Dziennikarze Wirtualnej Polski o reportażach z Ukrainy. "Chcemy przywrócić tożsamość ofiarom rosyjskich zbrodni"

Okrutne rosyjskie zbrodnie wojenne na ukraińskich cywilach są wciąż nieopowiedziane. Trzeba przywrócić ofiarom ich tożsamość – powiedzieli PAP reportażystka Tetiana Kolesnychenko i fotograf Maciej Stanik, autorzy tomu "Robaków rozgryzać nie wolno". Kolesnychenko to ubiegłoroczna laureatka Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Tomasz Wojtas
Tomasz Wojtas
Udostępnij artykuł:
Dziennikarze Wirtualnej Polski o reportażach z Ukrainy. "Chcemy przywrócić tożsamość ofiarom rosyjskich zbrodni"
Maciej Stanik i Tetiana Kolesnychenko, fot. Wirtualna Polska

Tetiana Kolesnychenko od 2022 r. relacjonuje wojnę Rosji przeciwko Ukrainie. Oddaje głos tym, którzy zwykle pozostają niewidoczni: rodzinom, dzieciom, osobom próbującym przeżyć kolejne dni po utracie bliskich, w rzeczywistości, która przestała być bezpieczna i zrozumiała. Jej reportaże, po części pierwotnie publikowane w Wirtualnej Polsce ukazały się właśnie w książce "Robaków rozgryzać nie wolno".

Integralną częścią tomu są fotografie Macieja Stanika. Nie pełnią one funkcji wyłącznie ilustracyjnej – stanowią równoległą, wizualną opowieść.

Tetiana Kolesnychenko i Maciej Stanik o zbiorze reportaży z Ukrainy

Polska Agencja Prasowa: Na ile wojna w Ukrainie to także historia twoja i historia twojej rodziny?

Tetiana Kolesnychenko: Moja najbliższa rodzina mieszka w Kijowie, niedaleko lotniska. Bardzo dobrze pamiętam poranek 24 lutego 2022 roku, kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja. Z samego rana zadzwoniła do mnie mama. W słuchawce usłyszałam jej przerażenie. Mało mówiła, dużo płakała, była w szoku. Powiedziała, że o czwartej nad ranem niedaleko naszego budynku zaczęły latać rosyjskie myśliwce.

Na szczęście moja siostra była już wcześniej spakowana, wykazała się najbardziej trzeźwą postawą w rodzinie. Kiedy zaczęły się pojawiać obawy, że wojna może wybuchnąć, zaplanowała, gdzie w razie czego pojedziemy. W ciągu kilkunastu minut zebrała całą rodzinę, dzięki czemu zdążyli bezpiecznie wyruszyć na zachód kraju.

Jechali przez miejscowości, gdzie później toczyły się walki. Po wyzwoleniu obwodu kijowskiego, można było zobaczyć masę ostrzelanych cywilnych samochodów. Były oznaczone, że w środku siedzą ludzie, dzieci. Po prostu cywile. Rosjanie jednak do nich strzelali, nie bacząc na to, kto tymi samochodami podróżował. Mam więc cały czas z tyłu głowy, że historia naszej rodziny mogła potoczyć się inaczej. Mieliśmy po prostu dużo szczęścia.

PAP: A czym ta wojna jest dla ciebie – jako fotografa z Polski?

Maciej Stanik: Do dzisiaj jest to dla mnie bardzo trudne doświadczenie. W nocy 25 lutego byłem już w Kijowie. Spodziewałem się, że dojdzie do pełnoskalowej wojny, chociaż gdy rozmawiałem z osobami, które wcześniej zajmowały się tematyką ukraińską, ale także z mieszkańcami Donbasu, słyszałem, że wojny nie będzie. Przynajmniej nie na taką skalę. Już wcześniej jeździłem do różnych miejsc, m.in. do Afganistanu, Syrii czy Górskiego Karabachu. Ale dzięki Tetianie związałem się z Ukrainą. Czuję emocjonalne połączenie z naszymi bohaterami, którzy stali się znajomymi. Niedawno wróciłem do jednego z nich, Jarosława Bazylewicza. Myślę, że mogę powiedzieć, że Ukraina to teraz mój drugi dom.

PAP: Można powiedzieć, że tam są wasze serca?

T.K.: Mieszkam od wielu lat w Polsce, więc moje serce jest podzielone. Ale to, co dzieje się w Ukrainie przez ostatnie cztery lata, niewątpliwie nas uformowało. Dla mnie najtrudniejsza była nauka tego, jak w słowach opisać to, co się zobaczyło, oddać wojenną rzeczywistość. Przecież nie jest to takie oczywiste. Przed wybuchem wojny nie wiedziałam, jak brzmią wybuchy bomb lotniczych lub rakiet, jaki dźwięk wydają nadlatujące drony.

Nie umiałam także opisywać skrajnych emocji. Bo jak opisać sytuację rodziny, która krząta się w kuchni, pije herbatę, a chwilę późnej wkłada swojemu synkowi wnętrzności do brzucha, ponieważ rakieta spadała na podwórko ich domu, a tam bawiło się dziecko? Okrutna fizyczność tej wojny to coś, z czym wcześniej w codziennym życiu nie mieliśmy żadnej styczności. Mogliśmy tylko o tym przeczytać w książkach o II wojnie światowej lub wojnie na Bałkanach. Cztery lata temu musieliśmy nauczyć się opisywać to, co dzieje się obok nas. I powiem wprost – ciągle się tego uczę, cały czas pracuję na swoim językiem, ciągle szukam formy.

M.S.: I tak samo jest ze zdjęciami. Dla mnie to ciągłe eksperymentowanie. Trzeba było znaleźć taką formę, aby z opowieści o wojnie nie zrobić horroru klasy B, ale opowiedzieć o niej w prawdzie i z szacunkiem dla jej ofiar.

PAP: Czy przy takiej pracy jest miejsce na strach?

M.S.: Ja czuję strach. Nie ukrywam tego, jestem dość tchórzliwy. 8 kwietnia 2022 r., jeszcze bez Tetiany, byłem w Kramatorsku, tuż po rosyjskim ataku rakietowym na dworzec. Od tego czasu mam problem z przebywaniem na dworcach. W nocy zdarza mi się także obudzić od ostrych nieoczekiwanych dźwięków samochodów. Poczucie misji jest jednak tak duże, że szykując się do wyjazdu, nie czuję zagrożenia. Strach przychodzi dopiero na miejscu, dopiero w Ukrainie zdaję sobie sprawę z tego, że ryzyko istnieje. I to nie tylko w Donbasie i miastach przyfrontowych, ale także w dużych miastach na zachodzie kraju.

T.K.: Maciej użył słowa tchórzostwo. To mocne słowo, ale nie do końca pasujące. Po prostu jest to zdrowy rozsądek, trzeźwy osąd. Musisz się bać, bo strach to twój wentyl bezpieczeństwa. Jedzie się przecież w bardzo niebezpieczne miejsce i trzeba się liczyć z tym, że mogą wydarzyć się różne rzeczy. Możesz być gdzieś na zachodzie kraju, ale w dom, gdzie jesteś, trafi rakieta. I nic ci nie pomoże. Wielokrotnie widzieliśmy skutki ostrzałów, w ich wyniku ginęły całe rodziny we własnych łóżkach.

Im bliżej frontu jesteś, tym ryzyko jest większe i absolutnie masz tego świadomość. Dużo jednak rozmawiamy o środkach bezpieczeństwach – gdzie jechać, a gdzie nie, gdzie ryzyko podjąć, a gdzie nie. Oceniamy to bardzo trzeźwo. Kiedy już jednak jesteśmy na miejscu, skupiamy się na pracy.

PAP: Czy będąc w środku dramatu, można zachować dystans?

T.K.: Dystans trzeba zachować, bo inaczej nie uda się przeprowadzić wywiadu lub zrelacjonować wydarzenia. Przyjechaliśmy kiedyś na miejsce, gdzie uderzyła rakieta, była masa zabitych i rannych. Widzieliśmy, jak spod gruzu ratownicy wynoszą ciała, ludzkie zwłoki leżały także na chodniku. I czujesz wtedy strach, ogromne emocje. Tylko że musisz je opanować, przypomnieć sobie, że jesteś tu po to, aby opisać to, czego jesteś świadkiem. Wyznaczasz sobie klarowną rolę i musisz się jej trzymać.

PAP: Wojna pozwala wytworzyć mechanizmy obronne?

T.K.: Zdecydowanie. Ja na przykład nauczyłam się odciąć w sobie ten strach i emocje, aby pracować. Bo taka jest moja rola tu i teraz.

M.S.: Kiedy trzeba pracować, emocje trzeba zostawić na chwilę z boku. Dopiero po spotkaniach, które zazwyczaj są bardzo traumatyczne, rozmawiamy ze sobą. Wtedy przychodzi chwila na smutek.

T.K.: I nie ma w tym niczego złego. Emocje po prostu trzeba przeżyć, aby móc je potem przekazać innym.

PAP: Są reportaże, w których autor jest w centrum zdarzeń i takie, w których autor kryje się za swoim bohaterem. Myślę, że podobnie może być w przypadku zdjęć. Czy to był wasz świadomy wybór, aby przede wszystkim pokazać waszych bohaterów, a nie siebie?

M.S.: Od początku wiedzieliśmy, że to naszym bohaterom - a nie sobie samym - chcemy oddać głos.

T.K.: Moje przeżycia są niczym w porównaniu z przeżyciami bohaterów naszych reportaży.

PAP: A wojna czasami się wam śni?

T.K.: Chyba nie. Muszę się przyznać, że staram się zachować higienę pracy. Inaczej nie byłabym w stanie pracować. Bo ciężar doświadczenia jest bardzo duży. Dlatego kocham wyjść z psami na długi spacer do lasu, żeby po dwóch godzinach wrócić z czystą głową. To pozwala mi normalnie żyć.

M.S.: Ja też nie pamiętam, żeby śniła mi się wojna. Kiedy wracam z Ukrainy, przełączam w głowie swoje emocje. I też mam pieska, z którym lubię chodzić na spacery.

PAP: Na ile to, co wspólnie tworzycie, jest dla was literaturą i artystyczną fotografią, a na ile świadectwem?

M.S.: Dla mnie przede wszystkim jest to świadectwo. Taką formę wybraliśmy na początku i staramy się być jej wierni.

T.K.: Ta forma jest tak minimalistyczna, aby nie popaść w fałsz, by móc pokazać w bardziej dotkliwy sposób historię ludzi. To jest najtrudniejsze, ale cały czas nad tym pracujemy. Każde zdjęcie jest tak robione, a każde słowo jest tak dobierane, aby nie było w tym nic zbędnego.

PAP: Reportaże i zdjęcia z waszej książki "Robaków rozgryzać nie wolno" są bardzo surowe, lakoniczne, bez ubarwień. Czy to jedyny sposób, w jaki można w ogóle mówić o wojnie?

T.K.: Każdy szuka swojego sposobu. Chodziło nam o to, aby pokazać i uwypuklić czyste emocje i historie naszych bohaterów. Chcieliśmy, aby był to rodzaj dokumentowania wojny. Pilnowaliśmy, aby nie było w tym zbędnej interpretacji i emocji. Bo bardzo łatwo opisując wojnę popaść w fałszywe nuty.

M.S.: Taką formę wybraliśmy jeszcze przed wybuchem wojny, kiedy jeszcze jeździliśmy po Donbasie, do Mariupola. Uznaliśmy, że warto ją zachować w reportażach powstających po 24 lutego.

PAP: Wracaliście to tekstów i zdjęć, które powstały wcześniej?

M.S.: Wróciłem do zdjęć, ale także chciałem, aby w książce pojawiły się fotografie wcześniej niewykorzystane.

T.K.: Także część moich reportaży już wcześniej została opublikowana w Wirtualnej Polsce. Chcieliśmy wrócić do bohaterów, aby dowiedzieć się, jak w ciągu czterech lat zmieniło się ich życie. Dla mnie do było o tyle niezwykłe doświadczenie, bo cały czas broniłam się przed utrzymywaniem głębszych relacji z bohaterami już po publikacji tekstu. Tłumaczyłam sobie, że i tak obcuję z traumatycznymi emocjami, że muszę oddzielić życie prywatne od pracy, aby nie przenosić tych trudnych doświadczeń głębiej.

Kiedy jednak wracałam do naszych bohaterów, zdałam sobie sprawę, że właściwie przez cały czas o nich myślałam. Czułam ogromną ulgę, kiedy znowu z nimi rozmawiałam, dowiadywałam się, co u nich. Oczywiście nie wszystkie historie kończą się happy endem. Niektóre numery już nigdy nie odpowiedziały, mogę się tylko domyślać, co stało się osobami, które były ich właścicielami. Choć czuję ulgę, że w większości przypadków ludziom udało się mniej lub bardziej poukładać swoje życie na nowo.

PAP: Za jeden ze swoich reportaży, "Władcy ciał", otrzymałaś m.in. w 2025 r. Nagrodę PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego. Czy ta i inne nagrody pozwalają na nowo przypomnieć o wojnie w Ukrainie?

T.K.: To prawda, że w Polsce można zauważyć zmęczenie wojną, że ten temat – używając języka mediów – jest mniej klikalny. I jest to zrozumiałe, ponieważ nie da się żyć z ciągłym ciężarem myślenia o wojnie.

Jednak jeśli spojrzy się na redakcyjne statystyki, to oczywiście są one niższe niż na początku, ale mimo wszystko utrzymują się na wysokim poziomie. Teksty ukraińskie są niejednokrotnie częściej czytane niż te poświęcone tematom krajowym czy społecznym. I dla mnie to dowód na to, że nie chodzi o treść, ale o formę. Mamy dosyć chaosu informacyjnego, ale materiały głębsze nadal się czyta. I będzie się je czytać nawet za kilka lat.

A nagrody? Zawsze były dla nas ważne. Nie traktowaliśmy ich jako wyróżnień dla nas, ale osób, o których nasze materiały opowiadają.

M.S.: Nagrody powodują, że nasze teksty i zdjęcia dostają drugie życie. Bohaterowie i ich historie znów pojawiają się w mediach. A nawet wychodzą poza medialną bańkę, mają większe przebicie.

PAP: Czy po czterech latach wojny w Ukrainie jest jeszcze coś, co czym trzeba opowiedzieć i pokazać?

T.K.: Wciąż nie znamy całej prawdy o najstraszniejszych, najciemniejszych historiach. Mam tu na myśli dramatyczne i okrutne rosyjskie zbrodnie wojenne popełnione na ukraińskich cywilach. One wciąż są nieopowiedziane. Słyszymy tylko strzępki opowieści, bo ofiary i bezpośredni świadkowie nie są gotowi, aby mówić o wszystkim. To, co wiemy, to tylko wierzchołek góry lodowej. Dramaty cywilów wciąż czekają na udokumentowanie. Często ciała ofiar tych zbrodni, jak chociażby mieszkańców Mariupola, były palone w mobilnych krematoriach albo wywożone na gruzowiska. Naszą pracą i zadaniem jest przywrócić im wszystkim tożsamość, opowiedzieć ich historie.

Rozmawiała Anna Kruszyńska

Tetiana Kolesnychenko – dziennikarka specjalizująca się w tematyce wschodnioeuropejskiej. Laureatka Nagrody im. Dariusza Fikusa (2024 i 2025), Nagrody Grand Press (2024) oraz Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego (2025). Od 2022 r. relacjonuje wojnę Rosji przeciwko Ukrainie.

Maciej Stanik – fotoreporter specjalizujący się w reportażach społecznych. Laureat Nagrody Grand Press Photo (2021), Nagrody im. Dariusza Fikusa (2024) oraz Nagrody Grand Press (2024). Dokumentował wydarzenia m.in. w Syrii, Afganistanie i Górskim Karabachu.

Książka "Robaków rozgryzać nie wolno" Tetiany Kolesnychenko z fotografiami Macieja Stanika ukazała się nakładem Centrum Mieroszewskiego i Nowej Polszczy.

Źródło: PAP

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

Ogień na planie programu Gessler. Strażacy apelują, TVN milczy

Ogień na planie programu Gessler. Strażacy apelują, TVN milczy

Wszystkie role Michała Brańskiego. "Jestem od tego, by podnosić ciśnienie i czasem robić freak show"

Wszystkie role Michała Brańskiego. "Jestem od tego, by podnosić ciśnienie i czasem robić freak show"

Piętnastka portali. Interia na czele, Wp.pl i Onet.pl przyciągają na dłużej

Piętnastka portali. Interia na czele, Wp.pl i Onet.pl przyciągają na dłużej

Republika zapłaci pełną ratę koncesyjną? Sakiewicz ostrzega przed końcem MUX-8

Republika zapłaci pełną ratę koncesyjną? Sakiewicz ostrzega przed końcem MUX-8

Zuzanna Krzątała na czele redakcji "Harper’s Bazaar"

Zuzanna Krzątała na czele redakcji "Harper’s Bazaar"

Skoki narciarskie hitem igrzysk. Tylu widzów miały transmisje z Włoch

Skoki narciarskie hitem igrzysk. Tylu widzów miały transmisje z Włoch