Jeden z ekspertów rzucił niedawno, że dzięki AI przeżywamy "renesans komunikacji". Co Ty na to?|
Jeśli chodzi o język, jest jedna rzecz, która mnie naprawdę fascynuje, ale też trochę niepokoi. Coraz częściej słyszę ludzi mówiących pół żartem, pół serio: "ChatGPT jest ze mnie dumny". To bardzo ciekawe zdanie. Nawet jeśli jest wypowiadane z przymrużeniem oka, pokazuje, że ChatGPT zaczyna być traktowany jak partner relacji. Jak ktoś, kogo aprobata ma znaczenie.
A przecież on jest tak zaprogramowany, żeby nas bardziej wspierać niż krytykować.
Tak, ale pytanie brzmi: dlaczego to na nas działa? Moim zdaniem dlatego, że bardzo tego potrzebujemy. Ja sama bardzo lubię dawać ludziom konkretny, pozytywny feedback. I widzę, jak często są nim zaskoczeni. Mówię komuś: "Ujęło mnie to, jak to zrobiłaś", a ta osoba odpowiada: "Dlaczego mi to mówisz?".

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jeśli ktoś mówi: "Musimy porozmawiać", za chwilę wydarzy się coś trudnego. A ChatGPT jest zachwycony niemal każdym pomysłem. Możesz mu powiedzieć: "Chcę sprzedawać pacynki z cegieł", a on odpowie: "Fantastyczny pomysł! Świetny kierunek!". To daje poczucie wsparcia.
I tu jestem ciekawa, co wydarzy się dalej. Być może im częściej będziemy dostawali taki pozytywny feedback od AI, tym mniej będziemy dawać go sobie nawzajem. A może stanie się dokładnie odwrotnie – nauczymy się częściej doceniać innych. Jeszcze tego nie wiemy.
Coraz więcej osób korzysta z AI do pisania maili, postów czy oficjalnych pism. Czy to pomaga nam lepiej się komunikować, czy raczej odzwyczaja od samodzielnego formułowania myśli?
To jest bardzo ciekawe.
Wyobraź sobie dwie sytuacje. Kiedyś ktoś odpisywał ci po kilku godzinach krótkim: "ok". Mogłaś pomyśleć: "zlekceważył mnie". Dzisiaj możesz dostać pięknie sformatowanego maila i założyć, że pomógł go napisać ChatGPT. Nagle ten sam komunikat zaczyna funkcjonować w zupełnie innym kontekście.

Nie boję się, że ChatGPT odbierze nam pracę. Załatwi mnóstwo rzeczy, przyspieszy wiele procesów, ale nie załatwi jednej rzeczy – autentyczności.
A nie przestaniemy samodzielnie myśleć?
Oczywiście, że takie ryzyko istnieje. Tylko znowu wracam do tego samego pytania: czy będzie nam się opłacało samodzielnie myśleć? Wierzę, że tak.
To trochę jak z GPS-em. Na początku wiele osób jeździło bezrefleksyjnie za nawigacją, dopóki nie zaczęły pojawiać się historie o samochodach wjeżdżających do rzeki albo na schody. W pewnym momencie nauczyliśmy się, że GPS jest narzędziem, a nie wyrocznią. Być może z AI będzie podobnie.
Być może modele będą coraz lepsze, a my będziemy po prostu szybciej docierać do informacji. Ale ja i tak wszystko sprawdzam. Korzystam z płatnej wersji ChatGPT, a mimo to weryfikuję odpowiedzi. To jest dla mnie naturalny odruch.

Robię podobne eksperymenty także z mediami społecznościowymi.
Jakie?
Kiedy wybuchła wojna w Strefie Gazy, okazało się, że mój znajomy i ja mamy zupełnie inne bańki informacyjne, bo różnimy się poglądami politycznymi.
Obserwowaliśmy więc wydarzenia na swoich telefonach i porównywaliśmy, jakie treści podsuwa nam algorytm. A później zajrzeliśmy jeszcze do telefonu mojej córki, która polityką się nie interesuje.
To było fascynujące doświadczenie. Zobaczyliśmy, że każdy z nas ogląda trochę inny świat. I właśnie dlatego nie mówię już: "Tak wygląda rzeczywistość". Mówię raczej: "Tak wygląda moja bańka". To ogromna różnica.
Algorytmy mogą sprzyjać radykalizacji użytkowników.
Mogą. Tylko jeśli masz świadomość, jak działają, zaczynasz się przed tym bronić. Jeżeli widzę, że internet nieustannie utwierdza mnie w moich przekonaniach, zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście cały świat myśli tak jak ja, czy tylko mój algorytm. To jest dla mnie ważniejsza umiejętność niż narzekanie na technologię.

Bardzo rzadko narzekam. Interesuje mnie raczej pytanie: co z tego wynika? Skoro ludzie coraz więcej czasu spędzają z telefonami i coraz częściej mówią: "ChatGPT jest ze mnie dumny", nie chcę się z tego śmiać ani tego potępiać. Chcę zrozumieć, co nam to mówi o nas samych. Dopiero od tego zaczyna się dla mnie ciekawa rozmowa.
Wspomniałaś o tym, że ChatGPT może wpływać na sposób, w jaki piszemy. Czy nie obawiasz się, że z czasem ten formalny styl wejdzie nam w krew?
Myślę, że częściowo tak.
Jeżeli większość moich znajomych zacznie pisać maile przy pomocy ChatGPT, to ja też mogę zacząć pisać podobnie. Język działa przecież przez naśladownictwo.
Może nadejść taki moment, że usiądziesz do napisania wiadomości bez AI i nagle okaże się, że wymaga to od ciebie większego wysiłku niż kiedyś. To jest możliwe.

A te wszystkie charakterystyczne zwroty? "Mam nadzieję, że ta wiadomość zastaje cię w dobrym zdrowiu", "Dziękuję za cenną uwagę", "Pozostaję do dyspozycji"… Zostaną z nami?
Pewnie część z nich tak.
Ale język zawsze działał w ten sposób. Przecież wcześniej kopiowaliśmy styl z książek, z gazet, z telewizji czy od nauczycieli. Dzisiaj jednym z kolejnych źródeł staje się ChatGPT.
Bardziej interesuje mnie coś innego: on jednocześnie uczy się od nas. Nie tylko my przejmujemy jego język. On także uczy się naszych konstrukcji, sposobów mówienia i potrzeb komunikacyjnych. To działa w obie strony.
Na przykład od kilku lat obserwuję zmianę języka, którym mężczyźni mówią o emocjach. Ogromny wpływ mają na to podcasty poświęcone męskości czy kryzysowi męskości. Jeżeli ktoś regularnie ich słucha, zaczyna rozpoznawać siebie w określonych słowach i konstrukcjach. Dostaje język do opisywania własnych doświadczeń.

I wyobrażam sobie, że jeśli ChatGPT będzie miał kontakt z takim językiem, to również zacznie go odtwarzać. Bo język działa właśnie tak. Żeby nazwać swoje doświadczenie, najpierw musisz usłyszeć, że ktoś już kiedyś zrobił to podobnymi słowami. Jeżeli znajdziesz konstrukcję, w której się rozpoznajesz, pojawia się ogromna ulga.
Natomiast gdyby ChatGPT mówił wyłącznie językiem, którego nie używamy na co dzień, wydawałby się nam obcy. To jest jednocześnie ogromna szansa i pewne ryzyko. Im lepiej będzie mówił językiem, w którym się rozpoznajemy, tym bardziej będzie nam się wydawał bliski.
Gdzie kończy się atrakcyjny tytuł, a zaczyna clickbait?
Nie wiem, czy da się postawić tu jednoznaczną granicę. Mnie prowadzi wewnętrzny radar – takie poczucie, na co mam zgodę, a na co już nie.
Zobacz, my też się tym bawimy na kanale "Między zdaniami". Niedawno nagrałyśmy z Anią odcinek o filmie "Odyseja". Doszłyśmy do wniosku, że świetnie klikają się materiały, które łączą kulturę wysoką z popkulturą. Stąd tytuł w rodzaju: "Wiśniewski wrócił do swojej Penelopy". Bawi mnie zestawienie czegoś bardzo wysokiego z czymś bardzo popularnym.

Sam tytuł "Odyseja analizuje najważniejszy schemat kultury świata" byłby poprawny, ale mało kto by w niego kliknął. Natomiast "Wiśniewski wrócił do swojej Penelopy" od razu buduje obraz i zaciekawia.
Dobry tytuł podpowiada mi właśnie ten wewnętrzny kompas. Wiem też, że najlepiej działa obraz. Nie klikniesz przecież w tytuł "Życie jest podróżą", ale już "Wiśniewski wrócił do swojej Penelopy" uruchamia wyobraźnię.
Mam dla Ciebie kilka przykładowych clickbaitów. Spróbujmy je wspólnie przeanalizować. Jakimi mechanizmami językowymi próbują przyciągnąć uwagę czytelnika? Pierwszy: "Nie uwierzysz, co się stało".
Jeszcze kilka lat temu pewnie bym kliknęła. Dzisiaj już nie. Mam poczucie, że ktoś próbuje zrobić ze mnie idiotę. A ja nie lubię być traktowana w ten sposób.
"Lekarze go nienawidzą".
Tego też bym nie kliknęła. Problemem jest wielki kwantyfikator – "lekarze". Którzy lekarze? Wszyscy? To niewiarygodne.

Gdyby było napisane: "Położne prowadzące porody naturalne go nie znoszą", od razu budowałby się konkretny obraz. Dobry tytuł buduje obraz. Samo "lekarze go nienawidzą" niczego nie pokazuje.
Ale przecież takie tytuły nadal działają na odbiorców.
Zobaczymy, czy będą działały za pięć lat. Mam wrażenie, że odbiorcy są coraz bardziej świadomi.
Dobry haczyk polega na tym, że uruchamia wyobraźnię.
Wyobraź sobie, że siedzimy u mnie w domu, a ja mówię: "Kocham łapkę Harleya". Widzisz mojego psa i jego łapę leżącą na kanapie, więc nie muszę niczego tłumaczyć. Jeden detal buduje cały świat. Tak samo jest z tytułami: działają detale.
Clickbait różni się od atrakcyjnego tytułu tym, że świadomie oszukuje.
Jeżeli napiszę: "Zamiast seksu wąchał łapy psa", sugeruję jakąś patologię. A chodzi o to, że codziennie rano przed pracą przytula swojego psa. To już jest manipulacja.

Natomiast chwytliwy tytuł może być w pełni prawdziwy. Na przykład: "Haaland wrócił z mundialu z borsukiem". To prawda – miał pluszowego borsuka. Klikam, bo chcę zobaczyć, o co chodzi. Ale nikt mnie nie oszukuje.
Co sądzisz o takim tytule: "Gdy się obudziła, zobaczyła to na poduszce. Zmarła"?
Stylistycznie od razu bym go poprawiła. Raczej: "Gdy się obudziła, zobaczyła to na poduszce. Dwie minuty później zmarła". To już buduje napięcie.
W ogóle bardzo ciekawy jest mechanizm niedopowiedzenia. Wielka literatura korzysta z niego od zawsze. Mówisz: "To zdarzyło się później", "Potem znaleziono kości"… i odbiorca natychmiast chce wiedzieć, co było wcześniej.
Podobnie działa tytuł: "Kocham mojego psa, ale…". Od razu pojawia się pytanie: ale co? Budujesz konkretną scenę i zostawiasz element nieokreślony. Nasz umysł nie lubi takich luk – chce je natychmiast wypełnić. Dlatego klikamy.

A taki tytuł: "Zrobił to o trzeciej w nocy"?
Sam w sobie nie ma haczyka. Język buduje haczyki – są nimi człowiek, miejsce, czas, ale one muszą być czymś wypełnione.
"Zrobił to o trzeciej w nocy" jeszcze mnie nie zaciekawi. Ale gdyby było: "Zrobił to o trzeciej w nocy. Piętnaście minut później odebrał telefon, na który czekał całe życie", to już działa. Tyle że to zupełnie inny mechanizm.
W pisarstwie mówi się o haczykach właśnie dlatego, że mają zahaczyć odbiorcę. Tutaj podanie samej godziny nie wystarczy.
A taki przykład: "Ten składnik niszczy twój organizm od środka"?
Haczykiem jest strach.
Wszystkie tego typu przekazy bazują na naszym lęku o zdrowie. Nie znam nikogo, kto powiedziałby z pełnym przekonaniem: "Jestem całkowicie zdrowy". Każdy z nas ma gdzieś z tyłu głowy myśl, że może jednak coś jest nie tak.
Takie tytuły obiecują ulgę. Mówią: "Dowiesz się, który składnik ci szkodzi, wyeliminujesz go i przestaniesz się bać choroby". To właśnie ta obietnica zdjęcia lęku sprawia, że klikamy.
W tekstach dziennikarskich jest dziś więcej błędów językowych niż kiedyś?
Tak. I co więcej – zauważam je także u siebie. To wynika z tego, że cały czas obcuję z żywym językiem. Różne konstrukcje po prostu się wdrukowują.
To akurat prywatnie mnie martwi. Kiedyś popełnienie błędu językowego wiązało się z poczuciem wstydu. Dzisiaj już znacznie mniej.
Sama bardzo dużo słucham polskiego hip-hopu. Jestem zachwycona tym, co robią Quebonafide czy Taco Hemingway, ale przecież pojawia się tam mnóstwo neologizmów i nietypowych konstrukcji. Zdarza mi się potem złapać na tym, że sama zaczynam ich używać.
Coraz częściej korzystam też z anglicyzmów. Niekiedy angielskie określenie wydaje mi się po prostu trafniejsze niż polski odpowiednik. To naturalny efekt funkcjonowania w dwóch językach.
Czy anglicyzmy to naturalny kierunek rozwoju języka, czy zaczynamy już z nimi przesadzać?
Nie lubię odpowiadać na pytania, czy czegoś jest "za dużo". Ja bardzo lubię anglicyzmy. Dla mnie angielski jest językiem bardziej dynamicznym, polski jest bardziej statyczny.
Sama tworzę też mnóstwo neologizmów.
Gdybyś pojechała ze mną na tydzień w góry, miałybyśmy wspólne przeżycia, do których odwoływałybyśmy się później jednym słowem, a nikt z zewnątrz by tego nie rozumiał. Tak samo jest teraz, kiedy uczę się tańca. Po kilku miesiącach z moim nauczycielem będziemy używać skrótów myślowych zrozumiałych tylko dla nas.
Intensywność relacji buduje się również przez własny język. Kiedy widzę parę, która nie ma żadnego wspólnego kodu, zastanawiam się, czy naprawdę jest ze sobą blisko. Nie da się być blisko bez tworzenia własnych pomostów językowych.
Młodzi też budują własne języki?
Tak, ale nie chodzi o wiek. Chodzi o bliskość.
Mam przyjaciela, z którym od lat pracuję literacko. Oglądamy razem filmy, rozmawiamy o książkach, jeździmy na spotkania autorskie. Nasz język jest pełen odniesień, których osoby z zewnątrz po prostu nie zrozumieją.
To nie jest zamykanie się na świat. To naturalny fundament bliskości. Własny język zawsze rodzi się ze wspólnego doświadczenia.
Badania pokazują, że blisko 40 procent Polaków ma trudności ze zrozumieniem bardziej złożonych tekstów. Jakie mogą być społeczne konsekwencje takiego zjawiska?
Przede wszystkim ludzie sami za to płacą. Nie czytają umów, regulaminów, zgód, które podpisują. Sama łapię się na tym, że kiedy jakaś aplikacja wyświetla mi kilkanaście stron regulaminu, mam ochotę od razu kliknąć "akceptuję".
Ale z drugiej strony to też jest kwestia doświadczenia. Kiedy raz podpiszesz niekorzystną umowę, następnym razem czytasz ją już znacznie uważniej. Bardziej interesuje mnie, dlaczego tak się dzieje niż samo ocenianie skutków.
Czy w świecie pełnym krótkich komunikatów i filmików nie tracimy umiejętności uważnego czytania i rozumienia tekstu?
Tylko pozornie. Jeśli będziesz chciała opowiedzieć mi coś naprawdę ważnego, coś bardzo osobistego, to i tak zbudujesz długą opowieść.
Język ma dwie podstawowe funkcje. Jedna służy przekazywaniu informacji, druga budowaniu relacji.
Możesz całymi dniami oglądać filmiki z kotami czy kapibarami, ale kiedy będziesz cierpieć i będziesz chciała się komuś zwierzyć, żaden krótki filmik ci nie wystarczy. Wtedy wrócisz do języka. On nadal będzie potrzebny.
Na swoim kanale YouTube analizujesz programy takie jak "Love Is Blind". Dlaczego akurat popkultura jest dla językoznawcy tak ciekawym materiałem do obserwacji?
Bo tam jest żywy język.
Wierzę, że uczestnicy programów takich jak "Love Is Blind" czy "Królowa przetrwania" nie są w stanie przez cały czas kontrolować swojego języka. Oczywiście istnieje montaż, ale montować można tylko to, co zostało nagrane.
Przyznam, że oglądanie "Love Is Blind" było dla mnie trudne. Wszystko mnie krępowało, wszystko mnie zawstydzało.
Czyli było trochę… cringowo?
Dokładnie. Świetne słowo, które nie ma polskiego odpowiednika.
Ale jednocześnie dzięki takim programom ludzie mogą przejrzeć się jak w lustrze. Ilu z nas rozpoznało w ich uczestnikach własnych byłych partnerów, teściów czy rodziców?
Ja sama rozpoznałam siebie sprzed wielu lat w rozmowie Julity i Jacka o diagnozie ADHD. Zobaczyłam sytuację, w której dwie osoby nie potrafią spotkać się w języku, bo każde mówi z własnej perspektywy.
I właśnie dlatego analizuję popkulturę. Nie po to, żeby kogokolwiek wyśmiewać czy hejtować, ale żeby pokazywać mechanizmy językowe, w których możemy zobaczyć samych siebie.
Podobnie jest z Tomem Hollandem i Zendayą. Lubię ich obserwować, bo kupuję ich sposób bycia razem. Widzę relację opartą na przyjaźni, a to dla mnie wartość.
Popkultura daje nam wspólne punkty odniesienia. Dzięki niej wiemy, jak dziś wyglądają rytuały społeczne, związki, śluby celebrytów czy sposoby okazywania bliskości. Mnie interesuje nie samo zjawisko, ale język, który wokół niego powstaje.
Od kiedy dużą część naszej komunikacji przenieśliśmy do internetu, nie widzimy już mimiki ani gestów rozmówcy, nie słyszymy też tonu jego głosu. Jak to zmieniło sposób, w jaki się komunikujemy?
Internet diametralnie zmienił komunikację, bo wyłączył z odbioru języka kanały niewerbalne: mimikę, gesty i intonację. Nie oceniam, czy to dobrze, czy źle. Patrzę, jak to działa.
Mam poczucie, że internet stworzył coś, za czym ludzie od dawna tęsknili, choć wcześniej nie mieli takiej możliwości. Kiedyś, jeśli powiedziałaś komuś coś trudnego, musiałaś skonfrontować się z jego reakcją. Dziś już nie. Możesz po prostu zniknąć. Nieprzypadkowo pojawiło się słowo "ghosting". Skoro powstała nazwa, to znaczy, że pojawiło się zjawisko.
Możliwość wyjścia z rozmowy w dowolnym momencie zmieniła dynamikę relacji. Z jednej strony dała wielu osobom komfort, zwłaszcza introwertykom. Z drugiej mam wrażenie, że szczególnie młodemu pokoleniu coraz trudniej radzić sobie z bezpośrednią komunikacją twarzą w twarz.
Pojęcie ghostingu wiąże się też z aplikacjami randkowymi: piszesz z kimś i nagle ta osoba przepada.
Ghosting pozwala zachować twarz. Zawsze można powiedzieć, że rozładował się telefon albo "urwał" internet. Można też po prostu zniknąć, nie konfrontując się z czyimś wzrokiem i pytaniem: "Dlaczego?".
Dlatego uważam, że pokolenie wychowane z komunikatorami może nie mieć doświadczenia jednej z najtrudniejszych rzeczy w relacjach: powiedzenia komuś czegoś ważnego bez pewności, jak zareaguje.
Kiedy komunikujemy się online, nie widzimy reakcji drugiej osoby. Często pojawia się niepokój. Piszesz do kogoś, mija kilka godzin bez odpowiedzi i od razu myśl: "Czy zrobiłam coś nie tak?". W rozmowie twarzą w twarz widziałabym przecież, że ktoś się uśmiecha, jest zajęty albo po prostu na chwilę się zamyślił.
Ale zobacz, to w ogóle nie jest informacja o tej osobie. To jest informacja o tobie.
Gdybyśmy rozmawiały teraz na żywo i nagle wyszłabyś bez słowa, to musiałby być jakiś powód. Natomiast online powodów może być mnóstwo: ktoś stracił internet, zadzwonił telefon, dziecko zaczęło płakać.
Tyle że ty zostajesz z czymś, co bardzo lubię nazywać "nieustrukturyzowanym czasem". Nie masz żadnej kotwicy. Nie wiesz, co się wydarzyło, więc do głosu dochodzą wszystkie twoje niepewności.
Jeżeli ktoś nie wychował się w domu, w którym miał bezpieczny styl przywiązania – a większość z nas nie miała – od razu uruchamiają się myśli: "Pewnie zrobiłam coś źle", "Pewnie powiedziałam coś głupiego", "Pewnie już mnie nie lubi".
To są komunikaty, które wynosimy z domu albo z kultury. Takie, które mówią nam, że z nami jest coś nie tak.
Coraz częściej rozmawiamy skrótami, emotikonami i krótkimi komunikatami. Jak to wpływa na język?
Nie lubię mówić, że język ubożeje albo się wzbogaca. Język po prostu się zmienia i służy temu, żeby wyrazić siebie. Pojawiają się emotikony, gify czy memy, które czasem zastępują słowa. Ale jeżeli będziesz naprawdę chciała przekazać coś ważnego, znajdziesz sposób, żeby to nazwać. Człowiek zawsze tworzy nowe środki wyrazu. Wierzę w człowieka, bo nie przeskoczymy naszej podstawowej potrzeby – przynależności.
Emotikony sprawiają natomiast, że w powierzchownych kontaktach przestajemy potrzebować rozbudowanych komunikatów. Jest jeszcze druga rzecz: bardzo łatwo uciec w ironię. A ironia jest jedną z najtrudniejszych figur językowych.
Wyobraź sobie wiadomość: "Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie 😉". Ta emotikona może znaczyć wszystko. Ktoś może mówić całkowicie serio, ale bać się konsekwencji własnych słów i dlatego się nimi asekurować. Może też znaczyć coś dokładnie odwrotnego – że to wyłącznie żart.
Po co nam merytoryczna rozmowa?
Po to, żeby budować wspólnotę.
Wyobraź sobie, że w internecie się nie znamy. Ty zwracasz mi uwagę, a ja odpowiadam: "Nie będę z tobą rozmawiać, bo jestem przeciwko hejtowi". Ale jeśli ktoś z boku zauważy, że twoja uwaga była rzeczowa, zaczyna tworzyć się wokół ciebie mała wspólnota ludzi, którzy widzą, że masz rację.
A ja mam wtedy dwa wyjścia. Mogę dalej obrażać ciebie albo powiedzieć: "Masz rację. Pomyliłam się". To właśnie w ten sposób buduje się zaufanie.
Moja potrzeba przetrwania we wspólnocie podpowiada mi, że czasem bardziej opłaca się przyznać do błędu niż za wszelką cenę go bronić. Na razie często jeszcze bardziej opłaca się ludziom nie słuchać krytyki. Ale myślę, że to będzie się zmieniać. Internet dojrzewa.
Cywilizuje się?
Nie użyłabym słowa "cywilizuje", bo ono od razu sugeruje, że jest lepiej. Powiedziałabym raczej, że internet wytwarza własne normy. Dziś mamy możliwość blokowania, moderowania i filtrowania treści. Uczymy się z niego korzystać. I jest jeszcze jedna rzecz: internet nie jest głupi.
Kiedy powstawał, wielu ludzi wierzyło, że jeśli damy wszystkim nieograniczony dostęp do wiedzy, każdy będzie chciał z niej korzystać. Minęło trochę czasu i okazało się, że ludzie równie chętnie oglądają koty, śmieszne filmiki czy TikToki. To nie znaczy, że internet się nie sprawdził, tylko że człowiek nadal pozostaje człowiekiem. I to jest dla mnie dużo ciekawsza obserwacja.
Powiedziałaś, że internet nie jest głupi. Ale jednocześnie algorytmy zamykają nas w bańkach informacyjnych. To chyba sprzyja radykalizacji?
Na pewno. Ale znowu – nie chcę tego oceniać, tylko zobaczyć, jak to działa.
Pamiętasz szkolne biblioteki? Gdy szukało się informacji o rekinach, miało się jedną książkę. Dzisiaj możesz w kilka sekund obejrzeć najlepsze materiały z całego świata.
A ludzie i tak wolą TikToki.
To nie znaczy, że nikt się nie uczy. Po prostu internet pokazał nam, jacy naprawdę jesteśmy. Dlatego jestem bardzo ostrożna, kiedy ktoś mnie pyta, co będzie ze sztuczną inteligencją albo z internetem. Po prostu tego nie wiemy.
Wierzę, że ewolucja nie jest głupia. Skoro dała nam takie narzędzia jak internet czy AI, to dała nam też możliwość nauczenia się życia z nimi.
W mediach społecznościowych często widzimy komunikaty w rodzaju: "Przepraszam wszystkich, których uraziłem" albo "Przepraszam, jeśli ktoś poczuł się urażony". Czy to są prawdziwe przeprosiny?
"Przepraszam" jest czasownikiem performatywnym. W chwili, kiedy wypowiadam to słowo, dokonuje się akt przeprosin. Natomiast zdanie: "Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni" tak naprawdę nikogo nie przeprasza.
Można powiedzieć: "Zrobiłam to i to. Jeżeli poczułeś się tym zraniony, przepraszam. Nie miałam takiej intencji". Ale wtedy odnoszę się do konkretnej sytuacji.
Warto pokazać, że naprawdę rozumiemy, co zabolało drugą stronę. To jest pierwszy krok do odbudowania relacji.
Z przeprosinami wiążą się też oświadczenia publikowane w mediach społecznościowych. Często mam wrażenie, że są pisane pod wpływem emocji, a dzień później pojawia się... kolejne oświadczenie, tłumaczące poprzednie. Czy osoby publiczne dopiero się uczą pisania takich komunikatów?
Myślę, że jeśli będzie im się opłacało, to w końcu się nauczą.
W przypadku takich oświadczeń bardzo często pojawia się jeszcze jeden element – zabezpieczenie się przed ewentualnymi konsekwencjami prawnymi. Czasem przeprosiny są pisane przede wszystkim z myślą o sądzie.
Tylko że źle napisane oświadczenie bardzo łatwo ośmiesza autora.
Kiedy pomagam komuś przygotować przeprosiny, zawsze staram się nazwać to, co mogło zaboleć drugą osobę. Bo władzę ma ten, kto ma narrację.
Jeżeli publicznie kogoś obraziłam i później napiszę: "Przepraszam pana X za to, że nazwałam go idiotą. Nie powinno do tego dojść. Byłam pod wpływem silnych emocji. Gdybym mogła cofnąć czas, nie zrobiłabym tego ponownie", to odbieram drugiej stronie konieczność nazywania tego, co się wydarzyło. Sama to nazywam.
Bardzo często właśnie ta umiejętność językowa buduje most.













