SzukajSzukaj
dołącz do nas Facebook Google RSS Twitter

Krzysztof Gonciarz i Kasia Meciński: we vlogach z Pjongczangu pokazujemy pasję i realia polskich sportowców

Youtuberzy Krzysztof Gonciarz i Kasia Meciński relacjonują zimowe igrzyska olimpijskie z Korei Południowej dla widzów Eurosportu. W kolejnych odcinkach vloga pokazują to, czego nie wychwytują kamery telewizyjne - trud i zaangażowanie sportowców w czasie kluczowych zawodów w karierze. - Udało nam się nieśmiało wejść w ten świat i zostaliśmy w nim ciepło przyjęci - mówi w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl Krzysztof Gonciarz.

Article

Krzysztof Gonciarz razem z Kasią Meciński w serii vlogów z Pjongczangu pokazują kulisy przygotowań polskich sportowców i ich walki o medale. Do Korei pojechali na zaproszenie Eurosport Polska. Jako jedyni na świecie youtuberzy otrzymali akredytacją dziennikarską na ZIO, dzięki temu mają możliwość pokazania tej imprezy od kuchni.

14 odcinków vloga na YouTube odnotowało już ponad 2 miliony wyświetleń, co daje średnio ponad 144 tysiące na odcinek. Najchętniej widzowie oglądali odcinek poświęcony zdobyciu przez Kamila Stocha olimpijskiego złota.

We vlogach pojawiło się już wielu sportowców: bobsleiści: Mateusz Luty i Łukasz Miedzik, łyżwiarka szybka Magdalena Warakowska, panczenistki: Kaja Ziomek, Magdalena Czyszczoń i Karolina Bosiek, narciarz alpejski Michał Kłusak i biegaczka narciarska Martyna Galewicz. Twórcy towarzyszyli również naszym skoczkom narciarskim, pokazali od kulis ceremonię wręczania medali, na której Kamil Stoch odbierał trzecie, historyczne złoto.

Jak od kulis wygląda praca nad serią olimpijskich vlogów? O tym rozmawiamy z Krzysztofem Gonciarzem i Kasią Meciński.

Justyna Dąbrowska: Co było dla was największym wyzwaniem przy tym projekcie?

Kasia Meciński: Dbanie o zdrowie fizyczne i psychiczne przy codziennej pracy po 15 godzin dziennie przez 3 tygodnie. Ja kilka razy zaczynałam chorować, na szczęście Eurosport ma na miejscu opiekę medyczną i inne ułatwienia. Na Igrzyskach dużą uwagę poświęca się zapobieganiu rozprzestrzenianiu się chorób, firmy ciągle przypominają swoim pracownikom o środkach ostrożności.

Krzysztof Gonciarz: Dla mnie wyzwaniem było znalezienie takiego sposobu patrzenia na świat sportu, by nasza ewidentna słabość - nie jesteśmy przecież dziennikarzami zagłębionymi w temat - stała się atutem. Nie mieliśmy pojęcia, czy polscy sportowcy będą chcieli z nami rozmawiać, nie znaliśmy realiów polskiego sportu. Taka perspektywa ignoranta okazała się ciekawa, bo duża część publiczności może się z tym punktem widzenia utożsamiać. Nikt się nie oburza, że zadajemy elementarne pytania, takie których dziennikarzom nie wypadałoby zadawać. A odpowiedzi są ciekawe.

Czy relacjonowanie igrzysk różni się czymś od innych projektów komercyjnych, które macie za sobą?

KM: Tak, różni się tym że jest dużo mniej pewności jak końcowy produkt będzie wyglądał.  Zazwyczaj wiemy, co i z kim będziemy nagrywać dopiero na dzień przed spotkaniem, a harmonogram często się zmienia bo dostosowujemy się do sportowców i nie chcemy nikomu przeszkadzać.

KG: To wymaga od nas bardzo podzielnej uwagi. Widzimy się z kimś i musimy poświęcić tej osobie 100% uwagi, zainteresować rozmową i otworzyć - ale musimy też pamiętać, że jednocześnie próbujemy umówić z 7 innych nagrań.
Wielką różnicą jest też rozpiętość czasowa, nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej prowadzić tak intensywnego projektu, który trwałby tak długo. Praktycznie cały luty to dla nas produkcja igrzysk olimpijskich.

Ile czasu zajmuje średnio przygotowanie odcinka z Korei? Ile osób nad nim pracuje?

KG: Nagrania trwają codziennie praktycznie cały dzień, wstaję o 7 rano i idę spać koło 1-2 w nocy. Sporo czasu zajmują dojazdy, bo obiekty olimpijskie są rozrzucone na dystansach kilkudziesięciu kilometrów. Wieczorem, często koło północy, piszę i nagrywam narrację z offu, jeśli jest taka potrzeba. Przez noc pliki są wysyłane do Polski, gdzie projekt przechwytują nasza producentka i montażyści. Do montażu piszę swoje wskazówki, określam kierunek. Odcinek jest gotowy na popołudnie następnego dnia. Na szczęście różnica czasu między Koreą a Polską działa na naszą korzyść. Najszybciej udało nam się mieć gotowy odcinek jeszcze przed południem dnia następnego, to całkiem niezły wynik jak na to że te filmy są produkcyjnie dość złożone. Montażyści dają wirtuozerski pokaz szybkiej pracy.

Który odcinek vloga z Pjongczangu był najtrudniejszy do zrealizowania?

KM: Pierwszy konkurs skoków, bo zawody się skończyły ok 1 rano i był jeden z zimniejszych wieczorów w czasie igrzysk. Wiatr powodował, że odczuwalna temperatura sięgała -25 stopni Celsjusza.

KG: Niejednokrotnie zdarzyło nam się też popełnić jakiś błąd z dojazdami, przez co spóźniliśmy się na coś i trzeba było zmieniać plany. Igrzyska są tak skonstruowane, że da się po nich sprawnie poruszać, jeśli robisz jedną rzecz dziennie, np. jedziesz do miasteczka olimpijskiego w Gangneung. To, co my robimy, wymaga bardzo sprawnego poruszania się po wszystkich obiektach, zmienianie lokalizacji w trybie ekspresowym. Raz jechaliśmy gdzieś półtorej godziny, chyba na łyżwiarstwo figurowe, a na miejscu okazało się, że na te konkretnie zawody akurat media muszą się zapisywać wcześniej, bo chętnych jest za dużo. W naszej pracy jest też taka część zapleczowo-producencka, gdzie musimy myśleć o np. rezerwowaniu miejsc na zawodach.

W jakim stopniu Eurosport wpływa na kształt Waszych filmów? Jak oceniacie poziom współpracy z nadawcą?

KG: W zasadzie to mamy wymarzoną sytuację każdego twórcy, bo robimy to, co uznamy za słuszne. Eurosport zaufał nam całkowicie, a my postanowiliśmy to zaufanie wykorzystać i dać z siebie wszystko. Myślę że trochę zmieniliśmy pierwotne założenia: na początku myśleliśmy, że bardziej będziemy skupiać się na samej Korei Południowej, opowiadać o kulturze. W praniu wyszło, że tego typu materiały robi Ewa Bilan-Stoch na antenę Eurosportu, a my poszliśmy dużo bliżej sportowców, niż planowaliśmy, bo udało nam się nieśmiało wejść w ten świat i zostaliśmy w nim ciepło przyjęci.

Jak odbierają serię z Pjongczangu stali widzowie vloga?

KG: Jestem bardzo wdzięczny publiczności vloga, tak naprawdę wszystkie pozytywne emocje, które krążą wokół tej serii, są możliwe dzięki temu, że oglądają nas ludzie ciekawi świata i z otwartymi głowami. To wspaniałe, że widzowie nam ufają: nie musimy ograniczać się tylko do tego, co “się klika”. Wczoraj w pokoju prasowym usłyszałem rozmowę kilku dziennikarzy, którzy śmiali się między sobą, że ten dzień (wręczenia medali polskiej drużynie skoczków) to koniec zainteresowania Igrzyskami w Polsce. Ostatni moment, by coś jeszcze opublikować. Słysząc to pomyślałem, że to piękne, że przed nami jeszcze dobre 5 dni publikowania filmów, które - statystycznie - zobaczy ponad 100 tysięcy osób. I u nas nie musi być tak, że “Polaków interesują tylko skoki”. Chcemy ciekawie przedstawić każdą dyscyplinę, zainteresować ludzi, wprowadzić w ten świat, używając siebie jako przykładów laików, którzy są po prostu - bardzo szczerze - zainteresowani.

A w jaki sposób Wasze materiały odbierają ich bohaterowie - sportowcy?

KM: Pozytywnie, sportowcy wydają się szczęśliwi, że mogą opowiedzieć o swoim sporcie nowej publiczności, cieszą się że dajemy im zainteresowanie, którego nie znajdują w innych mediach.

KG: Ten odbiór jest dla nas w ogóle bardzo ważny, razem z Eurosportem chcemy zrobić tutaj jak najwięcej pracy na rzecz popularyzacji sportów zimowych w Polsce. Zależy mi również naświetleniu realiów, w których polscy sportowcy muszą pracować. Sam nie zdawałem sobie w ogóle sprawy, jak ten świat wygląda, a to jest pasjonujące, jak nasza reprezentacja walczy z przeciwnościami losu, niedostatkami sprzętu, brakiem finansowania, brakiem miejsc do treningu i tak dalej. Nigdy bym nie pomyślał, że na etapie bycia Olimpijczykiem można mieć np. problem z dostępem do nart, na których da się konkurować z topowymi zawodnikami.

Czego o polskich reprezentantach może dowiedzieć się z Waszych vlogów przeciętny kibic?

KM: Tego, ile pracy i wysiłku potrzeba, by być w światowej czołówce wybranej dyscypliny sportowej. Ci ludzie pracują na to całymi dniami bez przerwy przez lata.

Jaką waszym zdaniem wartość dodaną dla kibiców sportu mają Wasze olimpijskie vlogi?

KG: Myślę, że pokazujemy wszystko od bardzo ludzkiej strony. Nie mówimy praktycznie o wynikach. Sam do tej pory widziałem sport zimowy tylko w telewizji, i widzę na sobie jak zniekształcony obraz rzeczywistości miałem przed oczami. W telewizji nie widać treningu, poświęcenia, pasji, frustracji, zaplecza, nie widać nawet osobowości sportowca. Trudno to pokazać w transmisji z zawodów, bo widz oczekuje tam - nomen omen - igrzysk, a nie opowieści. Myślę, że po zobaczeniu tej serii widzowie będą też mogli - tak jak my - dużo lepiej zrozumieć, dlaczego polscy sportowcy zajmują takie miejsca, jak zajmują, i dlaczego hejtowanie ich za to jest niesprawiedliwe. Oglądając transmisję w TV czasem każdy sobie chyba myśli, że ten koleś na 30. miejscu, to w sumie niepotrzebnie pojechał. Tutaj na miejscu wygląda to kompletnie inaczej, i chciałbym żeby na naszych filmach było to widać.

Czego nauczył Was ten projekt?

KM: Igrzyska Olimpijskie to niesamowite wydarzenie, które przybliża do siebie nie tylko sportowców, ale też widzów, polityków, angażuje niezliczoną ilość personelu technicznego, których praca polega na wysyłaniu transmisji olimpijskiej w świat. Infrastruktura transmisyjna szczególnie mi zaimponowała, to przedsięwzięcie niesamowitej skali.
I druga rzecz: jak pracujesz długie godziny i jesteś w otoczeniu dużej liczby ludzi, myj ręce jak najczęściej ;)

KG: Ja się cieszę, że mogłem poćwiczyć nieco przeprowadzanie wywiadów. Generalnie każdemu bohaterowi mówię, że my wywiadów nie robimy - bo tak o tym trochę myśle. Nie znoszę sytuacji, w której zasiada się do wywiadu, mówi “teraz nagrywamy” i zadaje pytanie. Każdy zakłada wtedy maskę. Ja chcę pokazywać tę prawdziwą twarz. Jak zawodnik podchodzi do kamery po zawodach, ważniejsze dla mnie jest jego westchnienie kiedy widzi dziennikarza, niż to co powie po włączeniu telewizyjnej kamery. Ta narracja drobnych momentów, gestów, nierzadko wstydu przed mediami, ludzkiej niedoskonałości. To jest ciekawe i prawdziwe.

Ważne jest dla mnie więc to, jak rozmawiamy z naszymi bohaterami. Jesteśmy szczerze zafascynowani tym, co robią, i chcę by byli tego świadomi. Czasami ważne dla mnie pytania zadaję przy wyłączonej kamerze, żeby pokazać między wierszami, że jestem tu też dla nich, a nie tylko dla materiału.

Jak myślicie - czy dzięki temu projektowi tzw. stare media (mam na myśli głównie telewizję), bardziej otworzą się na współpracę z youtuberami?

KG: Możliwe, że ten przykład wyląduje na stole w jakichś agencjach czy telewizjach, myślę jednak że czołowi polscy youtuberzy mają się na tyle dobrze, że telewizje będą musiały się naprawdę starać o ich uwagę. Myślę że czasy, kiedy twórca internetowy padał na kolana przed telewizją już się skończyły (w Polsce to w sumie nigdy ich za bardzo nie było, bo telewizje trochę przespały medialną rewolucję, która dokonała się w Internecie i nie próbowały nawet włożyć tam nogi w drzwi), teraz możliwe są partnerskie układy i sytuacje, w których twórca ma swobodę działania. Sam przez długi czas byłem dość mocno antytelewizyjny, unikałem takich współprac jak ognia, bo wiem że w dużych korporacjach autorskość bardzo się rozmywa i twórca często nienawidzi efektu swojej pracy, po tym jak ta została przemielona przez serię kolaudacji. Ale mam tę satysfakcję, że przetrzymałem moment, w którym pewnie dałbym sobie wejść na głowę. Eurosport zasługuje na duże brawa, jeśli chodzi o otwartość myślenia i poziom zaufania do internetowego twórcy. Jestem im za to bardzo wdzięczny i mam nadzieję, że swoją pracą udowodnimy, że było warto.

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Krzysztof Gonciarz i Kasia Meciński: we vlogach z Pjongczangu pokazujemy pasję i realia polskich sportowców

21 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
Terro
Litości. Mamy język fleksyjny. Może powinniśmy zacząć traktować nazwiska jak Litwini? - Ska i -cka w żeńskich końcówkach albo grzywna.
4 29
odpowiedź
User
wistful
Litości. Mamy język fleksyjny. Może powinniśmy zacząć traktować nazwiska jak Litwini? - Ska i -cka w żeńskich końcówkach albo grzywna.

Jej nazwisko jest zapisywane w ten sposób bo większość życia mieszkała w USA.
23 3
odpowiedź
User
Grande
Litości. Mamy język fleksyjny. Może powinniśmy zacząć traktować nazwiska jak Litwini? - Ska i -cka w żeńskich końcówkach albo grzywna.

Jej nazwisko jest zapisywane w ten sposób bo większość życia mieszkała w USA.


Ale teraz mieszka w Polsce.
4 27
odpowiedź
User
kk
Litości. Mamy język fleksyjny. Może powinniśmy zacząć traktować nazwiska jak Litwini? - Ska i -cka w żeńskich końcówkach albo grzywna.

Jej nazwisko jest zapisywane w ten sposób bo większość życia mieszkała w USA.


Ale teraz mieszka w Polsce.


Nie, teraz mieszka w Japonii. Kasia ma rodziców Polaków, ale całe życie się wychowywała w Stanach więc czuje się bardziej Amerykanką. Z tego co kojarzę to w Polsce tylko bywała, nigdy tu nie mieszkała na dłuższą metę.
27 2
odpowiedź
User
G
Litości. Mamy język fleksyjny. Może powinniśmy zacząć traktować nazwiska jak Litwini? - Ska i -cka w żeńskich końcówkach albo grzywna.

Jej nazwisko jest zapisywane w ten sposób bo większość życia mieszkała w USA.


Ale teraz mieszka w Polsce.


W Tokio wraz z Gonciarzem ;)
9 0
odpowiedź
User
Petite
Litości. Mamy język fleksyjny. Może powinniśmy zacząć traktować nazwiska jak Litwini? - Ska i -cka w żeńskich końcówkach albo grzywna.

Jej nazwisko jest zapisywane w ten sposób bo większość życia mieszkała w USA.


Ale teraz mieszka w Polsce.


Nie, mieszka w Japonii :-)
5 0
odpowiedź
User
jorge
Litości. Mamy język fleksyjny. Może powinniśmy zacząć traktować nazwiska jak Litwini? - Ska i -cka w żeńskich końcówkach albo grzywna.

Jej nazwisko jest zapisywane w ten sposób bo większość życia mieszkała w USA.


Ale teraz mieszka w Polsce.


nie mieszka w Polsce tylko w Japonii :)
4 1
odpowiedź
User
jak nie ma się do czego przyczepić to do nazwiska
Zresztą gdzie by nie mieszkała, to po co ma zmieniać nazwisko? Później z tym jest masa problemów, bo wszystkie twoje dokumenty z całego życia zawierają stare nazwisko, a w dowodzie masz nowe. A jeszcze niech dojdzie do tego ślub i kolejna zmiana nazwiska.
9 3
odpowiedź
User
Ola
Nie, nie mieszka w Polsce - jest tzw. Obywatelem świata - obecnie mieszka w Japonii. Nie wiem dlaczego to wzbudziło zainteresowanie (powinno się komentować wartość merytoryczną tekstu a nie nazwisko)
Pozdrawiam
13 1
odpowiedź
User
Gość
Język polski chyba się Gonciarzowi uwstecznił, składnia, słownictwo, angielskie wtręty, tragedia. A tej kobiety to w ogóle nie trawię, odpychająca.
4 24
odpowiedź
Zobacz więcej w kategorii: Reklamy / Marketing