanie pisarzem albo poetą.

Kiedy studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, nadal myślał przede wszystkim o pisaniu. Czytał Herberta i Miłosza, ale ich twórczość budziła w nim także poczucie dystansu do własnych możliwości. – Oni mistrzami byli takimi, że jak się czytało te ich tomiki, człowiek się robił taki malutki – wspomina.

Pan Kabareciarz

Spotkania z Jackiem Kleyffem i Michałem Tarkowskim oraz oglądanie występów Salonu Niezależnych pokazały mu inny sposób opowiadania o świecie. Chodził na ich programy do warszawskiego klubu Medyk. Pamięta, jak płakał ze śmiechu, patrząc na to, co robili na scenie. Później poznali się i zaprzyjaźnili. Ludzie, których wcześniej oglądał z widowni, stali się jego współpracownikami.


WIDEO
Jan Pietrzak i Kabaret Pod Egidą - Marsjanie nie zagrażają ziemi (Opole '70)

W ich twórczości odnajdywał bliski sobie absurd, ale też możliwość mówienia o rzeczywistości, którą znał. Żarty pozwalały dotykać spraw poważnych, również tych, o których cenzura nie pozwalała mówić wprost. Publiczność rozumiała, co kryje się za słowami, i sama dopowiadała ich znaczenie. Janczak zobaczył w tym miejsce dla siebie: o sprawach, które zajmowały go jako początkującego poetę, mógł opowiadać również za pomocą żartów.

– Czułem się bardzo dobrze w takiej literaturze absurdu. Świetnie się czułem – wspomina.

Przywołuje Mrożka i Gombrowicza. Jak mówi, szukał własnego sposobu dotarcia do ludzi, w którym czułby się swobodnie. Odnalazł go w "sztuce pełnej wieloznaczności i odniesień, które widz musiał rozpoznać".

Za znajomościami przyszła praca w Studenckim Teatrze Satyryków. Janczak wspomina spektakl, który mogli grać tylko raz w tygodniu, wieczorem, przy wygaszonym teatrze. Ograniczenia narzucała cenzura. W tym środowisku zaprzyjaźnił się również z Jonaszem Koftą, a z czasem coraz mocniej związał się z kabaretem.

W Młodej Egidzie znalazł się w gronie Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego, Krzysztofa Jaroszyńskiego i Krzysztofa Piaseckiego. Nazywa ich "grupą zgrywusów". Sam pisał teksty i występował. Wspomina koncerty w kościołach i prywatnych domach, poza oficjalnym obiegiem. – Odnalazłem się jak ryba w wodzie – opowiada.

Pisanie pozostało częścią tej pracy. Po prostu zmienił się sposób, w jaki jego teksty trafiały do odbiorców. Wypowiadał je ze sceny i od razu słyszał reakcję sali.

Jeszcze nie Pan Yapa

Do telewizji dziecięcej trafił w latach 80. Zaproszenie przyszło od Bożeny Walter. Jak opowiada, zwróciła się do niego i Wojciecha Manna w czasie, gdy udział w programach TVP był dla wielu artystów problemem politycznym. – Bojkotowaliśmy telewizję – przypomina.

Argument Walter, który zapamiętał, był prosty: co zawiniły dzieci? Przekonał go. Przyjął propozycję i zaczął przygotowywać własne krótkie filmy, w których pojawiał się ze swoim bassetem.


WIDEO
PAN YAPA - Rap Pana Yapy (Oficjalny teledysk)

Pomysł całego "5-10-15" Walter opisała po latach w rozmowie z Onetem. Inspiracją były dzieci, które obserwowała na podwórku: bystre, samodzielne, mające własne zainteresowania.

– Do tej pory dorośli prowadzili programy dla dzieci – dlaczego w tej roli nie mogą znaleźć się dzieci? – wspominała.

Program połączył trzy grupy wiekowe. Według Walter najtrudniejsze było przechodzenie między tematami tak, żeby żadna się nie nudziła. Żywiołowość młodych prowadzących podsunęła jej pomysł dodatkowego uczestnika: Wojciecha Manna jako niewidocznego na ekranie Głosu, który pomagał kierować tym, co działo się w studiu.

Janczak dobrze pamięta ten podział pracy: Mann mówił spoza kadru, on pojawiał się przed kamerą. W tej formule stopniowo rozwijała się postać Pana Yapy.

Sam "Yapa" był wcześniejszy niż telewizyjny "Pan". Janczak za ojca chrzestnego swojego pseudonimu uważa Jacka Kaczmarskiego. Podczas kabaretonu w Opolu Janczak miał zaraz wygłosić monolog, gdy Kaczmarski wypchnął go na scenę ze słowami: "Yapa, teraz ty!". Do końca festiwalu wszyscy zwracali się już do niego tym przezwiskiem. Kiedy zaczął pracować dla dzieci, dołączył do niego grzecznościowy tytuł, bo w końcu dzieci powinny się zwracać do starszych z szacunkiem. Tak powstało imię bohatera, które z czasem stało się bardziej rozpoznawalne niż nazwisko jego twórcy.

"5-10-15"

Wspomnienia innych osób związanych z "5-10-15" pokazują, jak duża odpowiedzialność spadała na ramiona uczestników programu. Marcin Tyszka trafił do niego po krytycznym liście z uwagami do tego, co oglądał na ekranie. Zaproszenie na Woronicza wziął za wstęp do rozmowy albo castingu. Jak opowiadał w "Uwadze!" (TVN), na miejscu musiał poprowadzić cały program z grupą pięciolatków. Po występie Bożena Walter i Bożena Pijanowska pogratulowały mu i zapowiedziały kolejne spotkanie.

– To mnie dużo bardziej ukształtowało niż jakiekolwiek studia – mówił o tym doświadczeniu.


WIDEO
1991-Program pierwszy - 5-10-15 (fragment)- Studio-Zapowiedzi-Reklamy-Kaliber-'91 1991.11.30

Z kolei Krzysztof Ibisz w rozmowie z magazynem "Osobowości i Sukcesy" wspominał, że poznał Waltera na kursie angielskiego. Gdy zapytał o możliwość pracy w telewizji, usłyszał: "Wymyśl coś". Zaproponował reportaże ze szkół i zaczął realizować je do "Szortpressu", części "5-10-15".

Janczak wnosił do programu własne teksty i doświadczenie sceniczne. To miało znaczenie także dla sposobu, w jaki pracował przed kamerą. – Pisałem scenariusze – mówi. – Miałem zawsze możliwość improwizacji.

Mówienie własnym językiem ułatwiało mu przejście ze sceny do telewizji. Nie musiał za każdym razem odtwarzać roli słowo w słowo. Mógł reagować i dopowiadać. Z czasem zaczął świadomie rozwijać bohatera, który początkowo kształtował się bardziej intuicyjnie.

Jego pomysł polegał na stworzeniu rozpoznawalnej postaci komicznej, którą można umieszczać w kolejnych sytuacjach. Gdy o tym opowiada, przywołuje Louisa de Funèsa i Jasia Fasolę. Zastrzega, że nie chodzi mu o porównywanie własnych osiągnięć z ich karierami. Interesował go sposób budowania komizmu wokół charakterystycznej osobowości i zachowania bohatera.

Ta swoboda miała jednak granice wyznaczane przez aktorskie rzemiosło. Kabaret pozwalał na szeroki gest i mocną mimikę. Kamera, zwłaszcza w zbliżeniu, wymagała powściągliwości. Janczak mówi, że opanowanie ruchliwej twarzy było jednym z trudniejszych zadań.

– Musisz strasznie panować nad mimiką swoją. Ta mimika musi być oszczędna – tłumaczy.

Wspomina wyczuwanie światła, ustawienia kamer i tego, którego obiektyw właśnie pokazuje. To część pracy, której widzowie raczej nie zauważają. Na ekranie oglądali swobodnego, zabawnego Pana Yapę, ale za tą swobodą stały scenariusz, doświadczenie i decyzje aktora.

Pan Terravita

Popularność Pana Yapy pomogła Janczakowi dostać rolę w reklamie czekolady Terravita. Jak opowiada, reżyser nie był jeszcze przekonany, czy go zaangażować. Rozstrzygnęła to sytuacja, która wydarzyła się podczas ich wspólnego spaceru.


WIDEO

– Szliśmy i on jeszcze się zastanawiał, czy mnie wziąć do tej reklamy. Stanęliśmy przy chodniku, na światłach. Jechał autokar z wycieczką i ten autokar się przechylił. To on to zauważył, nie ja. Któreś dziecko mnie wypatrzyło i wszystkie ruszyły do okien – wspomina Janczak.

Reakcja dzieci wystarczyła. Aktor dostał rolę, a reklamę z jego udziałem i krową zaczęła emitować telewizja. Historia wróciła do niego, gdy został prowadzącym programu "Vena" w TVP1, w którym widzowie wybierali najpopularniejsze reklamy.

– Byłem taki człowiek-maska, w zielonym garniturze. Wychodziłem i robiłem show. Ludzie dzwonili, pisali. Zaczęła się rywalizacja i zrobiła się z tego poważna sprawa – opowiada.

Wśród reklam, na które głosowali widzowie, znalazł się spot Terravity. Janczak wspomina, że jego obecność przypomniała publiczności również o reklamie czekolady. Spot zaczął zdobywać głosy i ostatecznie wygrał. Dla aktora oznaczało to jednak powrót do nierozwiązanej sprawy z właścicielem firmy.

Pan Janusz

Jak relacjonuje, wcześniej co roku przedłużali umowę dotyczącą korzystania z jego wizerunku. W pewnym momencie właściciel zrezygnował z dalszych opłat, zapowiadając, że nie będzie już używał reklamy. Kiedy spot zwyciężył w plebiscycie, chciał ponownie z niego skorzystać. Według Janczaka nie miał już obowiązującej umowy.

– Zbliża się dzień, godzina zero. Teatr Wielki pod parą, scenografia stoi, telewizja, a on praw nie ma. Nie może wyświetlić reklamy na dużym ekranie – opowiada aktor.

Rozmowy prowadził jego agent. Janczak początkowo odmawiał zgody, bo uważał, że właściciel wcześniej potraktował go nieuczciwie. Jednocześnie telewizja zdecydowała, że finał poprowadzi ktoś inny: występujący w zwycięskiej reklamie aktor miał zasiąść na widowni.

Spór zakończył się dopiero w przeddzień gali. Janczak wspomina, że podczas rozmowy telefonicznej niespodziewanie ustąpił.

– Powiedziałem: "Wie pan co, pan sobie weźmie to za darmo." Taki miałem gest. "Niech pan sobie to wyświetli za darmo." Jego zatkało – mówi.

Reklamę pokazano. Do kolejnego spotkania doszło później w Kołobrzegu, gdzie Janczak przebywał podczas trasy "Lata z Radiem". Recepcjonistka przekazała mu zaproszenie na kolację od właściciela Terravity, który zatrzymał się w tym samym hotelu. Aktor je przyjął.

– Myśmy się pogodzili – kończy.

Dzieci zasługują na szacunek

Od zawsze Janczak bardzo świadomie podchodził do swojej publiczności. Dziecko traktował jako wymagającego widza, do którego trzeba trafić odpowiednim słowem, obrazem i muzyką. Nie chciał zwracać się do niego sztucznie zdrobniałym językiem.

– Dziecko jest strasznie ważne – mówi. – Ja mówiłem do nich normalnie – wyjaśnia. Nie było miejsca na traktowanie dziecka jak... dziecka. Chodziło o to, aby rozmawiać z nim jak równy z równym. Aby szanować drugą osobę i nie stawiać się w roli wszechwiedzącego dorosłego.

Podkreśla, że od początku wziął sobie za cel, aby program był prowadzony na jak najwyższym poziomie. Nie było miejsca na fuszerkę i traktowanie czegokolwiek po macoszemu. Wspomina choćby muzyków pracujących przy jego nagraniach, zawodowych realizatorów i przygotowanie teledysków.

Na płycie "Pan Yapa i załoga π" śpiewali m.in. Ewa Bem i Mietek Szcześniak. Janczak z przyjemnością wraca do historii namawiania Bem na rapowanie, która powiedziała mu, że aby to zrobiła, Janczak musiałby ją "porwać". Ostatecznie zaśpiewała, nadając utworowi swingowy charakter. Zależało mu na tym, żeby muzyka dla najmłodszych była przygotowywana z taką samą starannością jak nagrania dla dorosłych. I aby takie same podejście do niej miała każda osoba, która ją współtworzyła.

Dzisiaj spotyka osoby, które jako dzieci dzwoniły do telewizji, żeby zagrać z nim w "Czy wydra wygra". Dorośli mają własne dzieci i mówią mu, że chciałyby zapewnić im podobne wspomnienia.

– Podchodzą, jesteśmy jak rodzina. To jest niesamowite – opowiada.

Pan Aktor

Przywiązanie publiczności trudno było jednak oddzielić od zawodowego zaszufladkowania. Janczak miał już za sobą role filmowe i serialowe, kiedy zauważył, że kolejnych propozycji ubywa. Przy pracy z zagranicznymi reżyserami sytuacja wyglądała inaczej: nie znali jego dziecięcego programu, spotykali aktora, którego mogli obsadzić.

Próbował też znaleźć dla stworzonego bohatera większą przestrzeń. Wspomina napisany przez siebie scenariusz filmu, w którym miał zagrać detektywa wyruszającego z bassetem na poszukiwanie zaginionej księżniczki. Była to próba przeniesienia komicznej postaci do pełnej filmowej opowieści.


WIDEO
Pan Yapa, Lulo, hejterzy - oryginał

Według relacji Janczaka projektem zainteresowała się wytwórnia z Petersburga, a rozmowy dotyczyły wielomilionowego finansowania w dolarach. Aktor liczył na film, który pozwoli rozwinąć postać Pana Yapy na dużym ekranie. W jego opowieści szansa przepadła wraz z upadkiem rosyjskiego partnera. Janczak twierdzi, że za przedsięwzięciem stały mafijne pieniądze, które ostatecznie zniknęły. Film nie powstał.

– To była szansa na to, żeby ten Pan Yapa zaistniał na ekranie ogromnym, dużym, przy dużym budżecie – wspomina.

Na pytanie, czy miał dość Pana Yapy, odpowiada jednak wspomnieniem zupełnie innego rodzaju. Po występie dla dzieci z domów dziecka podeszła do niego dziewczynka. Przytuliła się i powiedziała, że chciałaby, żeby był jej tatą.

– To jest odpowiedź na twoje pytanie – mówi.

Wspomina występy poza telewizyjnym studiem, podróże i spotkania z widzami. Według jego szacunków zagrał około 400 koncertów w ramach "Lata z Radiem". Pamięta też imprezy, podczas których sceną była przyczepa traktora, a zapłatą jedzenie.

– Dostawałem talerz zupy i było fajnie – opowiada.

Po takich spotkaniach, jak tłumaczy, jeszcze wyraźniej niż w telewizji widział, co daje publiczności. Dlatego malejąca liczba innych ról nie oznaczała, że chciał przekreślić całą pracę dla dzieci.

Schyłek

Zmiana przyszła w końcu wraz z dorastaniem jego własnej rodziny. Syn został kompozytorem muzyki filmowej, córka grafikiem. Janczak obserwował ich znajomych i zainteresowania, a także to, jak do codziennego życia wchodzą internet, telefony komórkowe i kolejne cyfrowe rozrywki.

– Dorastały moje dzieci, zmieniał się świat wokół mnie – mówi. Mógł dalej korzystać z rozpoznawalności Pana Yapy. Czuł jednak, że pojawiają się inne rzeczy, którymi chciałby się zająć. Stopniowo wracał do pisania.

Były propozycje kolejnych programów dla dzieci. Stawiał przy nich warunek: dobre wykonanie, odpowiednia scenografia, budżet pozwalający przygotować coś, co wytrzyma porównanie z rozrywką już dostępną młodym widzom. Opowiada o tym dosadnie: kawałek dykty, namalowany zając i futrzane uszy nie wystarczą, żeby zrobić dobry program. – Dzieciaki zobaczą ten fałsz, bo one widzą więcej, niż nam się wydaje – mówi.

Zmieniała się również pozycja samego "5-10-15". Jego ostatnie wydanie TVP1 pokazała 26 maja 2007 roku. Informując później o rezygnacji z cyklu, kierownictwo stacji wskazywało na wyniki oglądalności i nieskuteczne próby odświeżenia formuły.

Wojciech Mann mówił wówczas "Dziennikowi": "W kategoriach sentymentalnych człowiek chciałby, aby wszystko trwało wiecznie, ale telewizja rządzi się bezlitosnymi prawami." Zwracał uwagę na konkurencję internetu, gier i kanałów telewizyjnych, która zmieniła oczekiwania młodej publiczności.

Pan Krzysztof Janczak

Janczak znalazł dla siebie miejsce poza Warszawą. Zbudował dom na wsi, tam pisze i realizuje kolejne pomysły. Mówi, że chętnie wróciłby do kina, choć zdaje sobie sprawę, że ról dla starszych aktorów jest mniej. Gra też w "Na Wspólnej".

Internet nadal go interesuje. Robi strony internetowe, pomaga żonie prowadzić sklep na Etsy z szytymi przez nią potworami i poznaje możliwości sztucznej inteligencji. Opowiada o narzędziach przydatnych przy redagowaniu tekstu czy szukaniu informacji, a decyzje dotyczące tego, co i jak chce opowiedzieć, pozostawia sobie.

Telewizja ponownie zaprosiła go również do projektu, w którym ważna jest pamięć o Panu Yapie. W "Genialnych DUETACH", akcji specjalnej "Dzień Dobry TVN", wystąpi z Yoshim, czyli Filipem Pankiem. Pierwsze materiały stacja zapowiada na 16 października.

W rozmowie z nami Janczak opowiada o kilku dniach wspólnych nagrań: pokazywał młodszemu twórcy swój świat i poznawał jego codzienną pracę. Zwracał uwagę na czas, jaki Yoshi poświęca nagrywaniu, i na relację z internetową publicznością.

Najbardziej zależy mu jednak na tym, żeby opowiedzieć o książce. "Akademia komików" jest już dostępna jako audiobook, który przeczytał sam autor. Wydał go Empik Go w kwietniu 2024 roku. Bohaterem powieści jest aktor próbujący zrealizować telewizyjny program, a w jego historii pojawiają się ożywione pluszowe postacie obdarzone talentem komicznym. Powstaje akademia, w której mają kształcić się internetowe gwiazdy.

Janczak szuka teraz wydawcy wersji papierowej. Chce, żeby ta informacja wybrzmiała, gdy rozmawiamy o jego obecnym życiu. Mówi, że książka pomogła mu w trudnym okresie wychodzenia z depresji. Pisanie miało dla niego znaczenie osobiste, terapeutyczne. Ocenia rezultat samokrytycznie, dostrzega niedoskonałości, ale dodaje: "Lubię ją".

Pracuje już nad drugą książką. Wraca do absurdu, niezwykłych zdarzeń i postaci, do języka, w którym od początku czuł się swobodnie.

– Wróciłem jakby do źródeł – mówi Krzysztof Janczak.

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

WPP Media o złych danych w raporcie COMvergence. Przyznaje się do błędu

WPP Media o złych danych w raporcie COMvergence. Przyznaje się do błędu

"Fakty" liderem we wrześniu. Serwis Republiki traci, a "Wiadomości wPolsce24" zyskują

"Fakty" liderem we wrześniu. Serwis Republiki traci, a "Wiadomości wPolsce24" zyskują

Rewolucja w ChatGPT. W odpowiedziach interaktywne aplikacje i narzędzia

Rewolucja w ChatGPT. W odpowiedziach interaktywne aplikacje i narzędzia

Wydawca "Przekroju" na mniejszym minusie

Wydawca "Przekroju" na mniejszym minusie

Krzysztof Ziemiec z nowym programem "Polska przyszłości – nasze dylematy"

Krzysztof Ziemiec z nowym programem "Polska przyszłości – nasze dylematy"

Rzecznik prasowy odszedł z WOŚP. Ma nową pracę

Rzecznik prasowy odszedł z WOŚP. Ma nową pracę