Jesteś z branży mediów, marketingu i PR? Obserwuj nas na LinkedIn.
"Bluszcz. Pismo tygodniowe ilustrowane dla kobiet" założył w 1865 roku księgarz Michał Glücksberg. Pierwszą redaktorką naczelną została Maria Ilnicka, która kierowała pismem przez ponad 30 lat. "Bluszcz" ukazywał się w latach 1865–1918, a po krótkiej przerwie ponownie w latach 1921–1939.
"Nawet tytuł dla uszu carskiej cenzury brzmiał niewinnie: Bluszcz – symbol wiotkiej kobiecej istoty wspartej na dębie-mężczyźnie. Ale wtajemniczeni rozumieli, że bluszcz, wiecznie zielonymi listkami okrywający ruiny i groby, jest symbolem nadziei niezniszczalnego życia narodowego" – pisała w 1961 r. na łamach "Stolicy" Stefania Podhorska-Okołów, ostatnia przedwojenna redaktorka naczelna.
Ponad 160 lat później o tytule znowu zrobiło się głośno za sprawą netfliksowej produkcji. W "Lalce" w reżyserii Pawła Maślony redakcja "Bluszczu" jest przedstawiana jako jedno z nielicznych miejsc, w których kobiety mogą zabierać głos. Ale jej istnieniu zagrażają zarówno problemy finansowe, jak i próba przejęcia redakcji przez mężczyzn.

Serialowa Izabela Łęcka, grana przez Sandrę Drzymalską, marzy o publikacji w "Bluszczu". Ale brakuje jej tematów i talentu. Redaktorka naczelna nie jest zachwycona jej tekstami. Łęcka postanawia więc zmusić Wokulskiego, żeby w ramach zaręczyn kupił jej pismo. Mogłaby wtedy brylować w świecie literatury i prasy.
– Izabeli Łęckiej znanej z kart powieści Prusa raczej sobie z "Bluszczem" nie wyobrażam – komentuje redaktor naczelna magazynu z lat 2008–2010 Joanna Laprus-Mikulska.
I po chwili dodaje: – Chyba że zainteresowałyby ją wykroje mód. W "Bluszczu" były doniesienia z Paryża, informacje o tym, jakie suknie i kapelusze są modne. To było takie otwarcie na świat.
– Serialowa Izabela została jednak skonstruowana inaczej. Bohaterka chce działać, wyjść poza swoją sferę komfortu, otworzyć się na świat i pojechać do Paryża. To był bardzo ciekawy pomysł, który nadał tej postaci głębi. Myślę, że taka Izabela mogłaby odnaleźć się w "Bluszczu" – uważa Laprus-Mikulska.

Co serial zmienił w historii "Bluszczu"?
Akcja "Lalki" Bolesława Prusa rozgrywa się od marca 1878 do października 1879 roku. W tym czasie "Bluszcz" już działał. Serialowa redakcja i obecność niektórych postaci historycznych to jednak zabiegi fabularne. Prawdziwy "Bluszcz" w czasach, w których rozgrywa się powieść Prusa, wyglądał inaczej.
Dotyczy to na przykład Elizy Orzeszkowej. Wbrew temu, co sugeruje serial, pisarka nie była wówczas związana z redakcją. Jej współpraca z pismem rozpoczęła się później. Ona sama nigdy nie była też redaktorką naczelną tego tytułu. W latach akcji "Lalki" stanowisko to zajmowała Maria Ilnicka. Orzeszkowa publikowała w "Bluszczu" od lat 90. XIX wieku. W 1897 roku ukazał się jej tekst "W kwestii równouprawnienia kobiet wobec nauki, pracy i dostojności ludzkiej (List otwarty do kobiet niemieckich)".

Historia "Bluszczu" nie kończy się jednak na czasach Prusa. W 1906 roku redaktorką naczelną została Zofia Seidlerowa. Pod jej kierownictwem pismo miało przeżywać okres rozkwitu i częściej poruszać tematykę działalności kobiet.
Nie oznacza to jednak, że "Bluszcz" był jednoznacznie emancypacyjnym pismem. Obok tekstów dotyczących praw i aktywności kobiet publikowano materiały odpowiadające bardziej tradycyjnemu modelowi życia. W 1929 roku na pierwszej stronie "Bluszczu" ukazał się tekst Jadwigi Kraroczyńskiej pt. "Detronizacja feminizmu".
Autorka przekonywała w nim, że feminizm spełnił swoją rolę i nie jest już potrzebny. ,,Niech będzie prawdziwą kobietą, niech będzie w domu kurą domową, a w miłości niewolnicą, skoro jest w społeczeństwie człowiekiem" – pisała.
"Bluszcz" w czasach "Lalki" nie był aż tak nowoczesny i emancypacyjny, jak pokazano to w serialu. Był pismem dla kobiet, które łączyło elementy nowoczesności z tradycyjnymi tematami. Pojawiały się w nim teksty dostosowane do realiów, w których się ukazywało: porady, jak pozyskać dobrą służącą albo co ugotować mężowi na obiad.

Marek Łuszczyna, dziennikarz związany z "Bluszczem" w latach 2009–2012, podchodzi do sprawy jeszcze bardziej kategorycznie. – To nie było pismo feministyczne. Nie domagało się emancypacji czy rozmowy o walce płci – podkreśla w rozmowie z nami.
"Bluszcz" nie był przy tym zamkniętym kobiecym forum. Wśród pisarek, które współpracowały z pismem, znalazły się m.in. Maria Konopnicka, Zofia Nałkowska i Maria Dąbrowska. Na jego łamach publikowali również mężczyźni, m.in.: Henryk Sienkiewicz, Adam Asnyk, Jan Brzechwa czy Konstanty Ildefons Gałczyński.
"Bluszcz" wraca po 70 latach
Na początku XXI wieku właściciele wydawnictwa Elipsa – Artur Szczeciński i Rafał Rogalski – chcieli stworzyć nowe czasopismo dla kobiet. Na rynku ukazywały się już wówczas takie tytuły jak "Zwierciadło", "Twój Styl" i "Pani". Pod koniec 2007 roku spotkali się z redaktorką Joanną Laprus-Mikulską w Warszawie.

– Zaczęliśmy się zastanawiać, jakiego rodzaju ma to być czasopismo – wspomina była naczelna w rozmowie z Wirtualnemedia.pl. – Ponieważ skończyłam polonistykę i zawsze lubiłam stare czasopisma, wspomniałam o "Bluszczu" – dodaje.
Pomysł spodobał się właścicielom wydawnictwa. Szpigiel pierwszego numeru rozrysował na kartce papieru. Prawa do pisma były wówczas wolne. Oryginalny "Bluszcz" przestał się ukazywać po wybuchu II wojny światowej.
– W 1939 roku na redakcję spadła bomba, a później nikt już do tytułu nie wrócił. Stwierdziliśmy więc, że zrobimy współczesny "Bluszcz", na ile nam się uda – mówi Laprus-Mikulska, która kilka miesięcy później została redaktorką naczelną tego tytułu.
Pierwszy numer nowego "Bluszczu" ukazał się 1 października 2008 roku w nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z założenia miał być pismem na cały miesiąc: grubym (160-170 stron), kolorowym i pełnym treści. Zamiast czytać go od początku do końca, czytelnicy mieli sięgać po kolejne teksty w swoim tempie. Przypominał książkę w formie gazety.

Reaktywowane pismo nie było jednak prostym powrotem do przedwojennej formuły. Nie miało być wyłącznie magazynem dla kobiet. Jego twórcy postawili przede wszystkim na literaturę i szeroko rozumianą kulturę.
Były redaktor naczelny Rafał Bryndal, który pracował na tym stanowisku w latach 2010–2012, podkreśla, że większość osób czytających literaturę stanowiły wówczas kobiety. Sam nie lubi podziału na prasę kobiecą i męską. Dla niego najważniejsza była po prostu literatura.
– Autorzy pisali dla ludzi czytających, zainteresowanych kulturą, teatrem, filmem i historią – tłumaczy Marek Łuszczyna.
Magazyn dla ludzi czytających
Marek Łuszczyna do redakcji "Bluszczu" trafił wiosną 2009 roku, pół roku po reaktywacji pisma, dzięki Ninie Terentiew. Z "Bluszczem" współpracował aż do ostatniego numeru, który ukazał się w 2012 roku. Po latach wspomina swoje ulubione teksty: felietony o starych przedmiotach, rekomendacje kawiarni i rozmowy o książkach ze znanymi osobami, np. Makłowiczem.

Łuszczyna był jednym z nielicznych dziennikarzy, którzy na stałe współpracowali z "Bluszczem". Pozostali autorzy byli zapraszani do konkretnych numerów. Wśród nich znaleźli się m.in. Katarzyna Grochola, Maria Czubaszek, Katarzyna Nosowska, Joanna Chmielewska czy Juliusz Machulski.
– Redakcja była niewielka, ale przewijały się przez nią różne postaci. Nie było pisarza, naprawdę nie było takiej osoby, która odmówiłaby nam współpracy – wspomina Joanna Laprus-Mikulska.
I wymienia swoje ulubione publikacje: – Joanna Brodzik pisała literackie opowieści o ciąży. Pojawiały się kryminały i zagadki Joe Alexa. Był też stały cykl opowiadań, w którym każdy autor pisał na temat, uwaga, łóżka.
W 2010 roku funkcję redaktora naczelnego przejął Rafał Bryndal. – Bez względu na trendy kierowaliśmy się naszymi przeczuciami i tym, co uważaliśmy za dobrą literaturę. I to publikowaliśmy – mówi nam.

To właśnie dobór tekstów i autorów miał wyróżniać "Bluszcz" na tle innych magazynów. Ważna była jednak również forma.
Ilustracje zamiast zdjęć
Oprócz doboru tekstów szczególną uwagę przykładano do szaty graficznej. – W 2008 roku ilustracje nie były jeszcze modne. Wszystkie czasopisma w Polsce były ilustrowane zdjęciami, a my wracaliśmy do tradycji rysowanych ilustracji – tłumaczy Laprus-Mikulska.
Jedną z artystek, która opublikowała swoje prace w "Bluszczu", była Magda Danaj. Z okazji premiery serialu zamieściła na swoim Instagramie karuzelę ze swoimi pracami.
– "Bluszcz" był w tamtym czasie powiewem świeżości, miejscem, gdzie teksty o szeroko pojętej kulturze łączone były z pracami polskich ilustratorów – mówi Magda Danaj w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Po zmianie naczelnego w 2010 roku Rafał Bryndal postawił na nową szatę graficzną, inspirowaną zagranicznym "New Yorkerem". Przez pierwsze lata po reaktywacji "Bluszcz" przyciągał jednak nie tylko nazwiskami i wyglądem. Jego nakład początkowo był wysoki.
W 2008 roku pismo ukazywało się w średnim nakładzie 148 tys. egzemplarzy, a jego płatne rozpowszechnianie wynosiło średnio 54 tys. egzemplarzy. Jeden numer miał 160–170 stron i kosztował 8 złotych.
Kilka lat później sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. W pierwszym kwartale 2012 roku sprzedaż wyniosła 7828 egzemplarzy, przy średnim nakładzie na poziomie około 20 tys. Zdaniem Marka Łuszczyny redakcja zbyt późno zaczęła budować obecność w sieci.
W 2012 roku, po śmierci wydawcy Artura Szczecińskiego, "Bluszcz" zniknął z rynku.
Czy "Bluszcz" może jeszcze wrócić?
Od ostatniego numeru minęło kilkanaście lat, byli redaktorzy wciąż wyobrażają sobie powrót pisma. Joanna Laprus-Mikulska uważa, że podobny magazyn mógłby jeszcze trafić na rynek. Jej zdaniem wraz z rosnącą liczbą treści generowanych przez sztuczną inteligencję czytelnicy będą chcieli wrócić do tradycyjnych czasopism.

Marek Łuszczyna tym razem postawiłby jednak na wersję internetową "Bluszczu". Proponuje interaktywne rozwiązania, jak chociażby możliwość wirtualnego przewracania kartek. Podobnego zdania jest Rafał Bryndal. Pomimo sentymentu i ekskluzywności papieru jego zdaniem obecność w sieci jest dzisiaj niezbędna.
Były naczelny Rafał Bryndal podkreśla, że podobne pisma są potrzebne także dziś:
Świetnie by było, gdyby ktoś wskrzesił "Bluszcz". Wiele osób w tej chwili z tęsknotą wspomina to pismo.
Dziś "Bluszcz" wraca więc przede wszystkim jako wspomnienie – najpierw dzięki historii prasy, a teraz także dzięki serialowi.
Joanna Laprus-Mikulska przyznaje, że oglądając "Lalkę" wzruszyła się, gdy zobaczyła w niej "Bluszcz". Pismo regularnie do niej wraca. – Czasami ktoś oznaczy mnie na Facebooku, że znalazł jakiś numer i pyta, czy pamiętam konkretny tekst – wspomina. I dodaje: – Chcieliśmy, żeby "Bluszcz" zostawił ślad. Żeby coś zostało. I chyba się udało.













