SzukajSzukaj
dołącz do nas Facebook Google Linkedin Twitter

Nowy „Top Gear” to cień swojego poprzednika, prowadzący nie udźwignęli roli (opinie)

- Pozbawiony Clarksona, Hammonda i Maya nowy „Top Gear” miał trudne zadanie, bo ten format zwalniał od dawna. Program ma nadal szansę, ale musi wykreować nowe osobowości w zmienionej formule - oceniają dla serwisu Wirtualnemedia.pl dziennikarze motoryzacyjni Maciej Pertyński, Marek Wieruszewski i Piotr Migas.

Article

W niedzielę na antenie BBC2 został wyemitowany finałowy odcinek nowego sezonu „Top Gear”, pierwszego w którym nie pojawili się Jeremy Clarkson, Richard Hammond i James May. Cała trójka będzie teraz prowadzić własny show na platformie Amazon Prime.

Nowa odsłona motoryzacyjnego show w zmienionym składzie okazała się porażką. Najnowszy odcinek „Top Gear” zanotował 1,9 mln widzów. Ostatnio w historii tak słaby wynik widowisko zanotowało w 2002 r.

Wkrótce po tym Chris Evans, jeden z gospodarzy nowej wersji „Top Gear” ogłosił, że odchodzi z programu, bowiem nie udźwignął wyzwań stojących przed nim.

Odejście Evansa korzystne, ale nie uzdrowi „Top Gear”

W rozmowach z serwisem Wirtualenemedia.pl dziennikarze motoryzacyjni nie pozostawiają suchej nitki na nowej produkcji BBC. Wytykają jej całą listę grzechów, a perspektywy rysujące się przed programem widzą raczej w ciemnych barwach.

Piotr Migas, dziennikarz motoryzacyjny serwisu moto.pl na początek wymienia miażdżące dla nowego „Top Gear” statystyki. - Premierowy odcinek nowej serii motoryzacyjnego show „Top Gear” na antenie brytyjskiego BBC2 obejrzało 4,4 mln osób - przypomina Migas. - To najgorszy wynik oglądalności tego programu od... 10 lat! Show prowadzone przez parę nowych prowadzących, Chrisa Evansa i Matta LeBlanca miał w niedzielny wieczór zaledwie 28 proc. udział w brytyjskiej widowni. Te dane to absolutna katastrofa dla stacji i producentów najbardziej kasowego programu o samochodach w historii telewizji. Smak porażki jest tym bardziej gorzki, że ostatni odcinek poprzedniej serii „Top Gear” wyemitowany w czerwcu 2015 zgromadził przed telewizorami 5,3 mln. widzów.

Migas zaznacza, że porównywalna z tsunami fala krytyki w największym stopniu dotyczy osoby Chrisa Evansa, a charakterystyczny cienki tembr głosu, wysilone żarty i chęć bycia Clarksonem w innej skórze to trzy największe grzechy gwiazdy BBC. Dziennikarz zwraca uwagę na fakt, że do klęski nowego „Top Gear” przyczyniły się także tarcia pomiędzy głównymi prowadzącymi show.

- Nie trzeba było długo czekać na protesty fanów dawnego TG i setki petycji kierowanych do stacji z prośbą o wykluczenie Evansa z grona prowadzących show - przypomina Migas. - Co gorsza do grona „hejterów” dołączył Matt LeBlanc, który wyraźnie źle czuł w roli dodatku do pokrzykującego piskliwie rudzielca w okularach i postawił ultimatum w stylu „albo on albo ja”. W efekcie szósty wyemitowany odcinek nowej serii TG był ostatnim w którym zobaczyliśmy Evansa.

Migas nie ukrywa, że odejście Evansa z „Top Gear” nie będzie panaceum na niedostatki programu, bowiem spadek jego popularności ma o wiele głębsze przyczyny niż postać jednego z gospodarzy. - Naiwnością byłoby sądzić, że dzięki tym dość radykalnym posunięciom stacji BBC i producentów „TG” konflikt interesów w teamie został zażegnany i wszystko (a więc oglądalność) wróci do normy, lub jak wolicie starych dobrych czasów „TG” - podkreśla rozmówca Wirtualnemedia.pl. - Przede wszystkim dlatego, że problemem, przynajmniej nie jedynym, nie był sam Chris Evans. W mojej opinii podstawowym błędem producentów była wręcz desperacka chęć zrobienia nowego formatu z zachowaniem starej formuły. Może i ta recepta sprawdziłaby się, jeśli chodziłoby o zwykły talk-show czy program kulinarny. Ale nie w przypadku programu który zyskał taką popularność głównie ze względu na charyzmę poprzedników z Jeremy Clarksonem na czele.

Według dziennikarza to właśnie brak charyzmy u obecnych prowadzących „TG” jest rzeczą na którą zwracają uwagę widzowie i komentatorzy. Jednocześnie ocenia on innych uczestników show. - Matt LeBlanc sam czy u boku Chrisa Evansa jest zbyt poczciwy, łagodny, miły, grzeczny i tylko czasem śmieszny - zauważa Migas. - Można wręcz odnieść wrażenie że ogląda się gwiazdę serialu „Przyjaciele” która próbuje grać jak S.Stallone.

Z kolei Chris Harris i Rory Reid świetnie radzą sobie sami, ale razem sprawiają wrażenie, jakby się nie lubili. Przy czym z tej dwójki Reid lepiej wypada w TV, natomiast Harris „ma gadane” o samochodach, ale sprawia wrażenie jakby te pierwsze wolał od ludzi. Dobrze przynajmniej że nie stara się tego ukryć i mówiąc w programie o Ferarri TDF12 przyznaje, że mogliby stanowić parę z włoskim autem.

Sabine Schmitz doskonale sprawdziła się w roli wymagającej instruktorki Clarksona na Nurburgringu, ale w nowym „TG” ta sama Sabine w hełmie mówiąca po angielsku z niemieckim akcentem mogła wywołać  popłoch wśród mieszkańców Coventry i Leeds.

W ekipie jest jeszcze była gwiazda F1 czyli Eddie Jordan, ale w sześciu wyemitowanych dotąd odcinkach nowej serii było go na tyle mało, że trudno na tej podstawie cokolwiek o nim powiedzieć jako o prowadzącym show.

Nowy „Top Gear” to Rosiewicz zamiast Astaira

Bardzo krytyczny wobec twórców nowego „Top Gear” jest Maciej Pertyński, dziennikarz motoryzacyjny, jedyny polski juror w konkursie na Światowy Samochód Roku. - Pierwszy sezon nowego „Top Gear” był, za przeproszeniem, do dupy - ocenia dosadnie Maciej Pertyński. - Nie da się tych samych gagów i dowcipów odtwarzać innymi gębami. To dokładnie tak, jak kiedyś Andrzej Rosiewicz usiłował odtwarzać (na serio!!!) sceny taneczne Freda Astaira ze słynnym „Cheek to cheek”.

Pertyński jest zdania, że pomimo wszystkich niedostatków nowy „Top Gear” wciąż  ma szansę, musi się jednak całkowicie zmienić jego konwencja. - To musi być program rozrywkowy, ale nie na siłę, jak opowiadanie dowcipów przez Jana Pietrzaka, który sam się śmieje ze swoich dowcipów albo wyraźnie daje do zrozumienia, że właśnie rzucił fantastyczny greps, ale debile nie kąsają… Poza tym wielkim problemem jest wciąż polskie tłumaczenie, które jest żałosne pod każdym możliwym względem – zaznacza dziennikarz.

Pertyński przyznaje, że trudno mieć pretensje do merytorycznej warstwy nowego „Top Gear”, bowiem jest ona przygotowywana przez tę samą ekipę, która pracowała w czasach Clarksona, Hammonda i Maya. - Jeśli chodzi o merytoryczną warstwę nowego „Top Gear” nie mam zastrzeżeń, bo to jest to samo, co było. Tylko emploi do niczego. No i ten chory pomysł, żeby ekipa prowadząca - chyba żeby się pozytywnie odciąć od straszliwie niepoprawnych politycznie poprzedników - zawierała chyba całą możliwą skalę, od geja po Murzyna i kobietę-dominę - ocenia Pertyński.

Ze starego „Top Gear” pozostał tylko dobry montaż

Zdaniem Marka Wieruszewskiego, dziennikarza motoryzacyjnego i youtubera prowadzącego kanał Marek Drives „Top Gear” błądzi w poszukiwaniu nowego formatu. - Rozumiem to, bo 20-parę serii temu TG był programem przeciętnym, którego peak moim zdaniem był w seriach 6-16. Od nowego teamu wiele się wymaga, bo muszą pociągnąć machinę, która i tak zwalniała - zaznacza Marek Wieruszewski.

Podobnie jak Migas, Wieruszewski bierze pod lupę poszczególnych prowadzących nowy „TG”. - Matt LeBlanc i Chris Evans są dla mnie niestrawni - przyznaje. - Ratują ich inni prowadzący, ale skoro są Sabine Schmitz i Chris Harris to po cholerę jeszcze bawić się w Stiga? Równie dobrze można było zatrudnić bezrobotny team Fifth Gear, który w 75 procentach składa się z kierowców wyścigowych i w 100 procentach ze świetnych prezenterów. Evans podaje suche dane opatrzone krzykami emocji. Matt LeBlanc spokojnie rośnie sobie w lesie.

W ocenie Wieruszewskiego jedynie Rory Reid i Chris Harris są nie tylko car geekami, ale mają też doświadczenie dziennikarskie w tym zakresie. - Sabine Schmitz potrafi rozłożyć samochód na czynniki pierwsze, ale jej telewizyjna osobowość ogranicza się do wydawania wysokich dźwięków z niemieckim akcentem (po akcencie można ją odróżnić od Chrisa Evansa) - ocenia dziennikarz. - Z całego towarzystwa najbardziej podoba mi się Harris, którego TG wygładza i sprawia, że staje się bardziej przystępny dla zwykłego widza, którego nie interesuje półgodzinny wykład na temat technicznych aspektów dyfuzora w Ferrari.

W ciągu 10 lat objeździłem pewnie z 600 samochodów, ale prawdziwie szybkich, spektakularnych było może 10 i śmiałem się w nich jak mała dziewczynka zamiast robić mentalne notatki. Chris Harris w swojej karierze pewnie objeździł z 600 samych sportowych samochodów z różnych okresów i wie, o czym mówi - podkreśla Wieruszewski i wymienia dalszą listę błędów w nowym „Top Gear”.

- W „TG” z Clarksonem, Hammondem i Mayem montaż był równie dobry jak treść. W nowym TG na razie jest głównie dobry montaż – podkreśla nasz rozmówca. - Brakuje kogoś, kto napisze z prowadzącym skrypty wychodzące poza "Gdzie jest przycisk do driftowania?" Goście są od czapy. Domyślam się, że to doskonały pomysł na lokowanie filmu wchodzącego do kin, ale zapraszanie gościa i szukanie na siłę powiązań z motoryzacją jest błędem. Wiem, bo sam kiedyś uczestniczyłem w jednym z kilku polskich programów, które mniej lub bardziej inspirowały się „TG” i musiał być jakiś celebryta, co wtedy oznaczało auto za „1 euro” ściągnięte z Zachodu - przypomina Wieruszewski.

Dziennikarz nie ukrywa, że pomimo wszystkich niedostatków nowego „Top Gear” pozostanie widzem kolejnych sezonów. - Oglądam i będę dalej oglądać „Top Gear” z zawodowej ciekawości. Nie skreślam programu, najwyżej niektórych jego prowadzących – podsumowuje Wieruszewski.

Katastrofa? Nie do końca

Nieco łagodniejszy od innych dziennikarzy w ocenie „Top Gear” jest Wojciech Jakóbczyk, były redaktor naczelny Topgear.com.pl.

- Uważam, chociaż idę pewnie wbrew opiniom najbardziej zagorzałych fanów, że 23. sezon „Top Gear” nie był kompletną katastrofą – zaznacza Wojciech Jakóbczyk. - Ale po kolei. Chris Evans nie był właściwą gwiazdą. Ogólnie mam wrażenie, że BBC, przywiązana do gwiazdorskich pozycji trio Clarkson/Hammond/May niesłusznie postawiła na gwiazdę, jaką bez wątpienia jest Chris.  To człowiek-instytucja w radio BBC, ale jako radiowiec i DJ, mimo posiadania jednej z najbardziej imponujących flot rzadkich samochodów w UK, nie był wiarygodny dla widzów. Do tego sposób bycia Evansa i jego zachowanie przed kamerą nie zjednały mu zwolenników. Pierwsze trzy odcinki serii, podczas których Evans krzyczał i piszczał zarówno w segmentach kręconych w studio jak i w filmach z pleneru, były miejscami trudne do wytrzymania. Potem przestał krzyczeć w studio i zaraz było lepiej. Niestety entuzjazm, jaki wykazywał Chris podczas testów samochodów nie szedł w parze z fachową wiedzą - a na pewno nie udało się jej przekazać w tak zgrabny sposób, jak robili to jego poprzednicy, wplatający w dialogi porcję fachowej informacji - analizuje Jakóbczyk

Jego zdaniem pozytywnie zaskakuje Matt LeBlanc, którego bukmacherzy faworyzują jako potencjalnego głównego prowadzącego 24. serii, zakontraktowanej na jesień. - Choć od czasów „Przyjaciół” stanowczo za często chodził na siłownię, LeBlanc dostarcza solidny warsztat aktorski, z dużym przymrużeniem oka traktujący jego serialowe emploi i dobrze eksploatujący kompetencje motoryzacyjne – ocenia Jakóbczyk. - Widać też ogromny postęp między pierwszym testem LeBlanca (Ariel Nomad) a ostatnimi (choćby Rolls-Royce). Moim zdaniem ten facet ma przyszłość w TG.

Dziennikarz podkreśla, że kolejny prowadzący - Chris Harris to legenda wśród miłośników motoryzacji śledzących branżę w internecie i jego relegowanie do dodatkowego, dostępnego tylko przez internet "Extra Gear", naprawiane dopiero pod koniec serii, było błędem.

- To najbardziej kompetentny jako dziennikarz motoryzacyjny członek zespołu i powinien być przeciwwagą dla LeBlanca - uważa Jakóbczyk. - Zresztą mam wrażenie, że z LeBlankiem miał lepszą ekranową "chemię" niż LeBlanc z Evansem, a Harris z Rorym Reidem. Rory Reid zaskoczył mnie. Ten dziennikarz (bo Reid nie jest tylko "youtuberem", a dziennikarzem z krwi i kości) ze swoim doświadczeniem powinien był brylować w studio, tymczasem segmenty w których prowadzi "Extra Gear" z Harrisem są drewniane, a Reid dosłownie odtwarza swoje kwestie z kartki, w dodatku nawet nie stara się tego maskować. Za to jego filmy w plenerach trzymają doskonały poziom i tu wychodzi doświadczenie z jego kanału na YT. Zarówno merytorycznie jak i scenariuszowo wchodzą na bardzo wysokie pozycje w rankingu najlepszych materiałów „Top Gear” kiedykolwiek - dodaje.

Były naczelny Topgear.com.pl sądzi, że obsadzenie w roli jednego z prowadzących Sabine Schmitz było błędem. - Szkoda mi Sabine Schmitz. Od lat mówiło się, że brakuje kobiety w TG (nieodżałowana Vicky Butler-Henderson!), Sabine jest wybitnym sportowcem, doskonałym kierowcą i prywatnie szalenie sympatyczną osobą, ale po prostu nie pasuje jako regularny prowadzący „Top Gear” - ocenia Jakóbczyk. - Przeszarżowane reakcje, zupełny brak anglosaskiego „cool”. Z kolei Eddie Jordan był w programie tylko dla ozdoby. Świetny facet, ale nikt nie będzie po nim płakać.

Pomimo wymienionych przez Jakóbczyka niedociągnięć i błędów w obsadzie nowego „Top Gear” nie skreśla on całkowicie tego show. - Dlaczego 23. sezon nie był kompletną katastrofą? Ratowała go firmowa doskonała kinematografia (test Mustangów Rorego Reida!) i scenarzyści – wyjaśnia dziennikarz. - O ile porażką było zdemolowanie przez Evansa fragmentu z gośćmi programu, o tyle grepsy pisane dla LeBlanca były doskonałe, jego zapowiedzi Stiga przebijały dotychczasowy humor Clarksona.

Jakóbczyk podkreśla, że problem z fragmentem z gośćmi był głębszy: prowadził go Evans, według własnego pomysłu, wyciągniętego prosto z radia. Pomysł nie miał szans się sprawdzić, bo był schematyczny i całkowicie przewidywalny.

- W każdym odcinku, w tej samej sekundzie segmentu zadawano to samo pytanie i choć goście próbowali ratować go improwizacją (Jessie Eisenberg czy Greg Davies i Patrick Dempsey), Evans nie miał z nimi o czym rozmawiać, więc szedł krok po kroku z własnego skryptu – przypomina nasz rozmówca. - To właśnie różnica między Evansem i Clarksonem. Ten pierwszy galopował przez rozmowę wedle zapisanych punktów, ten drugi - rozmawiał z gośćmi o motoryzacji, choć nie tylko, bo to był facet, do którego przychodziło się rozmawiać o motoryzacji i wspólnych znajomych. Nawet humor Evansa był dość hermetyczny (czy ktoś zauważył i zrozumiał, dlaczego przez wszystkie sześć odcinków jest ubrany w studio dokładnie tak samo?).

Jakóbczyk porównuje sposób realizacji nowego i starego „Top Gear” i nie ukrywa, że program prowadzony przez starą ekipę był lepszy i bardziej przemyślany. - Dlaczego do katastrofy było blisko? Widać było ogromną presję czasu (i Evansa). Filmy miały stanowczo podkręcone tempo. Clarkson, Hammond i May, działając według tego samego scenariusza, pozostawiliby ujęcia o 10 czy 20 sekund dłuższe, wyczekaliby z (tą samą!) puentą, dali widzowi czas na refleksję - Evans to radiowiec, cisza w radio to śmierć, więc podkręcił tempo montażu filmów. I to źle - ocenia Jakóbczyk.

Według niego widać było też, że problemy z terminami spowodowały powtarzalność niektórych pomysłów - pokazywanie w trzech odcinkach tych samych efektów specjalnych, bo "lasery sprawdziły się poprzednio" to coś, na co za "starych czasów" nikt by sobie nie pozwolił.

- To samo dotyczy muzyki - zawsze dobierana fenomenalnie, rzadko się powtarzała, tymczasem gdyby tylko posłuchać 23. serii, można poznać dogłębnie ścieżkę dźwiękową do „Interstellar” Hansa Zimmera. Nadaje się, owszem, ale nie co tydzień! – krytykuje dziennikarz.

Wytyka też producentom programu fakt, że nie zadbali oni o zgranie ze sobą zespołu prowadzącego nowy „Top Gear”. - Prowadzący robili wrażenie grupy ludzi, którzy widzą się pierwszy raz w życiu- ocenia Jakóbczyk. - Nie mają ze sobą takich relacji jak Clarkson, Hammond i May. BBC zamiast zamknąć ich ze sobą na 8 tygodni i spowodować, że będą wiedzieć o sobie wszystko, spaliła jedną z największych zalet poprzedniego TG - trio, które jest trzema indywidualnościami, ale jednak jednolitym zespołem.

Podsumowując swoją recenzję nowego „Top Gear”, Jakóbczyk widzi światełko w tunelu - program ma jeszcze szanse na powrót widzów i wykreowanie nowego charyzmatycznego trio. - Nie pomagały tej serii okoliczności (Euro 2016 odciągnęło znaczną część widowni), ale... katastrofa nie była kompletna - podkreśla Jakóbczyk. - Evans skreślił się definitywnie, LeBlanc zostaje. Moim zdaniem po lekkim liftingu zespołu, dużej pracy ze zgraniem i osobistymi relacjami między prowadzącymi, 24. sezon będzie początkiem trio LeBlanc/Harris/Reid. A „Extra Gear” niech dadzą komuś młodemu, kto jest fanem TG - radzi dziennikarz.

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Nowy „Top Gear” to cień swojego poprzednika, prowadzący nie udźwignęli roli (opinie)

12 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
Greg_ dziennikarz
Panowie, czy naprawdę chodzi o prowadzących i ich żarty ? czy raczej o samochody, piękne ujęcia i dźwięk ryczących tłumików ?
Top Gear = Clarkson, May, Hammond. Zawsze będziemy narzekać. Zapomnijmy o tamtym programie. Cieszmy się tym co kochamy. SUPER SAMOCHODAMI pokazywanymi w kolejnej serii programu!
Miłego dnia,
Greg.
15 55
odpowiedź
User
AW
mnie irytował dziadu Clarkson i cieszę się że go nie ma :)
16 59
odpowiedź
User
Janek z III b
A nasza pani mówiła, że wyrazy studio i radio należy odmieniać. Od przynajmniej 40 lat.
11 18
odpowiedź
User
MJK9k
A ja oglądałem Top Gear dla humoru prowadzących, samochody były na drugim miejscu.
45 11
odpowiedź
User
mm
stare ale jare odcinki lecą (chyba) na DMAX DE i ProSieben MAXX /19*E/
17 8
odpowiedź