Takim właśnie komentarzem oznaczył swój post na LinkedIn dr inż. Jacek Kotarbiński. Słowa "Tak się robi viralowe reklamy Polski" – opatrzone, dla ścisłości, "rozbawionymi" emotikonami – wywołały sporą dyskusję.
Wśród 70 komentarzy znalazła się nawet wypowiedź samego twórcy. Luz Palokaj, specjalista social mediów z Lucerny, podziękował za udostępnienie:

"Dziękuję za wszystkie komentarze, za te krytyczne również. Za wszystkie jestem wdzięczny. Dla jasności: to nigdy nie miała być oficjalna reklama Polski. To część mojej serii, w której pokazuję kraje przez pryzmat wspomnień, przekazywanych w każdej niemal rodzinie" – napisał twórca.
Produkcja Palokaja poniosła się szeroko. Opisała ją WP, film trafił do feedu Make Life Harder, a w 19:30 znalazł się krótki wywiad z autorem wygenerowanego przez AI filmiku.
Sam film szybko zyskał niesamowitą popularność w sieci: licznik na Instagramie Palokaja przekroczył 104 tys. wyświetleń. Jak podał sam twórca, łączna liczba wyświetleń we wszystkich kanałach 30 września przekroczyła 2,47 mln.

Liczba komentarzy pod postem dr. inż. Kotarbiskiego wyniosła z kolei 70. "Przecież dla osób nieznających kulturowego kontekstu to jakaś reklama zaścianka i czasów PRL-u" – czytamy w jednym z nich. "Załapie tylko pokolenie vintage. Bardziej to jednak dla mnie puzzelek narodowościowy niż marketingowy" – głosi inny.
Kiedy pytamy dr Kotarbiskiego, dlaczego produkcja Palokaja byłaby dobrym spotem reklamującym Polskę, odpowiada:
– Ten spot ma coś, czego nie da się kupić samym budżetem. Jest pomysł, charakter i potencjał viralowy. Tylko podejrzewam, że żadna organizacja publiczna by go nie zaakceptowała – stwierdza i dodaje:
– Ktoś porównał ją do Monty Pythona i moim zdaniem trafił w sedno. Palokaj pokazuje inne kraje w satyrycznym, przerysowanym stylu. Taki spot może rozbawić, zaskoczyć i sprawić, że ludzie zaczną o Polsce rozmawiać. W internecie uwaga jest walutą cenniejszą niż kolejny ładny dron nad jeziorem. Nadal mamy potężny problem z umiejętnością opowiadania historii o Polsce, która będzie interesująca dla zagranicznego odbiorcy – komentuje.

Gabriela Anna Wróblewska, dyrektor kreatywna w Anton Ritz, mówi wprost: – Ja to wideo uwielbiam – stwierdza i punktuje zalety produkcji:
– Mamy tu radość, polską gościnność i zblazowanego pana, który jest uczestnikiem tych wydarzeń. Dużo jest takich "naszych smaczków". Pokazane są polskie góry, Puszcza Białowieska, Kraków i Gdańsk, mecz siatkówki, święcenie święconki, pierogi, trzepanie dywanu, wesele, grzybobranie, parawany na plaży... To wideo jest przepełnione "naszymi momentami", nie jest przegadane o tym, jacy jesteśmy wspaniali, bo tak wypada o nas mówić – komentuje, dodając, że klimat "starego wideo, osiedla i lat 90." działa, bo pozwala cofnąć się do czasów dzieciństwa.
Dr Kotarbiński jest jednak ostrożny z wynoszeniem podobnych produkcji do rangi oficjalnej:
– Satyra czy specyficzny żart nie każdemu przypadnie do gustu i nie każdy odczyta go tak samo. Jedni się rozbawią, inni mogą poczuć się urażeni albo uznać, że obraz kraju jest zbyt uproszczony. Nie ma spotu, który zachwyci wszystkich. Te czasy chyba już minęły. Przy oficjalnej promocji trzeba pamiętać, że Polska to znacznie więcej niż jeden dowcip, nawet bardzo udany. Jednak sztywne gorsety komunikacji i napuszone komunikaty w internecie w zasadzie błyskawicznie kończą karierę – komentuje.

Pytany o to, dlaczego pod jego postem rozgorzała tak zaciekła dyskusja, odpowiada: taką mamy mentalność.
– Według mnie w Polsce fajna kreatywność rzadko przechodzi niezauważona, a jeszcze rzadziej bez hejtu w komentarzach. Przykładowo niedawna narodowa dyskusja o "Lalce" Netflixa znów podzieliła nas na gorących zwolenników i przeciwników. Porównałem ją do wojny o kota między Kargulem a Pawlakiem w filmie "Sami swoi" – tłumaczy.
– Czasy się zmieniają, ale polska mentalność trzyma się dobrze. Często zamiast bawić się konwencją, próbujemy twórczość wcisnąć w sztywne ramy. Produkcja Palokaja mnie nie razi, przeciwnie, bardzo mnie ubawiła. Szanuję jednak, że inni mogą ją oceniać inaczej. Polacy lubią śmiać się z siebie, choć podobno trochę mniej lubią, gdy robią to inni. A przecież PRL był najweselszym barakiem komunizmu – stwierdza.













