PZU chciało ostrzec rowerzystów. Kampania "Mistrzu, pomyśl" podzieliła odbiorców

PZU chciało promować bezpieczeństwo na drogach, ale kampania "Mistrzu, pomyśl" wywołała ostrą krytykę rowerzystów, aktywistów i ekspertów od marketingu. Spot opublikowano w momencie narastającej agresji wobec użytkowników jednośladów, co tylko spotęgowało emocje. Ubezpieczyciel nieświadomie dolał oliwy do ognia, czy zapłacił cenę za źle wyważoną komunikację? Eksperci są podzieleni.

Beata Goczał
Beata Goczał
Udostępnij artykuł:
PZU chciało ostrzec rowerzystów. Kampania "Mistrzu, pomyśl" podzieliła odbiorców
Kampania PZU budzi kontrowersje

Kampania PZU to druga odsłona cyklu poświęconego bezpieczeństwu na polskich drogach. Pierwsza, zatytułowana "Mistrzu, zwolnij", miała premierę we wrześniu 2025 roku. Była skierowana do kierowców samochodów – dotyczyła nadmiernej prędkości, przejeżdżania na żółtym świetle i agresywnej jazdy. Nowa odsłona skupia się na użytkownikach pojazdów dwukołowych: rowerzystach, motocyklistach, osobach jeżdżących na skuterach czy elektrycznych hulajnogach.

W przestrzeni publicznej pojawiły się billboardy, a w sieci drastyczne spoty wideo. Jeden z plakatów przedstawia młodego chłopaka na wózku inwalidzkim z podpisem "Mistrz kierownicy" i dopiskiem informującym, że co dziesiąty wypadek w ubiegłym roku spowodowali motocykliści.

Na stronie kampanii "mistrz dwóch kółek" został wprost zdefiniowany jako ten, kto "nie pomyślał". A interaktywny mechanizm pozwalał "wylosować wymówkę rowerzysty" – z puentą "jaką wymówkę będzie miał mistrz, który w ciebie wjedzie". Jak zauważają eksperci, kpina z użytkownika jednośladu była tu świadomie wbudowana w strukturę kampanii, nie wynikła przy okazji.

Decyzja, nie niezręczność

Bartek Gołębiowski, założyciel i managing partner w agencji Gong, kolarz i marketingowiec, w swoim wpisie na LinkedIn uderza w kampanię z dwóch pozycji jednocześnie – jako uczestnik ruchu i jako profesjonalista od komunikacji.

"Mój ubezpieczyciel PZU robi kampanię 'Mistrzu pomyśl', protekcjonalnie nazywając mnie oraz innych rowerzystów 'mistrzami dwóch kółek' i zrzucając na nas winę za wypadki. Jako kolarza wkurza mnie to strasznie, jako osobę rozumiejącą marketing jeszcze bardziej – napisał.

Gołębiowski odrzuca przy tym narrację o przypadkowej wpadce komunikacyjnej. "To nie jest niezręczność komunikacyjna. To jest decyzja. Ktoś usiadł i napisał to copy, ktoś to zaakceptował, ktoś podpisał budżet, ktoś to zrealizował. 'Mistrz' w tym kontekście nie jest komplementem – to ironiczne klepnięcie po głowie. Protekcjonalny uśmieszek. Każdy, kto siedzi w komunikacji, wie dokładnie, jaki rejestr uruchamia to słowo – podkreślił.

Podobnie jednoznaczna w ocenie jest Magdalena Kantorowicz, group account director w Euvic Digital. Jej zdaniem błąd kampanii leży w tone of voice.

Użycie słowa "Mistrzu" w slangu drogowym rzadko jest komplementem, a najczęściej ma zabarwienie sarkastyczne, wręcz protekcjonalne. Skierowanie apelu bezpośrednio i wyłącznie do jednej grupy uczestników ruchu sprawia, że czują się oni stygmatyzowani. Zamiast budować poczucie wspólnej odpowiedzialności za bezpieczeństwo na drodze, kampania stawia jednoślady w pozycji podejrzanych, co naturalnie wywołuje postawę defensywną.

Magdalena Kantorowicz
group account director w Euvic Digital

Kontekst, o którym zapomniano

Marek Gonsior, strateg i autor podcastu "Wyzwoleni", wskazuje na fundamentalny błąd w analizie przedkampanijnej: ignorowanie istniejącego klimatu społecznego wokół rowerzystów i motocyklistów.


– Co drugi kierowca postrzega rowerzystów jako lekkomyślnych i nieprzewidywalnych, co pokazały badania konkurencyjnej Compensy. A w języku ulicznym motocykliści od lat nazywani są "dawcami narządów". To nie jest żaden drobny szczegół. To negatywny stereotyp, który krąży w przestrzeni publicznej od lat – wskazuje ekspert.


W takim otoczeniu komunikacyjnym rzucenie hasła "Mistrzu, pomyśl" i wrzucenie do jednego worka rowerzystów, motocyklistów i użytkowników elektrycznych hulajnóg musiało wywołać reakcję obronną środowisk, które od lat czują się napiętnowane.

Bartek Gołębiowski przypomina, że hejt na rowerzystów w Polsce nie jest zjawiskiem wirtualnym, lecz realnym zagrożeniem na drodze. "Kontekstem tej kampanii jest gigantyczny hejt na rowerzystów w Polsce. PZU pod płaszczykiem troski, dzięki swojej pozycji, zasięgom i sile przekazu, legitymizuje ten resentyment. Skoro taka duża marka to mówi, to rzeczywiście problemem muszą być rowerzyści" – ocenia we wpisie na LinkedIn.

To jest strach, który czujesz, kiedy mija cię rozpędzony samochód na centymetry, oblewając cię jeszcze ze spryskiwacza. To jest wymuszanie pierwszeństwa, wymijanie na trzeciego, rzucanie obelgami przez uchylone okno, grożenie śmiercią, rozsypywanie pinezek na drogach w złości na kolarzy. To wreszcie są klepsydry znajomych z roweru, zabitych w wypadkach, których można było uniknąć.

Bartek Gołębiowski 
(fragment wpisu na Linkedin)

Statystyki, które kampania przemilczała

Krytycy kampanii zwracają uwagę na selektywne podejście do danych. Artur Chyła, associate founder w Komodi, przytacza na LinkedIn oficjalne statystyki policyjne, które – jego zdaniem – obnażają błąd merytoryczny całej narracji.

"Za około 70-80 proc. wypadków na linii samochód-rower odpowiadają kierowcy samochodów, najczęściej poprzez nieustąpienie pierwszeństwa na przejazdach rowerowych lub przy skręcie w prawo. Kampania całkowicie pomijała edukację kierowców samochodów. Kampania uczyła kierowców aut, że 'rowerzyści to samobójcy', zamiast uczyć ich patrzenia w lusterka" – pisze Chyła.

Tomasz Sowa, strateg marketingowy, idzie o krok dalej i wskazuje, że część kampanii karci zachowania całkowicie legalne. – Część przekazu karci zachowania, które są legalne i bezpieczne, jak w scenie z rowerzystą jadącym przed kolumną samochodów, gdzie kierowcy trąbią na rowerzystę. Jeśli komunikat nie rozróżnia między złymi zachowaniami a prawidłową jazdą, to zaczyna wzmacniać niecierpliwość kierowców, zamiast ją redukować. Działa dokładnie przeciwnie do zamierzeń – ocenia.

Piotr Bombol, co-founder Constans AI, broni jednak danych, na których PZU oparło kampanię, i wskazuje na inny problem – jakość debaty publicznej wokół niej. – Dane policyjne mówią jasno: 638 ofiar śmiertelnych w trzy lata, wypadki z hulajnogami w górę o 163 proc. PZU zrobiło kampanię opartą na tych danych. Czy ton mógł być lepiej dobrany? Pewnie tak. Ale to, co widzę w reakcjach, to nie jest rozmowa o tonie. To natychmiastowe przeskoczenie do "PZU hejtuje rowerzystów", kompletnie z pominięciem danych – zauważa.

Błąd strategiczny, nie tylko kreatywny

Szczególnie ostrą krytykę wywołało wykorzystanie wizerunku osoby na wózku inwalidzkim jako ilustracji konsekwencji "brawury". Artur Chyła wskazuje, że środowiska osób z niepełnosprawnościami oraz organizacje pozarządowe uznały taki zabieg za skrajnie nieetyczny.

Sprowadzenie poruszania się na wózku inwalidzkim do roli "kary" za głupotę i brawurę uznano za skrajnie nieetyczne. Pokazanie wózka jako życiowego końca i symbolu porażki uderzyło w tysiące osób, które żyją aktywnie mimo niepełnosprawności.

Artur Chyła
associate founder w Komodi (fragment wpisu na Linkedin)

Tomasz Sowa przeprowadza szczegółową wiwisekcję kampanii i dowodzi, że jej problemy mają charakter strukturalny, a nie jedynie wykonawczy. Zaczyna od pozornie drobnego, lecz kluczowego szczegółu językowego.

– "Zwolnij" to prosta, wykonalna prośba. "Pomyśl" już sugeruje, że odbiorca teraz nie myśli, co przy ironicznym "Mistrzu" brzmi protekcjonalnie. Badania nad kampaniami opartymi na strachu są dość zgodne: zmieniają zachowanie tylko wtedy, gdy dają prostą, wykonalną instrukcję. "Zwolnij" taką instrukcją było, "pomyśl" nie jest, a reakcja odrzucenia i ironii jest przewidywalna, nie przypadkowa – wyjaśnia.

Nasz rozmówca zwraca też uwagę na pozycję PZU. – To nie jest dowolna marka, tylko ubezpieczyciel, którego kapitał opiera się na zaufaniu i poczuciu: "jesteśmy po twojej stronie, gdy coś pójdzie źle". W tym kontekście komunikat "pomyśl, mistrzu" nie brzmi jak partnerskie ostrzeżenie, tylko negatywna ocena własnego klienta – uważa.

Trzecim grzechem pierworodnym kampanii jest – zdaniem Tomasza Sowy – sama definicja grupy docelowej.

– "Jednoślady" to nie jest segment, tylko kategoria techniczna: hulajnoga, rower i motocykl czy skuter mają tyle wspólnego, że wszystkie mają dwa koła. Różne są ryzyka, zachowania i kontekst ruchu. Jednym komunikatem trudno mówić do tak rozbieżnych grup o tak różnych zachowaniach i oczekiwaniach ich zmian na lepsze – tłumaczy.

Wreszcie ekspert wskazuje na pęknięcie w samej platformie "mistrza". – W kampanii dla kierowców działała, bo była wewnątrzgrupowa i autoironiczna: "wszyscy czasem jedziemy za szybko". Tu, przeniesiona na szeroką grupę, zmienia znaczenie z lekkiego mrugnięcia okiem w ocenę i drwinę – podsumowuje.

Ironia w reklamie społecznej: ryzykowne narzędzie

Dr inż. Jacek Kotarbiński, ekspert marketingowy broni samej metody, choć dostrzega jej ryzyko i precyzyjnie opisuje mechanizm kontrowersji.

Zarzuty o hejt wobec rowerzystów i motocyklistów są efektem emocji, a nie samego przekazu kampanii. Spot nie mówi, że wszyscy użytkownicy jednośladów są nieodpowiedzialni. Pokazuje mechanizm nadmiernej pewności siebie i lekceważenia ryzyka. Ironiczne określenie "mistrzu" ma zwrócić uwagę na postawę pod tytułem "mnie nic się nie stanie". Problem polega na tym, że ironia w reklamie społecznej bywa odbierana bardzo osobiście, szczególnie przez grupy, które już wcześniej czuły się stereotypowo oceniane przez kierowców.

Jacek Kotarbiński

Ekspert przypomina, że prowokowanie dyskomfortu to uznana metoda w komunikacji bezpieczeństwa drogowego.

– Reklamy społeczne dotyczące bezpieczeństwa bardzo często operują szokiem, czarnym humorem albo dyskomfortem emocjonalnym. Inaczej giną w natłoku komunikatów. Podobny mechanizm wykorzystywała między innymi policja w Lozannie w 2015 roku w kampanii dotyczącej tak zwanych smartfonowych zombie – tam również użyto mocnego obrazu i czarnego humoru, aby zwrócić uwagę na niebezpieczne zachowania pieszych zapatrzonych w telefony – mówi.

Podobną drogą poszła kampania z Nowej Zelandii, zaadaptowana dwa lata temu w Polsce przez Krajową Radę Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

Jednocześnie Jacek Kotarbiński precyzyjnie wskazuje, gdzie tkwi największa pułapka.

– Największym ryzykiem kampanii PZU nie jest sam przekaz, lecz przesunięcie dyskusji z bezpieczeństwa na emocjonalny konflikt między grupami uczestników ruchu drogowego. Jeżeli odbiorcy zaczynają rozmawiać głównie o tym, kto został urażony, a nie o realnym problemie wypadków, wtedy kampania traci część swojej siły – ocenia.

Olek Tryzna, digital marketing strategist w agencji Oxymoron, stawia pytanie o cel kampanii wprost.

– Jeżeli naprawdę edukowanie, to obawiam się, że nie zostanie osiągnięty. Jeżeli jednak zasięg, to tak, ten cel ma szansę przekroczyć założenia. Tylko w przypadku takiej marki jak PZU spodziewałbym się pogłębionej analizy, refleksji, a przynajmniej skonsultowania pomysłu ze środowiskiem albo chociaż kimś, kto zna się na przepisach ruchu drogowego – mówi. Nie szczędzi przy tym krytyki, choć przyznaje, że nieodpowiedzialne zachowania rowerzystów i osób na hulajnogach to zjawisko realne. – Kampania zaproponowana przez PZU nie zmieni postaw ani jednych ani drugich. Utrwala jedynie stereotypy, nie dając nic w zamian – konkluduje.

Socialwashing zamiast realnej zmiany?

Marek Gonsior stawia kampanii zarzut najpoważniejszy z możliwych: instrumentalnego traktowania tematu bezpieczeństwa na drodze jako narzędzia budowy wizerunku.


– Niestety w działalności CSR nie zawsze chodzi o zwrócenie uwagi na problem albo jego realne rozwiązanie. Czasem marki używają agresywnego, donośnego języka, aby pokazać swoją obecność koło jakiegoś problemu i budować wizerunek marki odpowiedzialnej społecznie, a nie rzeczywiście wykazać się taką odpowiedzialnością. To mechanizm niemal identyczny jak greenwashing czy socialwashing. Przypina się plakietkę: "dbamy o ekologię", "dbamy o bezpieczeństwo", "dbamy o różnorodność", ale bez głębszego zobowiązania. Krzyczenie "Mistrzu, pomyśl" i rozdanie kilku kasków przez zatrudnionego celebrytę są widoczne, ale nie jestem pewien, czy niesie realną zmianę – analizuje nasz rozmówca.

Piotr Bombol zwraca uwagę na szerszy kontekst polaryzacji, w którym kampania funkcjonuje. – Żyjemy w erze sykofancji. Asystenci AI mają tendencję do potwierdzania tego, co już myślisz. Zapytasz "czy PZU przesadziło?" i dostaniesz odpowiedź, którą chcesz usłyszeć. Algorytmy social media robią to samo: nagradzają oburzenie. W takim środowisku rozsądna rozmowa oparta na danych jest coraz trudniejsza – zauważa.


Przypomina, że PZU samo doświadczyło podobnego mechanizmu kilka tygodni wcześniej, gdy kampania PZU Auto stworzona w całości przez AI spotkała się z krytyką za sam fakt użycia sztucznej inteligencji.


– Inne tematy, ten sam mechanizm: natychmiastowa polaryzacja. To nie jest wyłącznie problem PZU. Każda marka, która próbuje poruszyć trudny temat, mierzy się z tym samym – mówi.

Kryzys wizerunkowy? Raczej czkawka

Co do skutków biznesowych większość ekspertów jest zgodna: PZU wyjdzie z tej burzy bez trwałych strat, choć nie bez kosztów. Magdalena Kantorowicz ocenia, że dla tak gigantycznej instytucji finansowej kryzys ten będzie miał charakter krótkoterminowy.


– To raczej wizerunkowa "czkawka" niż tąpnięcie. Niemniej jednak, z punktu widzenia relacji z klientem, PZU alienuje konkretną i wartościową grupę docelową. Użytkownicy jednośladów to często osoby bardzo zaangażowane w swoje hobby, tworzące silne społeczności – grupy na Facebooku, fora. To także klienci, którzy wykupują polisy na życie, OC, AC czy ubezpieczenia zdrowotne. Zamiast pozycjonować się jako marka wspierająca i rozumiejąca ich pasję, PZU zyskało na chwilę łatkę marki oderwanej od realiów drogowych, która nie zauważa, że w wielu wypadkach jednoślady są ofiarami wymuszeń pierwszeństwa przez samochody – wskazuje Kantorowicz.

Tomasz Sowa podsumowuje sprawę w sposób, który wykracza poza ocenę samej kampanii. – Budżet prewencyjny, który miał budować bezpieczeństwo i zaufanie, częściowo pracuje przeciw własnemu celowi: zamiast łączyć uczestników ruchu, pogłębia ich wzajemną niechęć. O sile kampanii nie decyduje sama kreacja, nawet jeśli jest sprawnie zrealizowana, tylko trafność diagnozy: kto mówi, do kogo i po co. W tym przypadku problem nie pojawił się w produkcji, tylko wcześniej – na poziomie definicji problemu i odbiorcy – podsumowuje.

Poprosiliśmy biuro prasowe PZU o ustosunkowanie się do zarzutów kierowanych pod adresem firmy w odniesieniu do tej kampanii. Do czasu publikacji tego artykułu nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi.

Mistrzu, pomyśl! Rower

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

Łatwogang robi przerwę od social mediów. Ostrzega przed oszustami

Łatwogang robi przerwę od social mediów. Ostrzega przed oszustami

Republika, wPolsce24 i Polsat najczęściej karane przez KRRiT

Republika, wPolsce24 i Polsat najczęściej karane przez KRRiT

Łatwogang z największym wzrostem obserwujących na Instagramie

Łatwogang z największym wzrostem obserwujących na Instagramie

Niepewność ekonomiczna i presja technologiczna globalnymi wyzwaniami dla PR

Niepewność ekonomiczna i presja technologiczna globalnymi wyzwaniami dla PR

TVP Info wraca do pielgrzymki papieża sprzed 35 lat. Rusza "Dekalog według Jana Pawła II"

TVP Info wraca do pielgrzymki papieża sprzed 35 lat. Rusza "Dekalog według Jana Pawła II"

Agencja oLive media promować będzie region Jeziora Garda

Agencja oLive media promować będzie region Jeziora Garda