W redakcjach jest coraz mniej miejsca na ambitne treści, choć zewsząd słychać "stawiamy na jakościowe dziennikarstwo". Naczelni portali horyzontalnych promują treści premium. Pudrują nimi rzeczywistość. Bo w wydawnictwach znacznie więcej ważą teraz masowe zwolnienia, ostatnio w Agorze czy RASP.
W równoległej rzeczywistości są jednak dziennikarze, którzy z powodzeniem robią ambitne projekty. Nie muszą "walczyć o kliki", głowić się, by coś "wpadło do disco". Nie są zależni od algorytmów i poleceń szefów. Z sukcesem realizują tematy, o których mogliby pomarzyć w mediach, które karmią się ruchem.
Jest jeszcze jeden element tej historii, czyli zapłata za tę pracę. Nasi rozmówcy mówią wprost, że żyją na znacznie lepszym poziomie niż gdy pracowali w redakcjach.
"Polskiego czytelnika to nie interesuje"
Maciek Okraszewski zgłaszał tematy z innych kontynentów i zbyt często słyszał, że nie warto tego ruszać. Jak mantrę powtarzali to redaktorzy "Gazety Wyborczej", "Polityki", "Newsweeka". Ale on swoje wiedział. Kiedy opowiadał historie z Chile czy Hiszpanii, jego znajomi mieli szeroko otwarte oczy. Ale nie tylko.

Dziś "robi" największą liczbę wyświetleń i odsłuchów w "Dziale Zagranicznym". Po jakie tematy sięga? Na przykład: kto kradnie gołębie w Belgii, co to znaczy być Szwedem, czy Korea Południowa rozliczy się z masowych adopcji, dlaczego w Irlandii znikają puby, dlaczego Indie zmuszają obywateli do wegetarianizmu.
Nie od razu jednak Kraków zbudowano. W 2011 roku Maciek założył bloga. Czytało go kilka tysięcy osób. Brak stałego źródła dochodów zaczął być dokuczliwy. Był freelancerem w mediach, a etatu odmówiła mu m.in. redakcja "Polityki". W 2019 roku postanowił ruszyć z własnym podcastem. Pierwsze odcinki miały po kilkadziesiąt czy kilkaset odsłon. Słuchalność szybko rosła, a on rozpoczął promocję na Spotify. I już rok później założył profil "Działu Zagranicznego" na Patronite.
I wtedy przyszła pandemia. Ludzie zamknięci w czterech ścianach szukali długich, pogłębionych treści audio i wideo. Przyrost słuchaczy był systematyczny, choć powolny. W dwa lata "Dział Zagraniczny" stał się jednym z najchętniej wspieranych podcastów. Dziś patroni zasilają go kwotą prawie 100 tysięcy złotych miesięcznie. Bywa, że odcinki podcastu, które trwają od 45 minut do godziny i 15 minut, mają nawet 100 tysięcy wyświetleń.

Rozmawiam też z Kasią Bednarczykówną, która dołączyła do "Działu Zagranicznego" w sierpniu 2025 roku jako reporterka i współprowadząca podcast. Wcześniej pracowała m.in. w "Gazecie Wyborczej". Poza nią i Maćkiem ten projekt tworzy jeszcze Michalina Kowol. – Na miejscu – w studiu na Mokotowie – musimy być trzy razy w miesiącu, gdy nagrywamy kolejne odcinki. Ale to tylko końcowy efekt wcześniejszej pracy – mówi Bednarczykówna.
Schemat zwykle wygląda tak: Kasia wcześniej rozmawia z zagranicznymi ekspertami na tematy, o które potem Maciej będzie ją pytał w podcaście. Do każdego odcinka wydzwania przynajmniej troje rozmówców. Później robi "surówkę", trochę jak przy pisaniu reportażu.
Na początku byłam przerażona, że ludzie nie będą chcieli rozmawiać z autorami małego podcastu. Jednak w większości się zgadzają. Są tematy bardziej obciążające emocjonalnie, jak ten o samobójstwach w Gujanie Brytyjskiej. Ale i takie, których realizacja sprawia wielką przyjemność, jak ten o mafiach kradnących gołębie w Belgii, które są warte miliony euro, bo rozmawiałam z pasjonatami, czyli hodowcami gołębi.
"Każdy ma swoje blisko"
Tematy są ponadczasowe i ciekawostkowe. Nigdy nie chodzi o politykę czy wojnę z pierwszych stron gazet i telewizyjnych pasków informacyjnych. Pytam Bednarczykównę, jak to jest, że "egzotyczne" tematy potrafią tak dobrze się "nieść".
W wielu redakcjach powtarza się: im bliżej, tym temat ważniejszy dla czytelnika.

– Zawsze interesowaliśmy się światem, tylko te tematy w dużych mediach mniej się klikały niż kłótnie polskich polityków. Tymczasem niektóre rolki "Działu Zagranicznego" z fragmentami odcinków potrafią mieć 300 tysięcy wyświetleń – odpowiada Bednarczykówna.
Pytam ją też o finanse. I słyszę, że "pensja jest bez porównania lepsza niż w każdej redakcji, w której dotąd była". Szczególnie docenia to w czasach, w których coraz trudniej uprawiać dziennikarstwo, bo w firmach medialnych wciąż słychać o masowych zwolnieniach.
– Pierwszy raz pracuję dla medium oddolnego, które nie jest oparte na reklamodawcach, nie mamy ani jednego sponsora, opieramy się tylko na Patronite. To ogromna niezależność. Tematy, które realizujemy, na pewno byłyby odrzucane przez tradycyjne media jako zbyt niszowe. To duży komfort pracować w małym zespole, w którym panuje szacunek i koleżeństwo i nie ma struktur korporacyjnych. Momentami jest jak w czasach studenckich, gdy miało się na coś zajawkę i po prostu to robiło – mówi Kasia Bednarczykówna.

Dlaczego odeszła z tradycyjnych mediów? Wskazuje na wypalenie zawodowe i coraz niższe zarobki, co było szczególnie demotywujące, gdyż nie była już stażystką i umiała coraz więcej.
Wiele lat pracowałam pod ogromną presją czasu, praca zajmowała nawet weekendy. Niby, poza dyżurami redakcyjnymi, nikt mnie do tego nie zmuszał, ale musiałam poświęcać swój prywatny czas, jeśli chciałam pisać porządne teksty. Nie chciałam dzwonić do rozmówców, tylko się z nimi spotykać. Efekt był taki, że nie miałam życia osobistego, a większość dnia biegałam po mieście.
Mówi, że wierszówki w "Gazecie Wyborczej" były coraz niższe. – W przełożeniu na tekst, najwięcej zarabiałam jako początkująca dziennikarka w stołecznym oddziale na przełomie 2013-14 roku. Wówczas za jednostronicowy materiał, który ukazywał się w ogólnopolskiej części gazety, dostawałam 1000-1400 zł brutto, a do tego mogły dochodzić finansowe nagrody uznaniowe. Potem ta kwota za podobne teksty zaczęła spadać do 800, 600, a na koniec nawet do 500 zł brutto na przestrzeni kolejnych 6-7 lat. Podobny spadek, w swojej skali, miała wycena tekstów w magazynach lokalnych – a przecież pisałam dużo lepiej niż na początku. Oczywiście cięcia wierszówek to ogólny trend, który dotyczył wszystkich szeregowych dziennikarzy, nie tylko mnie – opowiada.

Dziecko zmieniło romantyczne podejście do zawodu
Karolina Głowacka to dziennikarka od lat zajmująca się nauką. W grudniu 2020 roku ruszyła z własnym podcastem. Chciała dorobić i mieć miejsce na więcej rozmów o nauce, która ją fascynuje.
Po urodzeniu dziecka skończyło się romantyczne podejście do zawodu. Trzeba było pomyśleć o lepszych dochodach niż te, które miała w TOK FM. – Nie jest tajemnicą, że zarobki w Agorze nie należą do spektakularnych – mówi nam Karolina Głowacka.
To nie było szykowanie poduszki pod odejście z tradycyjnych mediów. Podcast Radio Naukowe chciałam robić równolegle do pracy w TOK FM. Pierwsze odcinki opublikowałam od razu na wszystkich platformach, Spotify, Apple Podcast, YouTube, kończąc urlop macierzyński. Patronite założyłam od razu.
Radio Naukowe zaskoczyło Karolinę swoim sukcesem. Rosło zasięgowo, wymagało coraz więcej pracy, przez co brakowało jej sił i czasu. – Dlatego stopniowo wygaszałam współpracę z TOK FM. Odeszłam w lutym 2024 r., czyli nieco ponad 3 lata po uruchomieniu Radia Naukowego, ostatecznie głównie z powodu dodatkowych obowiązków związanych z tworzeniem wydawnictwa – mówi.

Czy teraz finansowo małżeństwu z małym dzieckiem jest lepiej? Słyszę, że tak, ale kwotą zebraną na Patronite trzeba się podzielić. – 47 tysięcy miesięcznie wygląda oszałamiająco, ale projekt urósł na tyle, że utrzymujemy biuro, studio, współpracowników. Płacimy honoraria naukowcom, dojeżdżamy na miejsca nagrań – wylicza Głowacka.
Jednak praca na swoim to coś zupełnie innego niż bycie dziennikarką w dużym wydawnictwie. Teraz wszystko jest na barkach Karoliny. Chorobowe? Tak, w Agorze można było je wziąć, a tu trzeba zacisnąć zęby. Urlop? Owszem, ale wcześniej trzeba przygotować odcinki na zapas. Gorszy dzień? W redakcji można było się jakoś schować. Teraz Karolina ma przekonanie, że nikogo nie będzie obchodzić gorsza forma, więc przyświeca jej założenie najwyższej jakości w każdym odcinku.
– Nikogo nie będzie interesować, że dziś jestem przepracowana. Umiem dziennikarzyć, ale kiedy robi się swój projekt, trzeba umieć zarządzać i planować. Człowiek nabywa te umiejętności w ogniu walki, ucząc się na własnych błędach. Gdy kiedyś zachorował, dzwoniło się do sekretarza redakcji i można było sobie odpuścić. W podcaście każdy odcinek prowadzę ja, nie robimy przerw na wakacje – wylicza różnice w pracy na etacie i na swoim.

Patronite daje jednak komfort pracy. Nawet gdy Radio Naukowe ma słabsze tygodnie na YouTube, Karolina nie musi martwić się, co będzie w jej gospodarstwie domowym na koniec miesiąca. – Nie musimy się lękać, że mamy gorszy okres na YT. Spokój pracy to podstawa. Bez patronów wspierających kanał nie dałoby się tak pracować. I choć nie wiem, co będzie za 3-4 lata, to na dziś jestem spokojna – mówi.
Nie ma odcinków dodatkowych dla patronów, bo Radio Naukowe od początku miało założenie być otwartym dla wszystkich. Co więc dostają darczyńcy? – Dla społeczności są newslettery. Patroni dowiadują się wcześniej, jakie nagrania będą realizowane. Wysyłamy im zakładki, kubki, książki – opowiada.
Karolina zwraca uwagę, że dla patronów ważna jest autentyczna relacja. Dlatego spotyka się z nimi w różnych miastach. Zwykle do knajp czy kawiarni przychodzi około 15-20 osób.
– Z niektórymi zaprzyjaźniliśmy się, z innymi zakumplowaliśmy. Oni nie oczekują od nas konkretnych tematów czy gości. Mówią: róbcie to, co uważacie. Mają duże poczucie zaufania do tego, jak wydajemy pieniądze. A zasłużyć choć na parę złotych nie jest łatwo. Mija długi czas, zanim nasz słuchacz zdecyduje się zostać patronem. Dlatego zależy mi na tym, żeby naprawdę każdy odcinek był jak najlepszej jakości – słyszę.

Także dlatego, że to dzięki podcastowi stała się rozpoznawalna. W czasach pracy w Agorze raczej się to nie zdarzało.
Przepracowałam w TOK FM 17 lat, a nikt nie zaczepiał mnie na ulicy. Teraz bywa, że na stacji benzynowej pan znad hot dogów mówi: słucham pani podcastów. To szalenie miłe.
Czy czegoś jej dziś brakuje w porównaniu do życia radiowca? – Kochałam tę pracę i trochę za nią tęsknię. Radio na żywo to adrenalina i vibe, który jest niepodrabialny. Życie w redakcji ma wady, ale też rozliczne zalety. To ferment intelektualny, niekończące się dyskusje. Dużo się zmieniło w czasie i po pandemii. Nadawanie z własnej kuchni to już nie było to samo, a później nawet po powrocie do studia standardem stały się rozmowy zdalne – wspomina.
Poza Radiem Naukowym Karolina wraz ze wspólnikiem, blogerem finansowym i podcasterem Tomaszem Jaroszkiem prowadzi od 2024 roku wydawnictwo RN. Pomysł był prosty: skoro Karolina zna tylu ludzi nauki, to może warto, by pisali książki popularno-naukowe.

– Uczyliśmy się prowadzenia wydawnictwa na bieżąco. Mamy na ten moment trzy premiery rocznie, ale każda z książek jest dopieszczona i wydawnictwo jest rentowne. Nasi autorzy nie narzekają na zarobki – opowiada.
Z wydawnictwem współpracuje około 10 osób przy pracy nad kolejnymi książkami.
"Wypełniamy lukę po mediach publicznych"
"Raport o stanie świata" narodził się w Programie Trzecim Polskiego Radia prawie 20 lat temu. Od początku w 2006 roku prowadził go Dariusz Rosiak. Po tym, jak w 2020 roku nastąpiło jego głośne rozstanie z radiem, projekt przekształcił się w niezależny podcast.
Gdy dziennikarz został zwolniony po prawie 14 latach pracy w Trójce, wywołało to falę sprzeciwu, ale i masowe wsparcie dotychczasowych słuchaczy. Czy to była główna siła, która pomagała rozkręcić "Raport o stanie świata" na Patronite?

– Na samym początku miało to bardzo duże znaczenie, ale teraz jest to znacznie mniej ważne. W ciągu sześciu lat ogromna liczba słuchaczy Trójki wsparła "Raport", ale też pojawili się słuchacze, którzy nie kojarzą mnie z Trójką – wspomina Dariusz Rosiak.
A kiedy uznał, że na pewno może pracować na swoim, bo pieniądze od patronów wystarczą? – Po dwóch tygodniach zbiórki mieliśmy około 30 tysięcy złotych na koncie. Wiedzieliśmy z Agatą Kasprolewicz, że jesteśmy w stanie robić cztery audycje w miesiącu i z tego żyć – ocenia. Dziś Patroni wspierają "Raport" kwotą prawie 115 tys. zł na miesiąc. Za to można utrzymać całą redakcję.
Na stałe w "Raporcie o stanie świata" pracuje 6 osób. To troje prowadzących: Dariusz Rosiak, Marcin Żyła i Agata Kasprolewicz. – Marta Konieczny zajmuje się komunikacją, Wojciech Wieman administracją treści. Wynajmujemy studio, mamy stałego realizatora Krisa Wawrzaka. Pracujemy za normalne pensje i choć nikt nie pracuje u nas na wyłączność, to "Raport" jest naszym głównym miejscem pracy – mówi Dariusz Rosiak. Stałym współpracownikiem jest Grzegorz Dobiecki, który prowadzi rubrykę "Świat z boku".
Adrian Bąk co dwa tygodnie przygotowuje "Raport o sztucznej inteligencji". Na co dzień pracuje w Radiu 357. Partnerami tego projektu dotychczas były Fundacja Roberta Dobrzyckiego, firma Synektik, Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych i Kulczyk Investments.
Dariusz Rosiak i jego współpracownicy regularnie spotykają się z patronami na żywo. Pomaga to wzmacniać więź.
Raz na rok organizujemy spotkania dla tych, którzy wspierają nas najwyższą kwotą, od 500 złotych wzwyż. Inne spotkania, dwa, trzy razy w roku, są dla wszystkich patronów. Przychodzi na nie od 30 do 120 osób. Odwiedziliśmy już większość dużych miast. Byliśmy w Gdańsku, Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach, Krakowie, Białymstoku, ostatnio w Koszalinie.
Co roku w marcu odbywają się koncerty urodzinowe z okazji rocznicy powstania "Raportu" jako niezależnego projektu. W tym roku przypadają jego szóste urodziny. Peruwiańsko-polska wokalistka Marita Albán Juárez wystąpiła w marcu w Prom Kultury Saska Kępa. W maju miała miejsce premiera wyprodukowanej w ramach "Raportu" realizacji "Makbeta". Można ją obejrzeć na kanale Raportu na YouTube.
Jak mówi mi twórca projektu, 7 tysięcy osób wspiera regularnie "Raport" na Patronite z powodu jakości treści. Dariusz Rosiak wskazuje trzy główne cele "Raportu". – Chcemy robić najlepszy program na świecie, chcemy, żeby słuchało go jak najwięcej ludzi i chcemy mieć wystarczającą ilość środków, by móc realizować dwa pierwsze cele – wylicza.
– Świadomość, że jest kilka tysięcy ludzi, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli nas wspierają, to najbardziej przejmujące i wzruszające doświadczenie mojego życia zawodowego. Nie chcemy być gigantem medialnym: Kanałem Zero ani TVN. Wywodzimy się ze środowiska reporterskiego i skupiamy się na opowiadaniu o świecie – mówi nam Dariusz Rosiak.
Mimo dużego znaczenia społeczności jasno podkreśla, że o doborze tematów programów decyduje wyłącznie jego zespół. – Nigdy nie zdarzyło się, abyśmy przygotowali coś wyłącznie dlatego, że oczekiwali tego patroni lub sponsorzy – mówi.
Twórca "Raportu" zwraca uwagę, że model finansowania na Patronite bardziej przypomina zbiórki społeczne, a nie sposób utrzymywania się mediów.
– Nie uważam, że to powszechny model dla mediów. Jednak dziś media publiczne nie spełniają swojej roli, a my wypełniamy pewną lukę. Ludzie, którzy co miesiąc wpłacają swoje pieniądze, zapewne potrzebują treści, które oferujemy. Dla nas ich wsparcie to także forma weryfikacji. Każdy przecież może w każdej chwili się wycofać z wpłat – zaznacza.
"Raport o stanie świata" raczej odpowiada na pytania, których nie znajdziemy w mediach mainstreamowych. A jednak miarą sukcesu zasięgowego mogą być jego liczby. "Duży Raport" (w każdą sobotę) ma 150 tys. odsłuchów na wszystkich platformach, środowy "Raport na dziś" – około 70-80 tys. Ale to nie wszystko.
– Raport o książkach Agaty Kasprolewicz, trudny, o skomplikowanych tematach, ma ponad 20 tysięcy odsłuchów. I według mnie to najlepiej słuchany raport o książkach w Polsce – podkreśla twórca projektu.
Pytam Dariusza Rosiaka, czy brakuje mu radia, gdy tak dobrze kręci się Patronite. – Nie rozważam powrotu do tradycyjnych mediów. To, co robimy teraz, jest w pełni satysfakcjonujące i daje nam wszystkim dużo radości – puentuje.










