SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Renata Kim o kulisach „sprawy Lisa”: „Bałam się konfrontacji. Byłam osamotniona, miałam myśli, że nie chcę żyć”

Przez dwa miesiące po tym, jak ujawniono, że w redakcji „Newsweeka” nie działo się dobrze, Renata Kim bała się wyjść z domu, zaś do dzisiaj najczęstszym słowem, jakie słyszy w kontekście tej sprawy jest „donosicielka”. - Czułam potworne osamotnienie – tak podczas Kongresu Kobiet dziennikarka podsumowała cztery lata walki o to, by w redakcji nie dochodziło - jak to ujęła - do sytuacji „totalnego braku szacunku”. Zwierzyła się także, iż podczas pracy w „Newsweeku” z Tomaszem Lisem miała momenty, kiedy „poważnie myślała, że nie chce żyć”.

Renata Kim na Kongresie Kobiet, fot. Screenshot/YTArticle

Renata Kim była panelistką podczas odbywającego się we Wrocławiu XIV Kongresu Kobiet. Opowiadała tam – po raz pierwszy w tak szerokim zakresie – jakie były kulisy tego, że w czerwcu Szymon Jadczak opisał, iż w redakcji „Newsweeka” dochodziło do sytuacji mających znamiona mobbingu. Podwładni Tomasza Lisa co najmniej od czterech lat mieli zgłaszać w firmie niewłaściwe zachowania swojego szefa – pisała Wirtualna Polska. W redakcji miało dochodzić do poniżania pracowników, wyśmiewania ich i zgłaszanych przez nich tematów, co prowadziło u niektórych z dziennikarzy do ataków paniki.

Wkrótce po opublikowaniu tego tekstu Renata Kim przyznała, że to ona od czterech lat informowała dział HR o tym, co dzieje się w redakcji. Jednak dopiero na panelu Kongresu Kobiet opowiedziała o kulisach tych zawiadomień, o tym, co zawierały, a także o reakcjach firmy, otoczenia i podwładnych Tomasza Lisa.

„Popełniłam wszystkie możliwe błędy”

Podczas panelu dziennikarka podkreślała, że od 2018 chodziła do działu HR, opowiadając o złych warunkach pracy w redakcji – ale nigdy nie złożyła oficjalnej skargi o mobbing. - Mam poczucie, że popełniłam wszystkie możliwe błędy, próbując zawalczyć o szacunek w pracy. Od 2018 roku chodziłam do HRu, pytając – czy nie moglibyście mnie przenieść w inne miejsce w tej firmie, bo ja nie chcę pracować w tej redakcji.

Na pytanie „dlaczego” – tłumaczyła, że w redakcji źle się dzieje. – Słyszałam: „czy chcesz zgłosić mobbing?” Mówiłam „nie chcę” – opowiadała dziennikarka, podkreślając, że była przekonana, iż „nigdy nie udowodni mobbingu”. - Przy każdej okazji, w windzie, na korytarzu, na wyjeździe służbowym, opowiadałam, co dzieje się u nas w redakcji. I nikt z tym nic nie zrobił. Z perspektywy czasu: miałam rodzaj magicznego myślenia, że jak będę o tym dużo mówić, to ktoś w końcu usłyszy i załatwi problem.

Kim wiedziała – jak opowiada – że nie jest w stanie udowodnić, że w redakcji „Newsweeka” dochodziło do mobbingu. - Mogłam tylko udowodnić totalny brak szacunku, okropne, chamskie odzywki, okropne, seksistowskie, rasistowskie żarty. Nie wiedziałam, czy jestem w stanie wygrać. Tym bardziej, że przez wszystkie lata rozmawiałam z zespołem, żeby zgłaszali (do HR-u – JK) – poszła jedna osoba. Czułam potworne osamotnienie.

„To były myśli rezygnacyjne”

W 2020 roku dziennikarka napisała list do działającej przy RASP „Solidarności”, opisując co się dzieje w „Newsweeku”. - Pisałam go w strasznej rozpaczy. Zaczyna od zwrotu: „Piszę do was z prośbą o interwencję, bo za chwilę w naszej redakcji ktoś wybuchnie. Nie chcę zgłaszać sprawy o mobbing, bo po pierwsze nie udowodnię po drugie – strasznie boję się konfrontacji. Solidarność nie zrobiła nic z tym listem – mówiła Renata Kim we Wrocławiu. - Byłam przekonana, że mój szef dowiedział się, że napisałam list do „Solidarności” i chodziłam do HRu, ponieważ był coraz gorszy.

Co się dzieje z ofiarą mobbingu i przemocy emocjonalnej? Dziennikarka opisała to na przykładzie swoim z okresu, gdy była – jak twierdzi – ofiarą takich zachowań. - Miałam momenty, kiedy poważnie myślałam, że nie chcę żyć. To były myśli rezygnacyjne, pt. „nie mam wyjścia z tej matni, nikt mi nie pomaga, jestem sama, mam kredyt do spłacenia, szukam pracy innej, ale jej nie ma – i nie mam wyjścia, muszę w tym tkwić”. To jest tak potworna rozpacz i poczucie uwikłania, że trudno to opisać.

 

„Machina obrony sprawcy natychmiast ruszyła”

Gdy tekst się ukazał na portalu WP.pl, Kim przyznała na Twitterze, iż to ona byłą zgłaszającą zachowania Lisa. Jak powiedziała we Wrocławiu – myślała, że jeśli to przyzna, stojące za nią doświadczenie i praca zawodowa spowodują, że ludzie jej uwierzą. - Szokiem było dla mnie, że tak się nie stało. Machina obrony sprawcy natychmiast ruszyła. Spotkałam kogoś na ulicy i on mówił do mnie „donosicielka”. Twitter szaleje od teorii, jak to mszczę się na Tomaszu Lisie, jak próbowałam przejąć jego stanowisko. Słowo „donosicielka” jest najczęstszym, jakie słyszę. Że powinnam się wstydzić, że powinnam być skończona w moim zawodzie – relacjonowała, nie kryjąc wzruszenia, dziennikarka podczas panelu.

RASP zapewnił dziennikarce pakiet pomocy psychologicznej i post-traumatycznej. jednak niczego ponad to. - Czuję się bardzo samotna. Przez dwa miesiące wstydziłam się wychodzić z domu, wstydziłam się patrzeć ludziom w oczy – opowiadała Renata Kim.  

Reporterka odniosła się także do oskarżeń o mobbing, jakie z kolei pod jej adresem wysunął Wojciech Staszewski: - Wiem, że go nie mobbingowałam – powiedziała - Przez ostatnie cztery lata bardzo blisko się przyjaźniliśmy, nie rozumiałam, dlaczego to zrobił. Wiele razy przepraszałam go za to, że mogłam być zbyt wymagająca. Żałuję, że nigdy nie powiedziałam mu, że był leniwy, że tak bardzo chciałam naprawić nasze relacje, iż wzięłam na siebie odpowiedzialność, a nie powiedziałam wprost: „słuchaj, nie pracowałeś tak, jak trzeba”.

Jak podkreśliła – to oskarżenie spowodowało „najbardziej dotkliwą konsekwencję”: - Z osoby alarmującej mobbing stałam się mobberką. I teraz przy każdej okazji ja jestem… właściwie w tej samej pozycji – podsumowała Renata Kim.

Renata Kim do redakcji „Newsweek Polska” dołączyła wiosną 2012 roku, wraz z grupą dziennikarzy przeszła tam krótko po tym, jak Tomasz Lis został redaktorem naczelnym. Przedtem przez prawie dwa lata współpracowała z Lisem we „Wprost”. Wcześniej pracowała m.in. jako szefowa działu opinie i działu społeczeństwo w „Dzienniku” i „Dzienniku Gazecie Prawnej”, w sekcji polskiej BBC oraz w radiowej Trójce.

Co się dzieje wokół "Newsweeka"?

W lipcu Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo, mające wyjaśnić co działo się w redakcji „Newsweeka” za czasów, gdy kierował nią Tomasz Lis. To efekt zawiadomień, jakie latem wpłynęły do prokuratury, a dotyczących m.in. molestowania seksualnego i naruszania praw pracowniczych. W czerwcu WP opisała, że w „Newsweeku” mogło dochodzić do łamania praw pracowniczych, co podwładni Lisa zgłaszali wydawcy.

Także w lipcu PIP rozpoczęła kontrolę w reakcji „Newsweeka”, po kilku tygodniach ją zakończyła. Zbadano m.in. aktualne i obowiązujące w zakładzie pracy dokumenty określające wprowadzone i stosowane przez pracodawcę tzw. procedury antymobbingowe. Jednym z elementów prowadzonych czynności kontrolnych przez inspektorów pracy było również zbadanie atmosfery pracy. Ostatecznie ustalono, że procedury anytymobbingowe w firmie działały sprawnie. RASP wniósł o utajnienie wyników kontroli w "Newsweeku".

Tomasz Lis konsekwentnie zaprzecza wszelkim zarzutom.

Dołącz do dyskusji: Renata Kim o kulisach „sprawy Lisa”: „Bałam się konfrontacji. Byłam osamotniona, miałam myśli, że nie chcę żyć”

35 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
ja o pracy wiem jedno
Skoro atmosfera w redakcji była taka a nie inna, to było zmienić pracę, zatrudnić się np. w bibliotece, gdzie jest cisza i spokój.
odpowiedź
User
Marcin
Renata Kim jest dla mnie mało wiarygodna w swoich zeznaniach. Kłuje też, że oskarża wprost, jednocześnie nie konfrontując się na oficjalnej drodze z Lisem.
odpowiedź
User
Adrian
"Zawiadomiłam HR i związki zawodowe" - no bohaterstwo normalnie. Czym zajmuje się HR, poza tuszowaniem?
odpowiedź