Szef programowy Netfliksa: "Lalka" przeszła u nas długą drogę i jesteśmy dumni z wizji twórców

– Przy "Lalce" daliśmy twórcom dużą swobodę i podążyliśmy za ich wizją. To oni odpowiadają za stronę kreatywną. My zapewniamy im warunki do realizacji tej wizji – mówi Łukasz Kłuskiewicz, dyrektor programowy Netfliksa. Ujawnia, że to nie był pierwszy pomysł na "Lalkę". W rozmowie też o wejściu platformy w gatunek true crime w Polsce, jesiennych nowościach i współpracy z nadawcami telewizyjnymi.

Patryk Pallus
Patryk Pallus
Udostępnij artykuł:
Szef programowy Netfliksa: "Lalka" przeszła u nas długą drogę i jesteśmy dumni z wizji twórców
Łukasz Kłuskiewicz, fot. Netlix
Fot. Netflix

Lubisz kontrowersje?

Lubimy dobre historie, które wywołują emocje i stają się tematem rozmów dla widzów. 

Już kampania reklamowa "Lalki" z frazami "toy boy" czy "daddy issues" spotkała się z krytyką. Nie inaczej jest po tym, jak serial trafił do streamingu.

Nasze produkcje wywołują dyskusję, a często mają też dodatkowy efekt. W przypadku "Lalki" ludzie piszą w mediach społecznościowych, że po obejrzeniu serialu sięgają po książkę Prusa i - cytując jedną internautkę - czytają znowu całą rodziną. Pierwszy odcinek powieści "Lalka" ukazał się w 1887 roku, a dziś cała Polska prawie 140 lat później, dyskutuje o tej ikonicznej książce!

Przy "Lalce", jak przy każdej innej produkcji, daliśmy twórcom dużą swobodę i podążyliśmy za ich wizją. To oni odpowiadają za stronę kreatywną. My zapewniamy im warunki do realizacji tej wizji i bierzemy na siebie pełne ryzyko finansowe.

"Lalka" to na pewno wizja twórców, a nie Netfliksa?

To jest autorskie podejście twórców, scenarzystów i reżysera – Pawła Maślony.

Dlaczego zainteresowała Was reinterpretacja powieści Prusa, a nie jej wierna ekranizacja?

"Lalka" ma bardzo ciekawą historię w Netfliksie. Był początek 2023 roku, kiedy Akson Studio i Janek Kwieciński przyszli do nas z tym pomysłem, wiedząc, że my już przygotowujemy "Znachora". A z Aksonem pracowaliśmy nad "1670". Pierwotna wersja "Lalki" miała być zupełnie inna.

Jaka?

Akcja miała toczyć się obecnie: smartfony, social media. To miało być atrakcyjne dla współczesnych widzów. Kiedy jednak do zespołu dołączył Paweł Demirski i zaczął pracować z Pawłem Maśloną, wspólnie odczytali Prusa inaczej.

Zaczęli odnajdywać w książce uniwersalne treści, które pozostają aktualne mimo upływu czasu.

Dlatego serialowa "Lalka", choć jest produkcją kostiumową osadzoną w konkretnym momencie historii Polski i Warszawy, opowiada też o relacjach i napięciach społecznych, które są bliskie współczesnym widzom. Właśnie w tym twórcy i my widzimy siłę i potencjał tej historii.

Łukasz Kłuskiewicz
dyrektor programowy Netfliksa

Zmian jest sporo. Główną postacią nie jest Wokulski, a Izabella, która chce pracować w "Bluszczu", by ratować tę redakcję. Ta "Lalka" jest mocno feministyczna.

To zawsze decyzja autorów, jak rozkładają akcenty w opowieści. I rzeczywiście pewnie z perspektywy 2026 roku niektóre wątki czy niektóre postaci wymagały aktualizacji. Niektóre wyciągnięto na plan pierwszy, inne umieszczono w tle.

To "Lalka" dla pokolenia Z?

To jest "Lalka" dla wszystkich, którzy lubią dobrą rozrywkę. Jestem przekonany, że rzeczywiście pokolenie Z, czyli młodsi widzowie, może tam odnaleźć treści, które będą dobrze współbrzmieć z tym, jak oni odczuwają rzeczywistość.

Ale myślę, że i moi rodzice będą się delektować obrazami starej Warszawy, kostiumami, scenografią, które "Lalka" oferuje na najwyższym światowym poziomie. Jesteśmy bardzo dumni, że do realizacji udało nam się zaprosić największe polskie talenty, które nie odstają od tych europejskich czy światowych. Naprawdę szczęka opada, kiedy widzi się scenografię i kostiumy autorstwa Joanny Machy i Doroty Roqueplo. To wszystko jest bardzo pieczołowicie dopracowane.

Polacy są gotowi na tak mocną reinterpretację?

Polacy są gotowi na opowieści, które chcą opowiadać. To opowieść, która stanowi element DNA Polaków, polskiej kultury, opowiedziana przez wybitnych polskich filmowców.

Wielu uważa, że powieść Prusa to dobro narodowe, którego nie powinno się ruszać.

Często słyszymy pytania: po co brać się za dzieła, które już mają kultowe adaptacje? To samo spotkało nas, gdy ogłosiliśmy prace nad "Znachorem". Przecież mamy już "Znachora". "Lalka" również doczekała się kilku ekranizacji.

Właśnie na tym polega siła klasycznych powieści – kolejne pokolenia mogą odczytywać je na nowo. Paweł Demirski i Paweł Maślona spojrzeli na "Lalkę" z perspektywy 2026 roku. Okazuje się, że ta historia wciąż jest bardzo wciągająca, pełna emocji i aktualna.

fot. Krzysztof Wiktor
fot. Krzysztof Wiktor © Materiały prasowe | KRZYSZTOF WIKTOR

Za dwa tygodnie do kin trafi film "Lalka", który będzie wierną adaptacją.

Kibicujemy filmowej "Lalce". Mam nadzieję, że wygrają na tym widzowie, mogąc obejrzeć dwa podejścia do klasyki Prusa.

"Ołowiane dzieci" są inspirowane prawdziwą historią, ale scenariusz też mocno odbiega od faktów. Rodzina zapowiedziała pozew.

Jeżeli pojawia się pomysł na opowiedzenie bardzo polskiej historii, osadzonej w konkretnym regionie, takim jak Śląsk, to jest to dla nas interesujące. Zwłaszcza jeśli jej bohaterem jest postać waleczna, nieustępliwa i bohaterska – to materiał, który świetnie nadaje się na ekran.

Każda taka historia wiąże się jednak z wieloma decyzjami twórczymi. Ze względu na potrzeby widza i zwartą dramaturgię niektóre elementy się łączy, inne przejaskrawia, dodaje lub usuwa. W adaptacjach literatury często kilka postaci zostaje też połączonych w jedną.

Tak było z naukowcami np. w serialu HBO "Czarnobyl". Zamiast kilkudziesięciu była wyrazista dwójka.

To naturalne dla procesu twórczego. Dlatego nie twierdzimy, że nasze filmy czy seriale pokazują historię dokładnie tak, jak się wydarzyła. Mówimy o adaptacji, interpretacji i inspiracji prawdziwymi wydarzeniami. Najważniejsze jest dla nas to, żeby twórcy mieli swobodę opowiedzenia najlepszej możliwej wersji danej historii.

Czy dzięki Netfliksowi twórcy mają większą wolność niż daje im telewizja czy kino?

Słyszymy od twórców w Polsce, że bardzo doceniają kreatywną wolność i wsparcie realizacyjne, jakie od nas dostają. Kiedy Janek Holoubek przeczytał scenariusz "Heweliusza" Kaspra Bajona, zaczął pracować nad historią i rozrysowywać storyboardy. W pewnym momencie powiedział: "To jest niemożliwe do zrealizowania". A jednak się udało.

Przy każdym projekcie przychodzi moment zwątpienia. Po 10 latach w Polsce mamy jednak satysfakcję, że twórcy bardzo nam ufają i wierzą, że z nami mogą robić rzeczy, które wydają się niemożliwe gdzie indziej

Kiedy Maciek Kawulski myślał o "Akademii Pana Kleksa", najpierw przyszedł do nas ze swoją wizją. My w nią uwierzyliśmy.

Podobnie było z "1670". Serial długo krążył po telewizjach, ale nikt nie chciał go zrealizować. Dopiero Netflix zainteresował się projektem i uwierzył w wizję Kuby Rużyłło. Wydawało się, że serial o XVII-wiecznej szlachcie nie może być jednocześnie komedią i sitcomem. My jednak dostrzegliśmy w tej historii potencjał.

Łukasz Kłuskiewicz
dyrektor programowy Netfliksa

Ale od razu uwierzyliście w sukces tego scenariusza?

W każdy projekt, który realizujemy, mocno wierzymy. Oddajemy wszystko, co możemy, żeby wspierać twórców na etapie rozwoju i potem produkcji. Oczywiście niekiedy ten sukces przerasta nasze oczekiwania. Tak było z "1670". To serial, który jest wyjątkiem w skali europejskiej, wręcz światowej. I wraca z czwartym sezonem.

Na czym polega fenomen "1670"?

Wpisuje się w rzeczywistość, świetnie odpowiada na potrzeby polskiej widowni. W takim sensie, że wyraża ich refleksje na temat rzeczywistości. Używa do tego kostiumu, figur, postaci historycznych, natomiast opowiada o uniwersalnych zagadnieniach i bolączkach, które – mimo upływu lat – nadal są nam dobrze znane. Zawiera ten element łączący historię kostiumową z rzeczywistością Polaków w 2026 roku.

Wracając do "Lalki", ile kosztował Was ten serial?

Jeśli historia jest warta opowiedzenia, znajdziemy na nią środki. Ryzyko finansowe jest po naszej stronie, ale chcemy zapewniać widzom produkcje spektakularne, które zostają w pamięci. Przy serialu "Lalka" pracowało ponad 300 aktorów i członków ekipy, a zdjęcia trwały 70 dni w 5 różnych regionach Polski. Kręcono w takich miejscach jak Pałac w Falentach, Pałac Błękitny w Warszawie czy Akademia Muzyczna w Łodzi, Opera Wrocławska i Zamek w Łańcucie.

To kwota porównywalna z "Heweliuszem"?

Jedna i druga produkcja wymagały dużych inwestycji. To olbrzymie projekty wymagające zaangażowania wielu osób. To właśnie siła produkcji Netfliksa. Skąd się bierze ta jakość? Z tego, że chcemy, żeby praca na planie nie przebiegała w pośpiechu. Dlatego np. gwarantujemy większą liczbę dni zdjęciowych niż standardowo przy polskich produkcjach.

Był "Znachor", jest "Lalka", będą "Noce i dnie". Stawiać będziecie teraz na kostium, melodramaty?

Obaliliśmy mit, że kostium czy opowieść historyczna się nie sprawdzają. Ale takie produkcje to tylko element naszej oferty. Bardzo staramy się, by co roku zaoferować listę filmów, seriali, programów reality, które są różnorodne i trafiają do różnych widzów.

"Noce i dnie" też będą autorską reinterpretacją powieści?

Będzie to autorskie odczytanie Kamili Tarabury w 2026 roku, ale na szczegóły będziecie musieli zaczekać.

Co w tym roku jeszcze pokażecie?

Zostało nam jeszcze sześć premier. Po "Lalce" będzie biografia Jana Borysewicza "Mniej obcy". Będzie drugi sezon "Matek pingwinów". To serial, który również jest przykładem przełamywania schematów i dowodem na to, że dobry pomysł na angażującą historię potrafi zmienić zasady gry. Serial podejmuje temat niepełnosprawności i neuroatypowości – zagadnień, które wielu osobom mogły wydawać się trudne czy dystansujące...

Często w telewizjach jest takie przekonanie, że podnoszenie tematów społecznie wymagających nie idzie w parze z zainteresowaniem widzów. To, co się wydarzyło przy okazji "Matek pingwinów", pokazało, że to ważne tematy z perspektywy widowni. Po tej produkcji będziemy mieli serial "Znieczulenie". To nasz pierwszy współczesny dramat medyczny z Leszkiem Lichotą w roli głównej.

Seriale o lekarzach były od zawsze w telewizji. Czym ten się wyróżni?

Myślę, że pokaże, co oznacza stempel jakości Netflixa. To projekt, który na etapie scenariusza i realizacji jest bardzo dopracowany, nie zabraknie w nim spektakularnych scen.

Rozpoczynamy od dużej sekwencji wypadku kolejowego. Będzie to historia genialnego neurochirurga, który po nieudanej operacji potrzebuje momentu oddechu. Wyjeżdża z Warszawy i trafia do małego prowincjonalnego szpitala. Tam ratuje ludzi po katastrofie kolejowej i odzyskuje sens pracy. Widzi, że może bezpośrednio pomagać. Zostaje w tamtej małej społeczności i zaczyna pracować. Jego charakter, chęć pomocy ludziom, bezkompromisowość sprawiają jednak, że naraża się i załodze szpitala, i kilku innym osobom.

To nie będzie serial oparty na prawdziwych wydarzeniach?

Nie. Bardzo liczymy na to, że ta produkcja pokaże nową jakość seriali medycznych w Polsce i da twórcom szansę na kontynuację.

Krzysztof Wiktor
Krzysztof Wiktor © Materiały prasowe | KRZYSZTOF WIKTOR

Co jeszcze zobaczymy jesienią?

"Prawo Bestii" – czteroodcinkowy miniserial Kaspra Bajona (scenariusz z Anną Kasińską), dramat psychologiczny osnuty wokół prawdziwych wydarzeń, które doprowadziły do powstania tzw. ustawy o bestiach. Natomiast na koniec roku widzowie będą mogli zobaczyć "Bunt", gęsty dramat więzienny z Borysem Szycem i Filipem Pławiakiem w rolach głównych.

Produkujecie mniej filmów, a bardziej stawiacie na seriale?

W tym roku część filmów miała premierę w pierwszej połowie roku. W drugiej połowie roku mamy biografię Jana Borysewicza i komedię z Izą Kuną i Vanessą Aleksander "Zemsta". Liczba filmów i seriali jest mniej więcej stała. Nawet produkujemy coraz więcej, dlatego że dochodzą jeszcze programy "non-scripted" jak "Love is Blind: Polska". Otwieramy nowy rozdział dla naszych widzów, bo już niedługo pokażemy po raz pierwszy efekt naszej pracy nad serialem dokumentalnym.

Co to będzie?

Na razie jeszcze pewne szczegóły utrzymamy w tajemnicy. Możemy powiedzieć, że to będzie true crime o bardzo głośnej sprawie kryminalnej.

W tym roku zobaczymy tę produkcję?

Jeszcze nie komunikujemy daty premiery. Mogę tylko powiedzieć, że to dla nas nowy rozdział, poświęcamy mu dużo uwagi. Produkcji dokumentalnych będzie w przyszłości więcej.

Czy nawet tak drogie seriale jak "Heweliusz", "Lalka" muszą zarobić na siebie w Polsce? Bo Wasze produkcje trafiają przecież do światowego katalogu?

Każda decyzja programowa w Polsce jest podejmowana z myślą o polskich widzach. Przez te 10 lat pokazaliśmy, że nie tylko opowiadamy historie, ale potrafimy też tworzyć ważne momenty popkulturowe. "1670" jest dobrym przykładem – wokół serialu wywiązała się dyskusja, w którą zaangażowała się niemal cała Polska.

Dzięki Netfliksowi oglądamy seriale duńskie, szwedzkie, hiszpańskie. Czy zagraniczni widzowie równie chętnie sięgają po polskie produkcje?

Cieszymy się, że historie tworzone w Polsce odnoszą sukces także za granicą. To przede wszystkim zasługa naszych twórców. Od 2021 roku aż 200 polskich tytułów trafiło do Top 10 w Polsce, a wiele z nich znalazło widownię również na świecie.

"Znachor", "Heweliusz" czy "Wielka Woda" to przykłady produkcji, które zainteresowały widzów poza Polską nie tylko dzięki dużej skali, ale przede wszystkim dzięki historii i sposobowi jej opowiedzenia. Od uruchomienia naszego tygodniowego rankingu Top 10, ponad 60 polskich tytułów znalazło się w globalnym tygodniowym rankingu Top 10 produkcji Dla twórców ogromną satysfakcją jest to, że ich praca zostaje doceniona również za granicą. Dzięki Netfliksowi ich nazwiska i twórczość mogą trafiać do międzynarodowej widowni.

Opowiadałeś o Piotrze Witkowskim, który został rozpoznany w Brazylii.

Takich przykładów jest więcej. Kolejna anegdota dotyczy "Furiozy". Po zdjęciach do drugiej części filmu reżyser był na nartach we Włoszech. Trzy razy został zatrzymany przez obcych ludzi, ponieważ miał na sobie bluzę "Furiozy", a oni byli fanami filmu. Pytali go, gdzie można kupić takie bluzy.

Dlaczego idziecie też mocniej w content reality?

Chcemy mieć bardzo różnorodną propozycję dla widzów w Polsce. A to jest kategoria programowa, która bardzo ich interesuje. Potwierdzają to nasze dotychczasowe formaty jak "Love Never Lies" czy "Love is Blind". One też stały się częścią popkultury. Przy pierwszym sezonie "Love is Blind: Polska" niektóre firmy, duże brandy cytowały bohaterów programu i tworzyły własną odpowiedź na trendy, jakie pojawiły się w efekcie jego popularności.

Z czego to wynika?

Netflix stał się elementem kultury popularnej w Polsce. W związku z czym za każdym razem, kiedy nasze historie okazują się tak istotne dla widzów, że chcą im poświęcić czas, to marki też z tego zainteresowania korzystają.

Sukces "Love is Blind Polska" Was zaskoczył?

Nie, bardzo liczyliśmy na ten format. On bardzo dobrze się ogląda również na innych rynkach i jest komplementarny wobec "Love Never Lies". Patrząc na rynek polski i na to, jak wyglądają programy randkowe, to "Love is Blind", który poszukuje odpowiedzi na pytanie, czy w dzisiejszych czasach miłość może być ślepa, bardzo się wyróżnił, także na tle propozycji, które przedstawiają lokalni nadawcy. Dlatego byliśmy dość spokojni, choć nigdy nie można być całkowicie pewnym. To widzowie decydują o sukcesie lub porażce programu.

Druga edycja już się kręci?

Ogłosiliśmy drugi sezon; jest w przygotowaniu.

Premiera w przyszłym roku?

Nie możemy jeszcze potwierdzić daty premiery.

Będzie kolejny sezon "Love Never Lies Polska"?

Zobaczymy.

Zosia Zborowska-Wrona i Andrzej Wrona sprawdzili się w roli prowadzących "Love is Blind"?

Zdecydowanie tak.

Wrócą w drugiej edycji? Teraz się związali trochę z TVN.

Sprawdzili się. To pytanie pozwala mi opowiedzieć o tym, jak się zmienia rynek mediów również w Polsce i jak tradycyjne mity dotyczące konkurencji już się nie sprawdzają. To jest czas synergii, współpracy i budowania partnerstw. Nadawcy, którzy działają wspólnie, mają więcej do zaoferowania widzom i ostatecznie wygrywają.

Jakiś przykład?

Dobrym przykładem jest sytuacja we Francji, gdzie dzięki współpracy Netfliksa z telewizją TF1 użytkownicy zyskali dostęp do pełnego katalogu TF1, w tym kanałów na żywo i sportu. TF1 podało, że dzięki tej współpracy wzrosła również oglądalność programów na antenie, a popularność serwisu VOD TF1+ zwiększyła się. To pokazuje, że streaming i telewizja mogą skutecznie się uzupełniać.

W polskiej ofercie Netfliksa są też seriale TVP jak "Rodzinka.pl" i "Ranczo". Nadawcy w naszym kraju są bardziej chętni na taką współpracę?

Tak, nadawcy widzą w tym dużą korzyść. Dość oczywista jest korzyść biznesowa, czyli Netflix staje się dodatkowym źródłem przychodów. Jednocześnie potwierdza się zasada, że "content is king", czyli widzowie podążają potem za premierowymi odcinkami. Netflix służy jako narzędzie promocji i kanał dotarcia do nowej widowni.

"Ranczo", pojawiając się w Netfliksie, dotarło do zupełnie innych widzów niż publiczność TVP. I widać to było w mediach społecznościowych, gdzie młodzi widzowie komentowali, że nie spodziewali się takiego serialu komediowego. Media też zainteresowały się tym fenomenem. W tym właśnie czasie serwis vod.tvp.pl zanotował wzrost oglądalności "Rancza" i chyba nie jest to zbieg okoliczności.

Wszyscy wygrali.

I na tym nam zależy! Tezę, że "content is king", potwierdza też przykład filmu "Pieprzyć Mickiewicza". Pierwsza część w kinach miała niespełna 200 tys. widzów. Film trafił do oferty Netfliksa, gdzie zrobił furorę i rzeczywiście stał się w swoim czasie jednym z większych naszych hitów, dodatkowo wywołując dużą dyskusję w social mediach.

Kiedy druga część trafiła do kin, widzowie wcale nie czekali, aż pojawi się w Netflixie – po prostu poszli ją obejrzeć. Z 200 tys. widzów pierwszej części zrobiło się 600 tys. przy drugiej, a trzecia zgromadziła już 800 tys. widzów. To pokazuje, że kino i streaming mogą się wzajemnie wspierać. Netflix może być dla kin i telewizji dodatkowym narzędziem promocji i znaczącym źródłem przychodów.

SkyShowtime czy Prime Video realizują koprodukcje z telewizjami, a Wy nie. Dlaczego?

Jak popatrzysz na nasz katalog, cały czas mamy tam seriale realizowane pierwotnie dla lokalnych nadawców. Co więcej, zdarza się, że lokalni nadawcy po sukcesie pierwszego sezonu w Netfliksie decydują się na realizację drugiego sezonu.

Ale takich typowych koprodukcji nie ma.

W takim modelu pracowaliśmy już w 2020 roku. Wtedy pierwszy i drugi sezon "Znaków" miał wspólne okno emisji z telewizją AXN.

Od dawna współpracujemy z lokalnymi nadawcami. Powiedziałbym nawet, że inni zaczęli podążać tą drogą czyli współpracując przy produkcji seriali i oferując bliskie okna emisyjne u dwóch różnych nadawców. To ważna zmiana na polskim rynku, bo jeszcze 10 lat temu nie było to wcale oczywiste. Netflix jako pierwszy tak mocno postawił na współpracę z nadawcami lokalnymi inwestując z przekonaniem w polskie historie.

Netflix miał kupić Warner Bros., ostatnio z transakcji się wycofano. Widziałeś już oczami tę połączoną ofertę Netflixa i HBO Max?

Mogę tylko powiedzieć, że pracujemy, rozmawiamy, staramy się wzbogacić naszą ofertę tak, żeby widzowie byli przekonani, że Netflix jest dla nich najlepszym miejscem. I żeby też faktycznie odnajdywali u nas emocje, które danego dnia z nimi współgrają.

W Polsce jest już ok. 10 globalnych czy lokalnych platform VOD, więc ten rynek jest bardzo konkurencyjny. Jak się działa na takim polu?

W Polsce nigdy nie produkowano tylu filmów i seriali co dziś, a to oznacza dużą konkurencję o najlepszych reżyserów, scenarzystów czy operatorów. Nadawcy czekają w kolejce po dostępne ekipy. To wymusza działania.

Dlatego mocno inwestujemy w rozwój talentów i wprowadzanie nowych osób do branży. Wspólnie z KIPA realizujemy programy, które zachęcają młodych ludzi do pracy w branży audiowizualnej. Ze Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty pomagamy z kolei scenarzystkom rozpocząć karierę.

Wspieramy też osoby, które już pracują w branży. Organizujemy szkolenia i warsztaty dla scenarzystów, reżyserów i producentów kreatywnych, żeby rozwijać rynek i podnosić poziom produkcji w Polsce.

Jeśli chodzi o poziom producentów, to już dobiliśmy do Zachodu, a nawet przegoniliśmy go?

Zdecydowanie polscy producenci, polscy twórcy nie mają się czego wstydzić. Dowodem na to jest popularność polskich seriali i filmów również za granicą.

Udało Wam się porozumieć z Związkiem Autorów i Producentów Audiowizualnych ws. tantiem dla twórców. Trudno było dojść do porozumienia?

Sami wprowadziliśmy mechanizm, który premiował twórców w zależności od oglądalności. Byliśmy pierwsi, którzy zdecydowali się na takie rozwiązanie.

Kiedy dyrektywa została wdrożona, a ustawa zaczęła obowiązywać, od razu rozpoczęliśmy rozmowy z ZAPA na temat szczegółów. Mamy już porozumienie, dzięki któremu wkrótce do polskich twórców trafią także zaległe środki.

To nas bardzo cieszy, bo od początku zależało nam na tym, żeby twórcy mogli realnie uczestniczyć w sukcesie swoich produkcji.

W jaki sposób wykorzystywana jest sztuczna inteligencja w produkcjach dla Netflixa?

Sztuczna inteligencja jest narzędziem w rękach twórcy Każdy twórca decyduje, na ile chce korzystać z narzędzi, które są dostępne na rynku. Jeżeli ktoś jest zwolennikiem bardziej tradycyjnej metody produkcji, to jest jego wybór i my go szanujemy.

Jeżeli ktoś z kolei np. wymyślił sobie scenę, która tradycyjnymi metodami jest niemożliwa do realizacji i chciałby przetestować narzędzia, które oferuje sztuczna inteligencja, jesteśmy na to otwarci. Natomiast zawsze jest to decyzja kreatywna twórcy. Z naszej perspektywy sztuczna inteligencja i związane z nią narzędzia wspierają proces twórczy. Na pewno go nie zastępują.

Czy aktorzy mogą się obawiać, że zostaną zastąpieni przez AI?

W żadnym razie.

Największe wyzwanie w tworzeniu dziś contentu i oferty platformy streamingowej to…?

Widzowie mają bardzo duży wybór zarówno w obszarze serwisów streamingowych, telewizji, oferty kinowej, jak i rozmaitych innych aktywności, gier, krótkich form, mikrodram, które też angażują.

Największe wyzwanie, to wybrać odpowiednią opowieść i sposób jej pokazania. Tak, by była ona przekonująca dla widowni. Na tyle, żebyś dzisiejszego wieczoru powiedział: "Nic więcej mnie nie interesuje, oglądam 'Lalkę'".

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

MSWiA płaci TVP 5 mln zł, Kanał Zero pokaże to za darmo. Inaczej było za czasów PiS

MSWiA płaci TVP 5 mln zł, Kanał Zero pokaże to za darmo. Inaczej było za czasów PiS

Duży apetyt na "Kuchenne rewolucje". Widzów przybywa

Duży apetyt na "Kuchenne rewolucje". Widzów przybywa

Hit TVP powstaje w Australii. Ekipa zaczęła zdjęcia

Hit TVP powstaje w Australii. Ekipa zaczęła zdjęcia

Właściciel koreańskiej stacji tvN chce oferować treści w Polsce

Właściciel koreańskiej stacji tvN chce oferować treści w Polsce

Agnieszka Parfienowicz: AI nie może sprowadzić marketingu do średniactwa
Materiał reklamowy

Agnieszka Parfienowicz: AI nie może sprowadzić marketingu do średniactwa

Nowy sezon "Hotelu Paradise" ogląda 440 tys. osób

Nowy sezon "Hotelu Paradise" ogląda 440 tys. osób