Tydzień temu Gawryluk komentowała wypowiedź polityka Polski 2050, który oceniał, że Ukraińska Powstańcza Armia to — "to byli tacy trochę – ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi konotacjami tego słowa – ukraińscy żołnierze niezłomni". Dodał, że nadanie przez Wołodymyra Zełenskiego jednej z ukraińskich jednostek imienia "Bohaterów UPA" było "nierozważne", a polska reakcja — "szkodliwa i nerwowa". UPA odpowiada za czystki etniczne z lat 1943–1945, w których zginęło blisko 100 tys. Polaków.
— Porównywanie UPA do Żołnierzy Niezłomnych. Robi to wiceminister nauki, który jest wykładowcą, uczy młodzież na dziennikarstwie. Tutaj też. Natomiast on jest Ukraińcem. To jest Ukrainiec ze Związku Ukraińców w Polsce — stwierdziła (cytat za DoRzeczy.pl).
Następnie dodała: — On zawsze sprzeciwiał się podnoszeniu kwestii Wołynia na poziom stosunków polsko‑ukraińskich. Również gloryfikował UPA, "chwała bohaterom" podpisywał pod zdjęciami banderowskimi. (…) Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy, jest wiceministrem w polskim rządzie — mówiła w Polsat News.

Krytyka wypowiedzi Gawryluk
Agnieszka Kublik z "Gazety Wyborczej" zapowiedziała skargę do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przeciwko Dorocie Gawryluk z Polsatu. Oceniła, że pytanie o pochodzenie może "dać początek nagonce", prowadząc do haseł w rodzaju "Polska dla Polaków". Kublik przywołała również art. 18 ustawy medialnej, zgodnie z którym przekazy nie mogą zawierać treści nawołujących do nienawiści lub dyskryminujących m.in. ze względu na pochodzenie etniczne czy przynależność narodową.
Do sprawy odniósł się w Sejmie premier Donald Tusk. — Padają słowa w tej Izbie, padają słowa w mediach, w debatach publicznych, które coraz częściej wskazują, że z pojedynczych incydentów zaczyna robić się fala — mówił. — Mówię o słowach takich jak "zastanawiam się, jak to jest możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim jest wiceministrem w polskim rządzie". Tusk ostrzegł, że takie wypowiedzi mogą ośmielać do ksenofobii i pogardy.

Na portalu X głos zabrali dziennikarze. Konrad Piasecki z TVN24 napisał: "Jak to jest możliwe, że w niemal 60 lat po marcu '68 może komuś wpaść do głowy, że kryterium dyskwalifikującym do zasiadania w rządzie może być pochodzenie narodowościowe?"
Tomasz Terlikowski, współpracujący z TVN24+, ocenił: "Sprawdzanie pochodzenia pracowników ministerstw (…) to smutny dowód na to, że pewna część polskiej prawicy przejmuje najgorsze standardy rasizmu". Sama Gawryluk zapowiedziała w rozmowie z Wirtualnemedia.pl, że odniesie się do sprawy w sobotnim programie.
Gawryluk: Nie wolno mówić rasowy
W sobotni poranek dziennikarka zaczęła program ironicznie. — Jesteśmy jak zwykle w sobotę w świetnych nastrojach, bez względu na pogodę. My trochę jesteśmy proszę państwa jak rasowi Anglicy. Rasowi Anglicy, którzy mówią, że nie ma złych prognoz, bo jak pada deszcz, to jest szansa na darmową kąpiel. Ja powiedziałam rasową, a to chyba niedobrze. Nie wolno mówić rasowy. Anglik też nie. To faszyzm, rasizm. Ukrainiec też nie. O faszyzmie i rasizmie będziemy jeszcze dzisiaj mówić. Bardzo się Janek cieszy. Jak coś, to może po prostu wyjść. To popularne ostatnio — mówiła.

Po kilku minutach dyskusji z Janem Wróblem przeszła do kwestii Szeptyckiego. — Kwestia porównywania UPA z AK to jedno z największych kłamstw historycznych w relacjach między Ukrainą i Polską. Powielanie tego kłamstwa powinno spotkać się z jakąś odpowiedzią. To spotkało się z taką odpowiedzią, że pan minister Szeptycki jest teraz prześladowany i ścigany tylko dlatego, że jest Ukraińcem — stwierdziła Gawryluk.
Dalej mówiła o różnicach między żołnierzami wyklętymi i UPA. — Kłamstwo historyczne i manipulacja, która ma na celu relatywizację zbrodni UPA. Po to się to robi. Robi się to nie od dziś, tylko od dawna. Polskie siły zbrojne polskiego państwa podziemnego miały zupełnie inny cel niż UPA. To był cel walki z okupantem. Mieli swój sąd polowy, który karał za zbrodnie cywilach. Oczywiście te zbrodnie się zdarzały. Zdarzały się oddziały i ludzie, którzy to robili, ale oni byli karani i potępiani — przekonywała.

"Oświęcim to igraszka w porównaniu z Wołyniem"
Później przeszła do Ukraińskiej Powstańczej Armii. — UPA to była zbrodnicza organizacja, nacjonalistyczna, która miała na sztandarach czystkę etniczną, czyli doprowadzenie do Ukrainy wolnej od Polaków, Żydów i innych grup. Narzędziem tego było ludobójstwo. Takie ludobójstwo, przy którym obozy koncentracyjne Auschwitz to była igraszka, cytując Pileckiego — zauważyła Gawryluk. Kilkanaście minut później powtórzyła, że "Oświęcim to igraszka w porównaniu z Wołyniem".
Sugerowała, że jej wypowiedź była w interesie publicznym.— Pamięć bohaterów jest kalana. Nie tylko przez pana ministra, bo inni też to robią w Polsce, również Polacy, co jest bardzo bolesne. Jeśli robi to członek polskiego rządu, to tym bardziej wymaga to reakcji — mówiła.
Zdaniem Wróbla wypominanie pochodzenia nie było potrzebne. — Może w tej reakcji nie należy się odwoływać, że za Szeptyckim stoi ukraińskie pochodzenie. Rzadko zgadzam się z posłem Trelą, ale tym razem się zgadzam. Nie wypominamy ludziom ojców, babek i tak dalej — stwierdził.

— W polskim rządzie powinni być polscy politycy, czyli tacy, którzy reprezentują polski interes narodowy. Jeśli reprezentują polski interes narodowy, to nikogo nie interesuje, czy to są Niemcy, Ukraińcy, Szwedzi, Somalijczycy, czy nawet kosmici. Mogą być kosmitami i nikogo to nie interesuje — odpowiedziała Gawryluk.
Gawryluk chce przedstawiciela Polski w rządzie Ukrainy
Dalej zapewniała, że nie ujawniła niczego, co byłoby sferą prywatną polityka. — Jeśli w polskim rządzie są politycy, którzy nie reprezentują polskiego interesu narodowego, tak jak w tym przypadku, bo mówienie takiej historii jest reprezentowaniem interesu ukraińskiego, to wtedy ta informacja ma znaczenie. Przecież to informacja powszechnie znana, bo minister Szeptycki się nią chwali i słusznie — przekonywała.
Wyraziła oczekiwanie, żeby polski rząd miał swojego przedstawiciela w ukraińskim rządzie. — Jeśli tak jest, że nie reprezentuje interesu polskiego to są dwie opcje. Albo to tolerujemy i mówimy "w porządku, jest Ukrainiec, reprezentuje ukraińskie interesy w polskim rządzie i nam to pasuje". Wtedy żądam wręcz dzisiaj, żeby w ukraińskim rządzie byli polscy politycy reprezentujący polski interes. Na przykład wyślijmy tam Leszka Millera. Były premier, ma dużo czasu, może pojechać i walczyć o polskie interesy. Albo nie tolerujemy tego i pana Szeptyckiego nie ma w rządzie — stwierdziła.

— W moim przekonaniu prowadzisz do takiej konkluzji, którą część polskiego internetu wykazuje i jedzie w tę stronę: jak ktoś ma pochodzenie nieczysto polskie, powinien szczególnie uważać, jak się wypowiada, co myśli. Moim zdaniem tak nie jest. Jeżeli polski polityk reprezentuje interesy obcego państwa, to jest tak samo źle, jak pochodzi od Rzepichy i Piasta, czy pochodzi od Somalijczyka i kosmitki — odpowiedział Wróbel.












