Noc, parking na obrzeżach Warszawy. Stado dzików wychodzi z ciemności i kieruje się w stronę zabudowań. W kadrze pojawia się humanoidalna sylwetka, która rusza w ich stronę i zaczyna krzyczeć: "sio, sio!". Zwierzęta zawracają. Scena z filmu science fiction? Nie! To nagranie w roli głównej z Edwardem Warchockim – polskim robotem humanoidalnym.
Kilka dni później ten sam materiał oglądają miliony ludzi na całym świecie, a Edward Warchocki trafia do globalnych mediów. Internet dostaje historię idealną: absurdalną, futurystyczną i zbyt dobrą, żeby była prawdziwa.
Filmik do tej pory wyświetliło 1,5 mld osób. A w sumie Edwarda w mediach społecznościowych obserwuje: 374 tys. osób na TikToku, 190 tys. na Instagramie, 98 tys. na Facebooku oraz 14 tys. na YouTube.
Popularność robot Edward zdobył na warszawskich salonach, w świetle kamer, blasku fleszy. Pojawił się w "Tańcu z gwiazdami" jako gość – influencer. Za kulisami tańczył nawet z Edwardem Miszczakiem. Był też w Sejmie, gdzie m.in. przeprowadził pogawędkę z posłem Markiem Suskim. Podczas konferencji prasowej w Sejmie wnosił żartobliwie o podwyżki dla Straży Marszałkowskiej. Jasno podkreślał, że interesuje go pomoc ludziom, a nie polityczne przepychanki.

– Wszystkie polskie partie polityczne zaprosiły nas do Sejmu. Jesteśmy apolityczni, ale wybraliśmy Komisję Cyfryzacji. Robot przeszedł kontrolę pirotechniczną, był sprawdzany przez psy. Zgodnie z prawem robot jest rzeczą, więc można go wnieść praktycznie wszędzie – nie ma jeszcze regulacji dla takich przypadków – mówi Bartosz Idzik, autor oprogramowania Edwarda Warchockiego.
Od eksperymentu do zasięgu
Edward powstał na bazie robota Unitree G1, ale jego twórcy – pomysłodawca Radosław Grzelaczyk oraz autor oprogramowania Bartosz Idzik – dali mu coś więcej niż tylko funkcjonalność. Otrzymał imię i nazwisko, osobowość i własny sposób komunikacji. Ma też pamięć długo- i krótkoterminową. Uczy się, ewoluuje – zapewniają jego twórcy.
Po mojej stronie było stworzenie autorskiego systemu komunikacji, czyli to, żeby robot rozmawiał, miał "osobowość". Staramy się, żeby Edward jak najbardziej przypominał człowieka oraz by Polacy mogli się z nim utożsamiać.
I dodaje: – Naszym celem było stworzenie systemu, dzięki któremu robot "jest kimś", a nie tylko urządzeniem.

To właśnie ten system stanowi kluczowy produkt firmy. Spółka wdraża rozwiązania umożliwiające robotom komunikację z ludźmi oraz ich wykorzystanie m.in. w marketingu i obsłudze klienta.
Edward pełni rolę brand hero. Tego typu roboty kosztują od 150 tys. do miliona złotych. Do tego trzeba doliczyć cenę polskiego systemu.
Viral, który sprzedaje
Choć robot funkcjonuje jak influencer, jego obecność w social mediach – jak twierdzą jego twórcy – nie jest bezpośrednio sprzedażowa.
– Nie promujemy naszych usług przez profile Edwarda. To wychodzi samo z siebie. Ludzie sami się do nas odzywają. I pytają o naszą działalność – mówi Idzik.
Efekt? Viral przekłada się na realne zainteresowanie biznesowe. Twórcy przyznają, że otrzymali propozycje współprac, których łączna wartość mogłaby sięgnąć kilkudziesięciu milionów złotych.

– Dostajemy masę propozycji, podejrzewam, że te dotychczasowe można wycenić na ponad 20 mln zł. Wśród zainteresowanych marek są zarówno producenci kur niosek, jak i duże marki korporacyjne – wymienia Idzik. Ale – jak dodaje – najbardziej łakomym kąskiem robot Edward jest dla organizatorów eventów.
Jednocześnie jego twórcy podkreślają, że większość ofert odrzucają, by nie zamienić Edwarda w "słup reklamowy". – Zależy nam, żeby Edward miał dobry wizerunek. Chcemy też pokazać, że roboty humanoidalne mogą być fajnymi, lubianymi towarzyszami – dodaje.
Zaczęło się od Kwejka
Za projektem nie stoi duża agencja marketingowa, ale trzyosobowy zespół. Twórcy nie ukrywają, że skala zainteresowania ich zaskoczyła.
– Jesteśmy obecni w globalnych mediach, dostajemy tysiące zapytań. Nie zawsze jesteśmy w stanie na nie odpowiadać na bieżąco – przyznaje Idzik.

To istotny kontekst: Edward nie powstał w korporacyjnym laboratorium, ale w środowisku, które dobrze zna mechanizmy internetu i viralowości. Bartosz Idzik i Radosław Grzelaczyk poznali się kilkanaście lat temu w serwisie Kwejk, Idzik stworzył później także Hejto.pl.
– Naszą firmę tworzy trzyosobowy zespół: ja, Radosław Grzelaczyk i Kamila Filipowska. I wszystko robimy samodzielnie – w tym działania marketingowe dookoła Edwarda – tłumaczy Idzik.
Viral to dopiero początek
Dla branży marketingowej przypadek Edwarda jest testem. A eksperci są ostrożni w ocenach.
Artur Nalepko, founder/influencer manager w REL Management, nie ma złudzeń: – Na ten moment to jednorazowy viral. Edek tak naprawdę nie ma żadnej konkurencji w swojej kategorii i ciężko przewidzieć, co by się stało, gdybyśmy takich robotów mieli pięć. Ten case pewnie będziemy analizowali za jakiś czas.

Najcięższe dla influencera to utrzymać się na topie, a Edward, a raczej jego "pilot" stoi jeszcze przed tym wyzwaniem. Widzów niedługo znudzi schemat, a Edek nie ma dużo do zaoferowania sam w sobie, to interakcje z nim są zabawne.
Jacek Kotarbiński, ekspert ds. marketingu: – Pytanie nie brzmi, czy potrafi przyciągnąć uwagę, tylko czy potrafi tę uwagę zamienić w trwałe znaczenie marki.
Na dziś powiedziałbym, że to model eksperymentalny. Najpierw sprawdzamy, czy powstanie potencjał viralowy, potem jest próba budowy strategii. Edward został znakomicie zaprojektowany pod uwagę mediów i internetu. Ale wejście do mainstreamu i przestrzeni publicznej pokazuje, że ambicja jest większa niż jednorazowy żart.
Influencer czy narzędzie?
Nie wszyscy jednak widzą w działalności Edwarda przemyślaną strategię. Marek Gonsior, strateg, twórca podcastu "Wyzwoleni", uważa, że to raczej ciąg zdarzeń zakończony szczęśliwym zbiegiem okoliczności, z którego twórcy sprytnie skorzystali.

– Analizując wzmianki o tym robocie, widać, że za viral można uznać ewentualnie pościg za dzikami. Wcześniejsze akcje miały charakter dość nienaturalnej "ustawki", więc nie nazwałbym tego genialną kampanią planowaną od A do Z. To raczej ciąg zdarzeń zakończony szczęśliwym zbiegiem okoliczności, z którego twórcy sprytnie skorzystali. Dobry marketing polega właśnie na łapaniu takich fal – tutaj szacunek dla ich refleksu – mówi Gonsior.
Jest on jednak ostrożny w nazywaniu robota "influencerem".
Nie jestem przekonany, czy chcemy, by maszyna z AI realnie wpływała na nasze wybory i treści w social mediach. Tytuł "influencera" to chwyt marketingowy, ale ludzie mogą być zmęczeni kolejną dawką sztucznej inteligencji. Poza tym do tworzenia treści rodem z AI nie potrzebujemy robota – żywi influencerzy i zwykli użytkownicy social mediów robią to w swoich postach wystarczająco skutecznie.
Marki idealne
Artur Nalepko uważa, że Edward Warchocki to idealne rozwiązanie dla marek, które wymagają, by influencer "czytał jak robot z kartki".

– W tym momencie Edek jest viralem i pod taki viral może podłączyć się każda marka. Tak naprawdę największą wartością Edka jest teraz innowacyjność, zasięg i to, że póki co jest lubiany (i oby tak zostało!). Myślę, że kampanie nastawione na szerokie dotarcie i interakcje jak najbardziej są trafione, na rekomendację – ciężko powiedzieć – dodaje Nalepko.
Kotarbiński najbardziej obok Edwarda widzi marki technologiczne, edukacyjne, eventowe, medialne, firmy z obszaru AI, automatyzacji i employer brandingu. – Edward najlepiej pasuje do tych brandów, które chcą opowiadać o przyszłości, innowacji i zmianie. Znacznie słabiej do marek, które budują przekaz na tradycji, intymności czy tonie bardzo konserwatywnym – wyjaśnia.
Pierwszy zgarnia najwięcej
Na rynku zaczynają pojawiać się próby kopiowania pomysłu. Ale – jak podkreślają sami twórcy – przewaga pierwszeństwa jest ogromna.

– Znak towarowy Edward Warchocki jest zastrzeżony. Pojawiają się kopie, ale spotykają się z mocną krytyką. Bardzo trudno podrobić to, co już zrobiliśmy. Bo byliśmy pierwsi i byliśmy w tylu miejscach... – mówi Idzik.
Jacek Kotarbiński: – Sprzęt można skopiować szybciej niż wiarygodność. Edward ma potencjał, by stać się czymś więcej niż internetową ciekawostką, ale o jego przyszłości zdecyduje nie sam viral, tylko dyscyplina strategiczna. W świecie mediów bardzo łatwo zostać zabawnym incydentem, dużo trudniej stać się trwałym symbolem technologii.












