Agnieszka Kołodziejska o rozstaniu z Radiem Zet: doszłam do sufitu i odeszłam [WYWIAD]

Bała się, że po odejściu z Radia Zet "nikt jej nie zechce". Dziś mówi wprost: to jedna z najlepszych decyzji. Agnieszka Kołodziejska opowiada o pracy, która przestała dawać satysfakcję i o odwadze, która przyszła z czasem.

Kinga Walczyk
Kinga Walczyk
Udostępnij artykuł:
Agnieszka Kołodziejska o rozstaniu z Radiem Zet: doszłam do sufitu i odeszłam [WYWIAD]
fot. Przemek Paczkowski

Po 17 latach rzuciłaś pracę w radiu, by po paru miesiącach wrócić do radia...?

Od początku mówiłam, że nie rzucam radia, tylko odchodzę z konkretnej firmy – Radia Zet. Pojawiły się złośliwe przytyki, że będę musiała zmienić nick na Instagramie, ale ja zawsze będę "Kołodką z radia" – tak jak jestem i będę "Kołodką z Łodzi".

To dlaczego odeszłaś?

Chyba po prostu doszłam do sufitu. To była super posada, bardzo ciepła i bezpieczna. I spokojnie mogłabym tam siedzieć. Zrozumiałam jednak, że w moim życiu dzieją się dodatkowe – fajne rzeczy. I one mogą mieć swoją kontynuację, jeżeli się ich uczepię. Nie mogłam tego zrobić w połączeniu z etatem. Ostatnio pracowałam od 14:00 do 19:00, co uważam za najgorsze z możliwych godzin, jeśli chodzi o życie zawodowe i prywatne.

Wszystko uciekało?

Płatne eventy i jakieś inne dodatkowe zlecenia przelatywały mi koło nosa. Ile można brać urlop na drugą pracę? To też był powód, dla którego przez dwa lata nie było mnie w "Polakach za granicą" (program emitowany m.in. w Polsat Play – red.). Mam 48 lat. Moje ciało, umysł mówiły mi: "nie możesz brać urlopu w jednej pracy, żeby pracować w drugiej".

Bo się zajedziesz...

Bo zajedziesz się. Bo to do niczego nie prowadzi. Bo nie masz kiedy odpoczywać. I nie opłaca się to, patrząc z perspektywy ekonomicznej. Na każdy urlop, nawet bezpłatny, który chcesz wziąć, kręcą nosem. To jest oczywiście naturalne w pracy etatowej. Nie mam więc o to pretensji.

I nastał dzień decyzji.

Złożyłam propozycję, że chciałabym odpocząć od etatu i codziennego przychodzenia do pracy. Wyjaśniłam, że trochę przestało mnie to jarać, a poza tym nie mogę robić innych, ważnych dla mnie, rzeczy. Liczyłam na mniej zajmującą formę współpracy z radiem, ale nie zgodzono się.

Tym mnie zdziwiłaś. Byłaś przecież łakomym dziennikarskim kąskiem.

Przyznam szczerze, że sama też odrobinę się zdziwiłam. Moja propozycja była dość szeroka, zaproponowałam wiele możliwości. Wydaje mi się, że dzisiaj niekoniecznie trzeba być stałym elementem programu antenowego, żeby funkcjonować jako jedna z "twarzy" radia.

Dla chcącego nic trudnego.

Oczywiście, że się da. Przypuszczam, że przez pierwsze 4-6 miesięcy nawet nikt by się nie zorientował, że rzadziej bywam na antenie. Po drugiej stronie nie było jednak chęci powrotu do tej rozmowy.

Albo wszystko, albo nic?

No, tak było. Poszłam więc "na grubo" i stwierdziłam, że to ten moment i w takim razie nic.

Ale już od jakiegoś czasu czułam w kościach, że nie przeprowadzę się z Żurawiej na Czerską. Że może mnie już nie być do tego czasu, że przestaje nam być po drodze.

Agnieszka Kołodziejska

Podkreślam jednak, że przez lata było mi tam bardzo dobrze, a stacja była moją "matką". Być może po prostu "matce" skończyła się miłość do mnie.

"Matka" spotkała nowego "faceta", więc mogło się trochę zmienić.

Może ojczym niespecjalnie mnie lubił. (śmiech)

Było Ci, tak po ludzku, przykro?

Kiedyś może byłoby mi przykro. Kilka lat temu zrozumiałam jednak, że to jest tylko praca i takie związanie emocjonalne z miejscem może zaszkodzić. Że będzie tylko coraz bardziej przykro, gdy będą zmieniały się realia, a one zmieniać się będą, bo zmieniają się media.

Zetka kiedyś była dużą, ale i zarazem rodzinną firmą. Spędzaliśmy razem święta. Pewne okoliczności sprawiły jednak, że ludzie zaczęli odchodzić. Wszystko się gdzieś rozpierzchło.

Agnieszka Kołodziejska

Wylądowałaś w Kanale Zero, a chwilę później poszłaś na całość: odeszłaś i z projektu Krzysztofa Stanowskiego. To przez reportaż Marii Wiernikowskiej o Rosji?

Oni chyba tak to zrozumieli, że to ten materiał był głównym powodem, ale nie. Ja tam nie czułam się jak w domu. W Kanale Zero jest bardzo wielu fajnych dziennikarzy i niektóre materiały są naprawdę super. Czuję jednak, że światopoglądowo nie jest mi z nimi po drodze. Gdy z Kanału odchodził Piotrek Połać, stwierdziłam, że i na mnie czas.

Materiał Wiernikowskiej jest super, ale moim zdaniem nie na dzisiaj. To jest trochę tak, że jak świat nakłada na Rosję sankcje gospodarcze, tak samo dziennikarze powinni nakładać sankcje informacyjne. Mówmy o tym, kogo dzisiaj zbombardowali, kto przez nich zginął, ale dajmy im bana na pozostałe informacje, dopóki nie zakończą wojny.

Na braci Kamratów w Kanale Zero zdążyłaś się jednak załapać.

Sama przed sobą udawałam, że tego nie było.

Nie usiadłabyś do jednego stołu z Kamratami lub Grzegorzem Braunem?

Nie, ale nie dlatego, że gardzę tymi ludźmi. Ja jestem dziewczyną od rozrywki i nie mieszam się do takich rzeczy. Coś może mi się podobać lub nie, mogę się z tym identyfikować lub nie. I w związku z tym być lub nie być w danym miejscu.

Zawsze jest ryzyko "ubrudzenia" swojego wizerunku, na który pracowało się latami.

Chyba dlatego też wybrałam tę stronę rozrywkową, a nie informacyjną. To jest neutralne, miłe. Ktoś może cię nie lubić i ma do tego prawo, ale nie ma do czego się przyczepić.

Wróćmy do jesieni ubiegłego roku, kiedy to rzucałaś pracę w Zetce. Mówiłaś wtedy: "już czas, bym częściej siedziała w samolocie niż radiowym studiu". Udało się?

W tym roku chyba pobiję rekord lotów samolotem, bo siedzę w nim od stycznia. W styczniu zrobiliśmy cztery odcinki programu, w lutym trzy, teraz znowu trzy i na czerwiec też coś planujemy.

W międzyczasie odbywam swoje prywatne podróże. Zaproszono mnie też na rejsy na fiordy norweskie i na Islandię. Poza tym jestem ambasadorką biżuterii Sadva, z którą robimy mini kolekcję, inspirowaną moimi podróżami, więc lecę z nimi na sesję zdjęciową do Hiszpanii.

Niczym Martyna Wojciechowska i jej kolekcja dla Kruka.

To porównanie uznaję za komplement.

Nie boisz się, że będziesz miała dość podróży?

Miewam przesyty i bywam przebodźcowana na maksa, ale zawsze w Polsce. Nie lubię momentu pakowania się na wyjazd, wsiadania do samolotu, bo wiem, że czeka mnie niewygodna podróż. Cały czas nie stać mnie na klasę biznes i zawsze w samolocie idę w prawo zamiast w lewo. Zawsze jednak wiem, że ten samolot zabierze mnie ze średniego punktu A do zajebistego punktu B.

Teraz to jest ten moment, żeby sobie to wszystko przemyśleć. I tak uświadomiłam sobie ostatnio, że najbardziej chciałabym żyć właśnie z podróży. Jeszcze układam sobie w głowie, jak to miałoby wyglądać, ale chyba jestem na dobrej drodze.

Być może kiedyś trafisz na jakąś kotwicę.

Nie wykluczam, że za parę lat nie wytrzymam wielogodzinnego lotu w klasie ekonomicznej, chociaż liczę, że wtedy będzie stać mnie na klasę biznes.

W rozmowie z "Vogue" mówiłaś: "poznaję ludzi, którzy odważyli się, żeby rzucić to, co ich wkurza, i po prostu żyć tak, jak chcą". Ty też się odważyłaś?

Tak. Chyba nigdy nie czułam się lepiej niż teraz. Patrz, jestem teraz w Afryce, leżę w łóżku, gadam sobie z Tobą. Po naszej rozmowie mam calla z przyjacielem, który aktualnie rozpoczął miesiąc podróży po Nepalu. Dzisiaj mam wolne, więc pójdę na plażę. A potem lecimy dalej.

Myślę sobie: "Boże, ja tak chciałam żyć!" Tylko nie mogłam do tej pory się odważyć.

Agnieszka Kołodziejska

Co Cię hamowało?

Hmmm... Myślę, że można to ogólnie ująć jako brak odwagi. Myślisz sobie: "A kto mnie zechce, gdy odejdę?" To tak jak kobiety, które boją się odejść od męża. Ja jestem dobra w gębie, potrafię doradzać przyjaciołom, ale mnie samej zajęło to trochę lat. Okazało się jednak, że są tacy, którzy mnie chcą.

Osobom, które zasiedziały się w jednym miejscu, może zabraknąć szerszej perspektywy. Niesie to ryzyko nieracjonalnego zaniżenia poczucia własnej wartości.

Dobrze to ujęłaś: nieracjonalne, niepodparte niczym, zaniżanie poczucia własnej wartości. Gdy 5 października ogłosiłam, że odchodzę z Zetki i zaczęłam odbierać wszystkie wiadomości, zdałam sobie sprawę, że nie było się czego bać.

Otrzymałam wiele ciekawych propozycji z różnych redakcji. I rzeczywiście, dałam sobie kilka miesięcy, żeby zdecydować, co wybrać. To wspaniałe uczucie. Może właśnie po to zaharowywałaś się, Kołodka, 28 lat, żeby dojść do takiego miejsca, że teraz możesz sobie wybrać i jest wspaniale?

Pytałaś, czy to mój moment. Powiem nieskromnie – i mam w dupie, co inni sobie pomyślą: tak, to jest mój moment!

Finansowo też się wszystko zgadza?

Jeżeli chcesz więcej zarabiać, to naprawdę łatwiej jest zmienić pracę, niż wyżyłować się w tej, w której jesteś. Bo tutaj i tak nic się nie wydarzy. Chciałam więcej zarabiać, więc musiałam to zrobić.

Po komentarzach w sieci widzę, jak ludzie wyobrażają sobie nas, pracujących w mediach. Przeczytałam coś takiego: "pewnie RMF FM sypnął większą kasą". Naprawdę ludzie myślą, że w radiu pracuje się dla pieniędzy? To by się zdziwili. W radiu nie zarabia się dużych pieniędzy. Żeby zarabiać, trzeba być mega gwiazdą, którą ściągają jako swoją główną twarz.

Ich pewnie też nie są w stanie obsypać złotem.

W polskich mediach nie zarabiasz takich kokosów, żebyś nie potrzebował drugiej, trzeciej, czwartej pracy.

Zawsze tłumaczyłam innym, że moje dodatkowe źródła dochodu, praca podczas nocnych eventów przed radiowym porankiem, nie wynikają z chciwości. Po prostu chciałam zarabiać tyle, ile jestem warta.

Agnieszka Kołodziejska

Potem słyszysz od szefów w radiu, że to twoja prywatna sprawa, twoja chałtura i masz jakoś to wszystko pogodzić. Nie, gdybyście płacili przyzwoicie, nie musiałabym brać tej chałtury.

Na współpracach w mediach społecznościowych też można zarobić.

Kiedyś wkurzałam się, gdy ktoś mówił "ooo, zrobiłaś się taką influencerką". Potem uświadomiłam sobie, że przecież nie ma nic złego w byciu influencerką. Czy ja promuję marki, których można byłoby się wstydzić? Absolutnie.

Zarabiam na tym pieniądze i jest to uczciwa praca, jak każda inna, chociaż ludzie jeszcze nie do końca rozumieją, że to też praca. Oczywiście odrzucam propozycje, które nie są ze mną spójne, czyli np. suplementy diety czy lakiery hybrydowe. Po prostu nie używam tego, nie znam się, więc nie będę nikogo namawiać.

I to jest ten bonus, który dostałaś od "matki Zetki", która pomogła Ci się wypromować?

Nigdy nie będę tego podważać. Mój były szef Mariusz miał takie powiedzenie: "Pamiętajcie, że radio to jest trampolina". Ja zawsze odpowiadałam: "Tak, ale każdy pracownik radia skacze na tej samej trampolinie, jednak nie każdy skacze wysoko".

W którym momencie zrozumiałaś, że warto budować markę osobistą?

Sama do tego nie doszłam, jakieś cztery lata temu pomogła mi w tym moja przyjaciółka Kamila Kalińczak. To ona jako pierwsza z naszego grona przyjaciół miała odwagę porzucić radio, potem telewizję. Postawiła wtedy na siebie i zaczęła budować markę osobistą, wystrzeliła jak z procy. Tłukła mi do głowy, że też muszę postawić na siebie. Na Instagramie miałam nick "Kaczka po pekińsku", a to Kamila podsunęła mi pomysł "Kołodki z radia".

A co na to "Zetka"? Nie przeszkadzało im, że dorabiasz "na boku", promując inne marki?

W którymś momencie podsunęli mi lojalkę, w której były zapisy mogące zablokować moje różne dodatkowe działania. Odmówiłam podpisania tego dokumentu. Jestem wolnym człowiekiem i nie wyobrażam sobie tego typu ograniczeń. Co innego, gdybym miała w radiu kontrakt gwiazdorski i wielką kasę. Wtedy nie widzę przeszkód.

Odmówiłaś podpisania i temat umarł?

W czasie mojej 18-letniej współpracy z Zetką różnego rodzaju lojalki podstawiano mi trzykrotnie. Te podchody odbywały się co jakiś czas, a ja za każdym razem skutecznie odmawiałam. Oczywiście stawiałam na otwartą rozmowę i wprost tłumaczyłam swoją decyzję. Liczyłam się też z konsekwencjami, że mnie kiedyś wywalą z roboty, ale to się nie stało.

Bycie "Kołodką z radia" obliguje do dobrego nastroju, sypania żartami. Skąd ciągle czerpać energię?

Albo to masz, albo nie masz. Tego nie da się udawać. Ja to mam. Lubię działać od rana, mam wtedy masę energii, chociaż poranki i wstawanie o 3:00 – to nie jest dla mnie. Bardzo nie lubiłam tego pasma.

To moja "pańszczyzna", którą odrabiałam przez 7 lat. Fakt, wiązało się z ogromnymi benefitami, czyli końcem pracy o 9:00-10:00. Z drugiej strony, nie sprzyjało życiu prywatnemu, zasypiałam na "Faktach" TVN-u. Jeszcze bardziej nie lubiłam pasma popołudniowego, męczyło mnie to. Czułam się, jakby to pasmo trwało nie 5 a 10 godzin.

Dlaczego?

Potrafię rozbudzać ludzi, dobrze ich nastroić. Po południu natomiast nie miałam pojęcia, co do nich mówić. Nie czułam się w tym naturalnie. Nie mam wtedy odpowiedniej energii, którą mogłabym przekazać ludziom. Nie wiem nawet, co oni wtedy robią. Nie mam rodziny, dzieci, nie wiem, jak to jest odbierać je ze szkoły, przygotowywać im obiad, odrabiać z nimi lekcje.

Nie mam więc pojęcia, jak towarzyszyć słuchaczom w tych momentach. Oczywiście potrafiłam improwizować i chyba nikt nie zauważył, że coś jest nie tak. Ale bardzo się męczyłam. Pasma pomiędzy 9:00 a 15:00 były moimi ulubionymi, ale w ostatnich latach mi ich nie powierzano.

Zbudowałaś wizerunek autentycznej "dziewczyny z sąsiedztwa", której się ufa.

Mam nadzieję. W życiu prywatnym jestem dokładnie taka sama jak w radiu czy mediach społecznościowych.

A pomoc powodzianom wynikała z autentyczności czy miała może podłoże wizerunkowe?

Parę osób "wyrzygało się" w sieci, że na pewno chciałam to zrobić, żeby budować sobie wizerunek. A ja po prostu, gdy usłyszałam, co się stało, zrozumiałam, że na tę chwilę moje śmieszkowanie w radiu jest nie na miejscu i warto zrobić coś innego.

Poza etatem miałam wtedy współpracę reklamową z Liskiem, czyli aplikacją, która dostarcza zakupy pod drzwi. Mieliśmy tego dnia zrobić publikację w mediach społecznościowych. Odezwałam się też do nich i dałam znać, że ten post nie pasuje. Zaproponowałam więc, że zamiast rolki przeznaczę moje wynagrodzenie na produkty Liska, które dostarczymy powodzianom. Nie dość, że się zgodzili, to podwoili moje wynagrodzenie. Poprosiłam więc wtedy w radiu o urlop i pojechałam do Głuchołaz.

Podobno jesteś jedną z nielicznych osób, które mają pozytywne komentarze na Pudelku.

Miło. Nie czytam tych komentarzy. Kiedyś zaglądałam w sekcje komentarzy naszych branżowych tytułów, m.in. Wirtualnych Mediów i w 80 procentach byłam w stanie wskazać, który z kolegów z naszej branży napisał negatywny, anonimowy komentarz na mój temat.

Konfrontowałaś to?

Życie jest za piękne, żeby zajmować się pierdołami.

Czy "Kołodka z radia" to projekt tymczasowy? Jak myślisz, czy któregoś dnia pożegnasz się z radiem?

Nie wyobrażam sobie porzucić radia, chyba że kiedyś radio porzuci mnie. Chociaż nie sądzę, analizując propozycje, które pojawiły się po odejściu z Zetki. Zaproponowano mi nawet prowadzenie programu podróżniczego. Liczę, że te propozycje nadal będą aktualne. Zresztą radio jest dla mnie najwdzięczniejszym medium, nie przebodźcowuje mnie.

A telewizja?

Z telewizją to tylko romans. Oczywiście to, że ludzie rozpoznają mnie, jest miłe, jednak po nagraniach telewizyjnych mam ochotę zawinąć się w kołdrę, odizolować od wszystkich.

Współpraca z obcymi ludźmi pożera dużo energii, radio tego nie wymaga. Jesteś ty, twój monolog, twoja bezpieczna przestrzeń. Liczę, że połączenie radia i podróży będzie możliwe. W RMF FM są elastyczni. Wiedzą, że mnie często nie będzie i są z tym ok.

"Szkło kontaktowe" to chwilowa przygoda?

"Szkło kontaktowe" to jednorazowe zaproszenie w roli komentatora. I nie wiadomo, co los przyniesie. Póki co to jednorazowe spotkanie zapoznawcze w redakcji programu.

Wspomniałaś o monologu w radiu. W tych czasach mamy chyba jednak do czynienia z dialogiem – z radiowego studia wychodzi się w przestrzeń mediów społecznościowych, gdzie toczy się rozmowa ze słuchaczami.

Tak, ale ten dialog prowadzisz trochę na swoich zasadach. Możesz odpowiedzieć, ale nie musisz.

Media społecznościowe to znak czasów. Jak zmieniły zawód prezentera radiowego?

Zmiany mogą być szokujące dla ludzi, którzy wybrali ten zawód ze względu na swój wrodzony introwertyzm. To ludzie, którzy czują się bardzo dobrze w małym studiu, w którym albo nie ma nikogo, albo jest tylko wydawca. Mówią sobie coś do tego małego siteczka i mimo tego, że mogą słuchać ich miliony ludzi, są w stanie wyobrazić sobie, że tutaj nikogo nie ma.

Nagle wkraczają media społecznościowe i tego już się nie cofnie. Jest wymóg sprzedawania swojego wizerunku, nie tylko w radiu, ale i na zewnątrz. To samo dotyczy obecności na różnych galach czy w telewizjach śniadaniowych. Znam parę takich osób, które nie dźwigają tych zmian.

A Ty?

Widzę zalety mediów społecznościowych, w końcu zarabiam na nich. Chociaż gdybym tak na serio dostała pytanie od samego diabła, czy chcę żyć jak wcześniej, gdy nikt nie wiedział, jak wyglądam, pewnie zastanowiłabym się nad tym. To były fajne czasy.

Retro jest sexy.

Jedna z najfajniejszych rzeczy, która mi się przytrafiła w poprzednim roku, to mała, niepozorna robota, która daje mi tyle frajdy, że aż nie masz pojęcia. Drukowany "Magazyn Pokładowy", wydawany przez Koleje Dolnośląskie, zaproponował mi pisanie artykułów raz w miesiącu. Pomyślałam, że będę pisała o pociągach na świecie. Ludzie siedzący w przedziale pociągu Kolei Dolnośląskich mogą przeczytać o jakimś innym pociągu, który funkcjonuje gdzieś tam bliżej lub dalej.

Wow!

Tak się w to wkręciłam, że gdy na początku roku byliśmy z operatorem w Chinach i nagrywaliśmy program, namówiłam go, żeby zamiast taksówką jechać drożej i dłużej pociągiem.

26 grudnia byłam w Zetce na moim ostatnim dyżurze. Następnego dnia poleciałam na kilka dni do Maroka i tam też celowo przejechałam się pociągiem. Moi znajomi również przekazują mi informacje o nietypowych pociągach, zaangażowałam ich w ten projekt. Ludzie natomiast przesyłają mi na Instagramie zdjęcia moich artykułów. O taką pracę walczyłam!

Jak z młodymi? Czy teraz łatwiej zacząć przygodę z radiem?

Teraz jest łatwiej, chociażby właśnie przez media społecznościowe, które dały nam wiele nowych talentów, o których w innych okolicznościach nikt by nie usłyszał.

Czyli mamy demokratyzację mediów?

Tak i uważam, że to bardzo pomaga tym młodym ludziom. Bądźmy szczere: kto otwiera i czyta CV przesłane na jakieś ogólne maile redakcji?

Poza tym, pewnie obie mogłybyśmy wskazać kilka osób funkcjonujących w świecie radia lub telewizji, np. z delikatną wadą wymowy. Kiedyś byłoby to nie do przejścia, a dzisiaj liczą się osobowość i charyzma. Dzisiaj chcesz prawdziwego fajnego kolesia czy laskę, która przyciągnie publiczność, a to, że on/ona nie wymawia "r" – kogo to obchodzi.

A jak zmieniła się pozycja kobiet w mediach?

Jest ich dużo, jednak chciałabym, żeby miały trochę więcej wiary w siebie. Któregoś razu my – kobiety z mediów – przygotowywałyśmy listę różnych ekspertek, żeby potem redakcje miały pod rękę namiary na nie. Niestety jest tak, że do radia lub telewizji przychodzą z reguły eksperci mężczyźni.

Dlaczego?

Gdy dzwonisz z takim zaproszeniem do kobiet, one zazwyczaj mówią, że nie mają kompetencji, nie nadają się. A facet, nawet gdy ich nie ma, i tak idzie, i ciśnie. Po prostu mężczyźni tacy są. Chciałabym więc, żeby kobiety również miały takie "wiatraczki w dupce" i zaczęły w siebie wierzyć.

Czyli to problem nie mediów, a nas – kobiet?

Media teraz dają nam równe szanse i kobiety mogą zawojować ten medialny świat. Tak nie było zawsze.

Ja, żeby przebić się w radiu z kobiecym głosem, musiałam trochę powalczyć. Kiedyś były preferowane w zdecydowanej większości głosy męskie. Z drugiej strony, do kogo mieć o to pretensje? Do słuchacza, że woli głos męski? Sama, gdy na Netfliksie słyszę głos lektorki, nie jestem w stanie oglądać filmu. To mój osobisty konsumencki wybór i nikt nie ma prawa mieć do mnie o to pretensji. Bez sensu byłoby robić parytety, skoro ludziom i tak by się to nie podobało.

Agnieszka Kołodziejska

A Ty jak zawojowałaś ten medialny świat?

Przecież ja niczego nie zawojowałam.

Sama wspominałaś o trampolinie, na której jeden wybije się wyżej, drugi wcale. Ty wybiłaś się i nie ma co do tego złudzeń.

Chyba jedyne, co przychodzi mi do głowy, to, że jestem autentyczna i jeżeli za to ludzie mnie lubią, to fajnie. Lubię swoją pracę i nigdy nie przychodziłam do niej za karę. Zawsze robiłam swoje i to procentowało.

Co powiedziałabyś dziś młodszej sobie?

Rób swoje, robisz dobrze. Zobaczysz, poprowadzi cię to w fajne miejsce. Nie wciskaj się nigdzie na siłę. Jak cię gdzieś nie chcą, powiedz: "that’s fine". Jak cię chcą, spróbuj, sprawdź. Zawsze możesz odejść, nic na siłę. Rób tak, jak czujesz.

Gdybyś mogła cofnąć czas, zmieniłabyś cokolwiek?

Nie. Jeżeli chodzi o moją przygodę zawodową, wszystko było fajne. Oczywiście wymaga to pewnej asertywności, bo gdy coś zaczyna cię uwierać, musisz usunąć ten kamyczek spod dupki.

Odwiedziłaś 60 krajów?

68. W tym roku na bank będzie siódemka z przodu.

A co Cię bardziej kręci: miejsca czy ludzie?

Miejsca. Głupio to zabrzmi, ale ludzie trochę mnie męczą. Gdy mówię o lubieniu samotności, inni mi nie wierzą.

Kiedyś przeczytałam zawistny, ohydny komentarz na swój temat pod wywiadem, w którym powiedziałam, że kocham być sama ze sobą. Jakiś typ napisał, że to dorabianie ideologii do swojej sytuacji, sugerując, że na pewno jestem samotna, nieszczęśliwa i mówię tak tylko po to, żeby nie było mi wstyd i żeby wybielić się przed ludźmi.

A ja serio kocham te solowe podróże, mimo że mam przyjaciół, z którymi mogłabym to robić. Prawdziwie nieszczęśliwymi ludźmi są ci, którzy nie potrafią spędzać czasu sami ze sobą.

Często pytasz swoich bohaterów, co zabrali ze sobą, wyjeżdżając z Polski. A Ty co zabierasz?

W podróż zabieram minimum. Zresztą bardzo chciałam być minimalistką, co praktykowałam przy ostatniej przeprowadzce, wyrzucając wiele rzeczy. Stwierdziłam jednak, że nie ma co się oszukiwać i warto być autentyczną. Gdy zrozumiałam, że brakuje mi koloru, pierdół, durnostojek, stwierdziłam: "Kołodka, kogo ty chcesz oszukać?"

Minimalizm udaje mi się tylko w podróży. Zabieram m.in. linkę spadochronową, na której wieszam pranie, czy zamiast pidżamy t-shirt, w którym latam samolotem i jednocześnie śpię. Potrafię na miesiąc podróży spakować się w 8,5 kg.

Gdyby powrócił wspomniany już przez Ciebie diabeł i powiedział, że musisz z czegoś zrezygnować, to byłoby to dziennikarstwo czy podróże?

Dziennikarstwo. Najgorszą rzeczą dla mnie była pandemia i zamknięcie granic. Byliśmy jedynym programem, który produkował się za granicą. Po prostu wykorzystywaliśmy różne luki. Wiedziałam, że musimy jeździć, bo nie wytrzymam w domu.

A sama z siebie, już bez tego diabła, mogłabyś porzucić dziennikarstwo?

Wszystko w życiu biorę pod uwagę, ale nie myślałam o tym. Nie mam takiej potrzeby. Ja nie chodzę do pracy za karę, a z wielką przyjemnością. Mam ten przywilej, by być w małym procencie ludzi, którzy lubią swoją robotę. Nie lubię, gdy ludzie sugerują, że 18 lat w jednej firmie to brak ambicji. Serio? Przecież jeżeli dobrze ci, spełniasz się, oznacza to brak ambicji? Co za bzdura.

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

Ta akcja przejdzie do historii. Łatwogang zebrał ponad ćwierć miliarda zł

Ta akcja przejdzie do historii. Łatwogang zebrał ponad ćwierć miliarda zł

"Afera automatowa" w Polskim Radiu. Pracownicy nagrywani kamerą w rogaliku

"Afera automatowa" w Polskim Radiu. Pracownicy nagrywani kamerą w rogaliku

Właściciel "Do Rzeczy": prasa więcej warta, głębsza strata przez gry wideo

Właściciel "Do Rzeczy": prasa więcej warta, głębsza strata przez gry wideo

Awanse u wydawcy "Pulsu Biznesu"

Awanse u wydawcy "Pulsu Biznesu"

Republika jedyną stacją z reklamami Zondacrypto

Republika jedyną stacją z reklamami Zondacrypto

"Postaw na milion" i "Va Banque" jesienią znów w TVP

"Postaw na milion" i "Va Banque" jesienią znów w TVP