20 lat od największej katastrofy budowlanej w Polsce. "Asystowaliśmy ratownikom"

Dokładnie 20 lat temu podczas targów gołębi pocztowych zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. W katastrofie zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych. Media błyskawicznie przeszły na tryb relacji na żywo, transmitując akcję ratunkową i mobilizując pomoc. – Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z tak dużą katastrofą – mówi Iwona Flanczewska, ówczesna wydawczyni serwisu "Aktualności" w TVP3 Katowice. Rozmawialiśmy z dziennikarzami, którzy relacjonowali tamte wydarzenia.

Kinga Walczyk
Kinga Walczyk
Udostępnij artykuł:
20 lat od największej katastrofy budowlanej w Polsce. "Asystowaliśmy ratownikom"
fot.Wikipedia (Stöven)

Zima 2006 roku była podobnie mroźna do tegorocznej, a śniegu było jeszcze więcej. Zaległ on też na dachu hali Międzynarodowych Targów Katowickich, gdzie 28 stycznia tamtego roku odbywała się wystawa gołębi pocztowych. O godz. 17.15 dach hali się załamał.

Jedną z pierwszych redakcji, która dowiedziała się o katastrofie, była TVP3 Katowice. Siedziba katowickiego oddziału TVP znajdowała się bowiem około kilometra od hali MTK.

– Mniej więcej 10-15 minut po zawaleniu się hali, usłyszeliśmy syreny. Te dźwięki się nasilały. Obok ośrodka telewizyjnego TVP3 Katowice przejeżdżało coraz więcej samochodów na sygnale. Zaczęliśmy wyglądać przez okna, a dyżurny reporter zaczął obdzwaniać służby, żeby zorientować się, co się dzieje – mówi w rozmowie z Wirtualnemedia.pl Iwona Flanczewska, ówczesna wydawczyni serwisu "Aktualności" w TVP3 Katowice.

– Pamiętam, że ktoś zadzwonił do nas i powiedział, że zawaliła się hala. Byliśmy w szoku, bo tego dnia trwała w niej wystawa gołębi, z której relacja była przygotowana do emisji w naszym głównym serwisie "Aktualności" – dodaje.

Pierwszą osobą z katowickiej redakcji, która dotarła na miejsce, była młoda reporterka, która prawdopodobnie "kręciła się" akurat w najbliższej okolicy. Dopiero ona uświadomiła kolegów, co tam się naprawdę stało i jaka jest skala tej katastrofy. 

– Pamiętam szok, przerażenie i ogromne emocje jakie towarzyszyły jej relacji. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z tak dużą katastrofą – przyznaje wydawczyni.

– TVP3 Katowice zmieniła tego dnia całą ramówkę a my – zespół redakcji "Aktualności" – wchodziliśmy z wielogodzinnymi relacjami live najpierw na antenę regionalną, a potem na anteny ogólnopolskie Telewizji Polskiej – zaznacza Flanczewska.

TVP Info jeszcze nie istniało, ale TVP3 już wtedy skupiała się na informowaniu nadając cogozinny "Kurier". Antenę przejął wtedy katowicki ośrodek.

– Mieliśmy 2-3- godzinne bloki w studio z prezenterami, z gośćmi – ratownikami, ekspertami, reporterami oraz osobami, których bliscy uratowali się z katastrofy - opowiada Flanczewska.

Praca redakcji bardziej przypominała wówczas pracę w kanałach informacyjnych niż w regionalnym ośrodku. Nie wychodzili przez kilka dni z oddziału, tematem zajmowali się wszyscy reporterzy.

Z Wielkiej Krokwi pod halę MTK

W dniu katastrofy w Katowicach, w Zakopanem, na Wielkiej Krokwi, odbywał się pierwszy konkurs indywidualny Pucharu Świata w skokach narciarskich. I to właśnie tam była część wozów transmisyjnych, dziennikarzy i reporterów. Zawody rozpoczynały się o godz. 17:00, czyli na 15 minut przed zawaleniem się hali.

Materiał o skokach narciarskich robił m.in. Jerzy Korczyński, katowicki reporter TVN24. W Zakopanem był wraz z operatorem. Wczesnym wieczorem dostał telefon z Warszawy, żeby się zbierał, bo zawaliła się hala MTK i są ofiary.

Wyjechaliśmy więc z powrotem do Katowic, trochę wściekli, bo tak do końca nie wiedzieliśmy po co właściwie tam jedziemy. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wszystko stało się jasne –wspomina w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Do Katowic dotarli 4-5 godzin po zawaleniu się hali, oddelegowano ich do jednego ze szpitali.- Z tej racji, że znałem specyfikę pracy ratowników górniczych, w kolejnych dniach realizowałem materiały właśnie z ich udziałem – dodaje.

W 2006 roku jedyną stacją informacyjną w Polsce był właśnie TVN24, dlatego na stacji spoczywała duża odpowiedzialność informowania o katastrofie.

– Nasza redakcyjna koleżanka Iza Koźmińska, która akurat była w Katowicach, wchodziła na antenę jako jedna z pierwszych. Później zaczęli dojeżdżać koledzy z innych ośrodków – relacjonuje Korczyński.

– Nasi reporterzy ze Śląska kontaktowali się z ratownikami, strażakami, rodzinami ofiar, natomiast spod hali nadawali reporterzy, którzy przyjechali z Warszawy. Było to bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ reporterzy spoza Śląska i tak nie znali topografii regionu – dodaje.

Reporter pamięta, że operator TVN24 Paweł Skalski był pierwszym na miejscu i jedynym, który dotarł tam, gdzie inni później nie moglo. Przyjechał pod halę zanim policja zdążyła postawić barykady. Założył żółtą kamizelkę i bez opamiętania (przez około 40 minut) kręcił wszystko, co się działo. Nie odbierał telefonów z Warszawy, skupił się wyłącznie na nagrywaniu. Jego ujęcia były potem wykorzystywane przez zagraniczne media.

– Były to np. ujęcia, na których ratownicy górniczy podnoszą części konstrukcyjne hali i wyciągają ludzi – osoby z zakrwawionymi głowami - opowiada Korczyński.

"Hala parowała od ciał ofiar"

Dzień katastrofy bardzo dobrze pamięta także Jakub Porada, ówczesny prezenter TVN24. To on miał dyżur, gdy nadeszła informacja o katastrofie. – Od razu zaczęliśmy nadawać program specjalny, który prowadziłem nieustannie przez 6 godzin. Po prostu dostawałem od wydawcy informację, że na linii czeka strażak, policjant czy nasz reporter, więc spontanicznie reagowałem na kolejnych rozmówców i informacje – mówi w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Jakub Porada prowadził wtedy wydanie specjalne w TVN24
Jakub Porada prowadził wtedy wydanie specjalne w TVN24 © materiał prasowy | TVN24

Prezenter miał również spontaniczne wejście na antenę Sky News. Kiedy zszedł z prowadzenia programu, kolega wręczył mu telefon, mówiąc: "pani ze Sky News ma kilka pytań".

W pierwszej chwili nawet nie uświadomiłem sobie, że właśnie wszedłem na antenę innej stacji i że rozmawiam po angielsku – przyznaje.

Roman Czejarek, dziennikarz Programu 1 Polskiego Radia, podobnie jak Korczyński, do Katowic został oddelegowany z Zakopanego. Dotarł tam wozem transmisyjnym w towarzystwie operatora. Ich wóz dotarł pod halę jako jeden z pierwszych, dlatego zajęli bardzo dobre miejsce pod kątem technicznym.

– Ten wóz przetrwał do dzisiaj. To terenowy Nisssan, z napędem 4x4, dzięki czemu jest w stanie wjechać w trudno dostępne miejsca – opowiada.

Ówczesna szefowa promocji Polskiego Radia wspominała Czejarkowi, że gdy rano włączyła radio, myślała, że usłyszy dziennikarza relacjonującego skoki narciarskie. Ku jej zaskoczeniu natrafiła na relację spod hali.

– Pamiętała, że opowiadałem o gołębiach krążących nad halą, panicznie próbujących z powrotem dostać się do hali, do swoich klatek. Potem relacjonowałem słuchaczom inne obrazki... W pewnym momencie hala zaczęła parować od ciał ofiar. Para była coraz mniejsza. Nad parą unosiły się gołębie, a pod, w bardzo długiej kolejce, ustawiały karawany. Na Śląsku zabrakło karawanów, które mogłyby zabrać ciała ofiar. Ściągano je z innych miejscowości – wraca pamięcią.

Udawał, że wchodzi na żywo

Czejarek miał być tam krótko, ponieważ planowano go podmienić kolegą z Warszawy. Ostatecznie stwierdzono, że jego relacja jest na tyle ciekawa, że warto ją kontynuować. Z godziny na godzinę narastały problemy typu skąd wziąć jedzenie czy z której toalety skorzystać.

– Obok była stacja paliw, ale dziennikarze szybko ogołocili ją z jedzenia typu hot dogi itp. Nie mogliśmy odjechać, ponieważ dosłownie co ileś minut któraś z anten Polskiego Radia coś od nas chciała – wyjaśnia. Jak przyznaje Czejarek, nie był w stanie nadawać na żywo na kilka anten jednocześnie, więc robił wcześniejsze nagrywki, które udawały "live".

– Dotyczyło to tych mniej ważnych anten, na żywo wchodziłem na główną "jedynkową" – tłumaczy.

Na miejscu katastrofy był też Marek Sygacz, ówczesny katowicki reporter "Wydarzeń" Polsatu, stworzonych przez Tomasza Lisa.

Asystowaliśmy ratownikom, oświetlając im wnętrza hali światłami z kamery. Na początku akcji reporterzy i operatorzy mogli podejść bardzo blisko. Dopiero później zdystansowano nas – przytacza w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Nie było jeszcze kanału Polsat News, dlatego Polsat w Katowicach nie miał wozu transmisyjnego. Sygacz wspomina, że relacjonowali głównie przez telefon, natomiast nagrania były przesyłane do Warszawy. Żeby cokolwiek wysłać, musieli korzystać z wieży nadawczej TVP3 Katowice, do której podpinali kamerę (do tzw. radiolinii) i przekazywali materiały.

– Z tej racji, że w tych pierwszych godzinach wraz z operatorem byliśmy tam jedyną ekipą Polsatu, nie mogliśmy przesyłać tego, co udało się zarejestrować na bieżąco. Operator musiał być na miejscu, nie mógł jechać i tracić tych 40 minut, żeby zrobić wysyłkę. Dopiero następnego dnia na miejsce przyjechała ekipa "Wydarzeń", wozy satelitarne i robiliśmy stamtąd specjalne wydania – wyjaśnia.

Aktualnie reporterzy jeżdżą na zdjęcia z kamerami MVP, wyposażonymi w karty SIM, dzięki czemu mogą nadawać bezpośrednio z dowolnego miejsca, nie trzeba już czekać na wóz satelitarny. 20 lat temu w najgorętszych chwilach tuż po katastrofie reporter wysyłał taśmę z nagranymi materiałem do redakcji samochodem, bo tak było najszybciej.

Nie było zarządzania kryzysowego

Nie tylko technologia się zmieniła. Sygacz zauważa, że teraz zarządzanie kryzysowe wygląda zupełnie inaczej niż w 2006 roku. Wtedy nie było jeszcze ustawy regulującej te kwestie. Obecnie na miejscu tego typu wydarzeń wszystko jest zorganizowane – zabezpieczone przez policję, jest miejsce dla mediów oraz rzecznik prasowy

Wtedy panował chaos, nie było procedur. To wszystko było bardziej ryzykowne dla samych dziennikarzy, którzy krążyli w chaosie na miejscu katastrofy - mówi Sygacz.

Kolejnym etapem pracy dziennikarzy było docieranie do rannych. Udało im się odnaleźć w szpitalach osoby, które wcześniej filmowano od halą. Opowiadano ich historie – powrót do zdrowia, czekanie na informacje dotyczące ich bliskich.

Jak wspomina Tomasz Nieć, ówczesny początkujący reporter TVP3 Katowice, katastrofa przyciągnęła wtedy dziennikarzy z całej Europy. Na miejscu było słychać języki angielski, niemiecki, francuski, a relacje szły na całą Europę, wśród ofiar byli przecież nie tylko Polacy.

Media katastrofą MTK żyły długo

Sygacz pamięta, że to wydarzenie przez bardzo długi czas wpływało na dziennikarski świat na Śląsku. Czas dzielono na to co było "przed halą i po hali". To właśnie z tą katastrofą zestawiono kolejne wydarzenia, porównywano je ze sobą

– Zrobiłem dziesiątki materiałów związanych z katastrofą. Wchodziłem też na żywo. Do tematu wracaliśmy niemal codziennie przez kilka miesięcy. Właściwie codziennie trzeba było znaleźć jakiegoś bohatera, dotrzeć do kogoś – wyjaśnia Korczyński.

– Media żyły MTK nie tylko w kolejnych dniach ale i tygodniach. Odkrywano, warstwa po warstwie, to co się tam wydarzyło, aż do momentu samego procesu, kiedy to na ławie oskarżonych zasiadły osoby związane z MTK - mówi Marek Sygacz.

Z ustaleń specjalnej komisji wynika, że bezpośrednią przyczyną katastrofy była utrata nośności kluczowych elementów konstrukcyjnych hali, spowodowana przeciążeniem śniegiem. Eksperci wskazali też na błędy w projekcie hali, wady konstrukcyjne oraz niestaranność montażu.

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

Enshittification. Jak internet się fekalizuje

Enshittification. Jak internet się fekalizuje

Grupa ZPR Media łączy struktury online. Są awanse

Grupa ZPR Media łączy struktury online. Są awanse

10 wniosków o rynku mediów po 2025 i na 2026

10 wniosków o rynku mediów po 2025 i na 2026

Prokuratura nie zajmie się świąteczną reklamą piwa Łomża [NASZ NEWS]

Prokuratura nie zajmie się świąteczną reklamą piwa Łomża [NASZ NEWS]

Gdy optymalizacja to za mało. Agencje na progu nowej definicji wartości

Gdy optymalizacja to za mało. Agencje na progu nowej definicji wartości

Rada programowa zajęła się TVP Info. "Brak profesjonalizmu obecnych władz"

Rada programowa zajęła się TVP Info. "Brak profesjonalizmu obecnych władz"