Kanał Otwarty mają finansować politycy? Takie sugestie pojawiły się w sieci.
Totalna bzdura. Niczego takiego nie ma i na pewno nie będzie.
Z jakimi reakcjami spotkał się Pan do tej pory?
Dostałem masę dobrych sygnałów. W ciągu kilku godzin od publikacji informacji o projekcie zgłosiło się pięciu chętnych do zainwestowania, wiele osób do pracy z różnych branż. Kilku potencjalnych reklamodawców. Odezwali się też przedsiębiorcy z bardzo pozytywnymi opiniami. Generalnie jesteśmy uskrzydleni. Nie myślałem, że reakcji będzie aż tak dużo.
A krytykę Pan usłyszał?
Oczywiście było trochę hejtu, czego się spodziewałem. Parę maszynek na X zostało odpalonych. Ale jeśli na pół miliona osób, tyle odsłoniło nasze tweety, pojawiło się 100 czy 200 hejterskich wpisów, to pokazuje, jaka jest skala. Do social mediów, a zwłaszcza X, trzeba mieć zdrowe podejście i się w to nie wtapiać.

Na LinkedInie, gdzie są przedsiębiorcy i menedżerowie, mamy niemal wyłącznie gratulacje, zachęty i oczekiwania na start. Jestem otwarty na merytoryczną krytykę po starcie. Wszystkich moich partnerów i współpracowników zachęcam do sensownej krytyki, bo to pomaga w rozwoju.
Jak Pan pozyskał inwestorów?
Zaczęło się od mojej rozmowy z Tomaszem Karwatką, którego zaprosiłem do programu w związku z jego książką "The Five". Już wtedy ten projekt chodził mi po głowie. Ale nie wiedziałem, czy znajdę chętnych do finansowania. W trakcie programu zapytałem, jak wybiera firmy, w które inwestuje. On odpowiedział: "Szukam firm, które są na rosnącej fali. Tak jak twój program, jesteś na fali".
Po nagraniu zapytałem, czy warto tworzyć taki duży projekt kanału, który miałby pełnić rolę, jaką powinna pełnić telewizja publiczna. Tomek stwierdził, że to świetny pomysł i żebym dał znać, jak będę miał konkretny plan. Zgłosiłem się.

Co było potem?
Początek nie był łatwy, miał różne uwagi biznesowe, ale poradził: "Jeśli chcesz, żeby to było w stu procentach niezależne i nie chcesz zależeć od jednego dużego inwestora, znajdź 20 takich jak ja, którzy dadzą stosunkowo niewielkie pieniądze. Razem uzbierasz tyle, ile potrzebujesz. Nikt nie będzie miał wpływu na to, co robisz, a każdy chętnie ci pomoże". I od tego czasu zaczęły się rozmowy. Polecały mnie kolejne osoby.
Czytaj także: Ruszyły zdjęcia do 2. sezonu serialu HBO "Przesmyk"
Byłem we Wrocławiu na imprezie Demo Day, gdzie różne startupy prezentują swoje pomysły technologiczne. Siedziało tam kilkudziesięciu potencjalnych inwestorów. Choć występuję publicznie codziennie, był to dla mnie koszmarny stres. Miałem cztery minuty na opowiedzenie o pomyśle. Wydawało mi się, że poszło fatalnie, ale potem zaczęli podchodzić ludzie.

Jeden z inwestorów powiedział nawet, że zamierzał zainwestować mniejszą kwotę, ale go przekonałem i zainwestuje większą. 90 procent rozmów z inwestorami zakończyło się decyzją na tak. Nie spodziewałem się tak dobrego odbioru.
Te rozmowy były ciekawym doświadczeniem. Bardzo dużo mnie nauczyły. Widziałem, jak inwestorzy patrzą na biznes, uczyłem się ich języka i sposobu myślenia. Większość z nich była przekonana, że takie medium jest potrzebne, a jednocześnie widzi w tym dobry biznes.
Co ciekawe – choć umowy są objęte klauzulą poufności – mogę powiedzieć, że inwestorzy sami domagali się zapisu o bezstronności politycznej. Odpowiadałem, że bardzo mnie to cieszy, bo mi też na tym zależy. Oni nie chcą inwestować w kanał prawicowy bądź lewicowy, tylko w taki, o jakim opowiadam. Zaleźliśmy odpowiednią formułę.
Dużo trzeba włożyć, żeby taki projekt ruszył?

Początkowo projekt będzie kosztował kilka milionów rocznie. Zakładamy, że po roku będzie się sam utrzymywał.
Co zagwarantuje niezależność redakcji?
Inwestorzy finansowi objęli 20 proc. udziałów. Ja mam większość. Jesteśmy więc niezależni. Zależymy tylko od widzów i reklamodawców. Reklamodawcy nie będą jednak mieli wpływu na nasze treści.
Każde medium, łącznie z tym, w którym pan pracuje, ma prywatnych właścicieli: czy to Wirtualna Polska, Onet czy "Rzeczpospolita". Różnica jest taka, że jestem właścicielem większościowym.
Nasi inwestorzy mają jedno oczekiwanie: wysokiej jakości materiały i niepromowanie żadnej opcji politycznej. Poza tym wpływ kogoś, kto ma jeden procent udziałów, jest znikomy.
Zakładam też, że inwestorzy będą mi pomagać w rozwoju. Chcemy być "mediatechem" – firmą łączącą media z technologią. Przy kanale powstaje laboratorium tworzące narzędzia dla mediów przyszłości, których jeszcze nie ma na rynku. Zostaniemy ich pierwszymi odbiorcami, budując przewagę konkurencyjną, a później będziemy mogli je sprzedawać.

Nasi inwestorzy mają doświadczenie w wielu firmach, także tych zajmujących się AI. Liczymy na ich wsparcie merytoryczne. Mamy zaplecze finansowe na ewentualną kolejną rundę, ale przede wszystkim grupę ludzi, którzy szczerze kibicują temu projektowi.
Reklamodawcy czasem boją się takich tematów jak wojna, kryzys czy polityka, o których chcecie opowiadać.
Polityka zawsze była obecna w mediach i nie mam wrażenia, żeby stanowiła problem dla reklamodawców. Raz zdarzył mi się klient w Układzie Otwartym, który prosił, by nie emitować jego reklam przy drastycznych materiałach z frontu. Reklamodawcy, z którymi rozmawiamy, najbardziej cenią naszą deklarację bezstronności.
Nie obiektywizmu, bo on moim zdaniem nie istnieje, ale bezstronności. Każdy z nas ma poglądy, ale w całości ma to dawać wielogłosowy obraz rzeczywistości.

Ważne jest dla nich, że nie chcemy grać na polaryzacji i skandalach. Nie będziemy "dokręcać" tytułów, by manipulować kliknięciami. Naszym reklamodawcom zapewniamy "brand safety", bezpieczeństwo marki. To znaczy, że ich reklamy nie będą pojawiać się obok skandali czy radykalnych treści, bo takich u nas nie będzie.
Chcemy być fair wobec widzów, reklamodawców i gości. Można zadawać politykom trudne pytania, będąc jednocześnie fair. Chcemy traktować wszystkich polityków tak samo, mają się u nas czuć tak samo komfortowo albo tak samo niekomfortowo.
Naszą misją jest tłumaczenie rzeczywistości. Chcemy, żeby widz po obejrzeniu materiału lepiej zrozumiał, co się stało. Nie traktujemy naszych widzów jako "ciemnego ludu", który wszystko "kupi". Tak nas traktowało i traktuje wiele mediów, w tym tzw. media publiczne od lat.

Chcemy tłumaczyć rzeczywistość, pomóc zrozumieć i analizować według tych samych kryteriów niezależnie od tego, czy będziemy mówić o premierze czy prezydencie. Wypisaliśmy się z wojny polsko-polskiej.
O jakiego widza będziecie walczyć?
Chcemy być medium pierwszego wyboru dla ludzi, którzy chcą zrozumieć, co się dzieje wokół nich. A tych jest bardzo dużo, bo wszyscy jesteśmy pogubieni. Świat nigdy nie był tak skomplikowany jak dziś. Będziemy mówić do ludzi, którzy chcą zrozumieć, po co Trump atakuje Iran, jak bardzo jesteśmy zagrożeni wojną, jak działają kryptowaluty, ale też jakie kupować jedzenie i jak ćwiczyć, by być zdrowym.
Chcę, żebyśmy trudne tematy przedstawiali w sposób prosty, atrakcyjny, z pasją. Będziemy mówić o wojnach, pieniądzach, ale też o remontach mieszkań, samochodach, zdrowiu i jedzeniu.

Algorytmy YouTube’a zamykają nas w bańkach. Jak nie stać się kolejną przystanią tylko dla jednej strony sporu?
W bańkach zamykają nas nie algorytmy, ale sami się zamykamy. A politycy i dziennikarze to podkręcają. Co do algorytmów: one uczą się tego, co robimy. Jeśli na kanale o sprawach międzynarodowych nagle zrobiłem program o sporcie, miał on słabszą oglądalność, bo maszyna "zgłupiała" i nie wiedziała, komu to polecać.
Będziemy stopniowo uczyć algorytm tego, co robimy. Będziemy sprawdzać, co działa, jaki format się sprzedaje, a jaki nie.
Mam przekonanie, że obecna klasa polityczna i większość mediów nie wyczuwa zmiany, która idzie. Ludzie mają dosyć pustego mordobicia i politycznego zaangażowania mediów. Chcą, by Polska się rozwijała i chcą rozumieć, co dzieje się wokół nich.
Czy nie boi się Pan pójścia drogą Kanału Zero, który miał być wypośrodkowany, a stał się – zdaniem niektórych – bardziej konserwatywny? Może polski YouTube publicystyczny jest po prostu bardziej prawicowy?

Pewnie jest, ale internet cały czas płynie i przyciąga nowych ludzi. Kanał Zero odniósł sukces i ich szanuję. Dużo namieszali. Krytykują ich zwykle dziennikarze i media, które same są bardzo zaangażowane politycznie.
My robimy inny projekt niż Kanał Zero. Bezstronność jest dla nas najważniejszą zasadą. Moje inicjatywy, jak Szkoła Przywództwa, Instytut Wolności czy amerykański Warsaw Freedom Institute, działają ponad podziałami. Taki był też Układ Otwarty. W Polsce jest coraz większy rynek na takie podejście. Ludzie mają dosyć dwóch baniek, które przestały być atrakcyjne.
Warto rozmawiać z każdym? Czy pojawi się u Was ktoś ze środowiska skrajnej lewicy albo Kamraci?

Mam tu jasny pogląd: nie należy rozmawiać z osobami propagującymi rzeczy groźne, ultraradykalne, z mordercami czy terrorystami. Jest pokusa, bo to, ciekawe i generuje zasięgi, ale często jest promowaniem takich postaw, nawet jeśli się gościa punktuje. Nie będziemy cyrkiem obwoźnym pokazującym małpy w klatce, po to by zebrać tłum.
Bywają oczywiście wyjątki. Steve Rosenberg z BBC przeprowadził znakomity wywiad z Łukaszenką. I nie można mu niczego zarzucić. Po drugiej stronie jest żałosny Tucker Carlson, który był na kolanach przed Putinem i tylko pomógł w promocji narracji zbrodniarza.
Jeśli chodzi o polityków, to gdy ktoś wchodzi do parlamentu, to staje się częścią życia publicznego i nie możemy go omijać. Jednak wyciąganie kogoś z "szurni" i promowanie go na siłę uważam za złe.
Media eksperckie, stonowane, bez skrajnych emocji mają szanse się przebić?
My chcemy być barwni i różnorodni. I dla wyborców PO, PiS, Konfederacji i Lewicy. Czy tak się da, odpowiem panu za rok. Gdy pięć lat temu startowałem z Układem Otwartym, znajomi mówili mi, że muszę się zapisać do jakiegoś "kościoła politycznego", bo inaczej to nie wyjdzie. Czułem, że jest już czas na coś innego.
Po pół roku program miał bardzo duże zasięgi. Ludzie pisali, że świetnie, wreszcie się nie "naparzamy". Bardzo głęboko wierzę, że jest na to rynek, a pierwszymi dowodami na to są i Układ Otwarty, i 18 poważnych inwestorów, którzy uwierzyli w nasz projekt.
Będzie też portal Kanału Otwartego czy skupicie się wyłącznie na kanale na YouTube?
Mamy pomysł na portal, który będzie nieco inny niż wszystkie, ale tego jeszcze nie chcę zdradzać. Kiedy rozmawiam z inwestorami i pytają mnie, co będzie za trzy lata, odpowiadam, że nie wiem. To jedyna uczciwa odpowiedź. Chciałbym, żebyśmy w Kanale Otwartym produkowali treści wysokiej jakości i tłumaczyli, co się dzieje na świecie.
Moment historyczny jest taki, że dzieje się bardzo dużo, sprawy są skomplikowane i wielu ludzi czuje się pogubionych. Chcemy pomóc im to zrozumieć. A czy to będzie na YouTube, portalu, w telewizji, czy może wrócimy do drukowania kartek papieru – tego nie wiem.
Jestem przekonany, że za kilka lat media będą wyglądać inaczej niż dziś. Dwa lata temu nie używaliśmy powszechnie AI. Nie wiem, czy YouTube przetrwa w obecnej formie, czy powstaną nowe media społecznościowe. Chcemy nadawać wszystkimi możliwymi kanałami.
Obecnie stawiamy na obraz i dźwięk, a YouTube jest do tego najlepszym narzędziem. Ktoś mnie pytał ostatnio, czy zamierzamy robić telewizję. Dziś o tym nie myślę, ale nie wykluczam, że ktoś nas kiedyś do tego przekona.
Jakie formaty dziennikarskie planujecie?
Koło zostało już wymyślone i można je najwyżej przemalować albo zmienić jego rozmiar. Planujemy formaty, które się sprawdzają: rozmowy i dyskusje jeden na jeden, dwa na dwa czy w większym gronie. Będą mini-reportaże, analizy i komentarze, a także programy montowane zewnętrznie.
Mamy parę pomysłów na coś innego, ale w tej branży trudno o zupełną nowość. Chcemy to po prostu robić jak najlepiej. Możemy udawać mądrali, ale jeśli zrobimy nudny program, nikt go nie obejrzy. Kluczem jest atrakcyjność przekazu.
Co stanie się z Układem Otwartym?
Przekształci się w Kanał Otwarty. Zaletą przedsięwzięcia jest to, że nie startujemy z zerową liczbą subskrypcji. Mamy ich obecnie około 210 tys. To nasz pakiet startowy, który pozwala oszczędzić kilka miesięcy budowania zasięgu.
Przez te lata moje programy obejrzały miliony ludzi. Liczę, że teraz do nas wrócą. Zakładam, że dotychczasowi widzowie zaakceptują nową wersję. To nie będzie tylko kontynuacja, będę jednym z wielu twórców.
Od początku zakładamy, że wystąpi tam wielu równorzędnych autorów. Oczywiście jestem redaktorem naczelnym i muszę podejmować ostateczne decyzje, ale to będzie praca zespołowa.
Moim zastępcą jest Grzegorz Ślubowski, dziennikarz z ogromnym doświadczeniem. On będzie odpowiadał na co dzień za ramówkę. Są znakomici Kamila Baranowska i Kuba Wiech, będzie kilkunastu innych autorów. To nie będzie one-man-show, ale praca zespołowa.
Zajmował się Pan PR-em. Nie żałuje pan na przykład współpracy z firmą GetBack?
Pewnie, że żałuję. Choć z tą firmą pracowało wiele renomowanych podmiotów, które tak jak ja nie miały pojęcia o ich kombinacjach. Przypomnę, że nie zrobiłem tam nic złego, co potwierdziła ostatecznie prokuratura.
PR-owiec może wrócić do dziennikarstwa?
Przez lata zgadzałem się z opinią, że po pracy w PR nie powinno się wracać do dziennikarstwa. Dziś uważam inaczej, choć może brzmi to jak usprawiedliwianie się.
To, co widziałem w mediach, odchodząc z nich lata temu, to był marny obraz: słaba jakość, zaangażowanie polityczne i biznesowe, brak perspektyw na poprawę. A to, co zobaczyłem po drugiej stronie jako PR-owiec, było jeszcze gorsze.
Dlaczego?
Często agencje PR konkurowały z gazetami o budżety, bo media brały pieniądze za kampanie reklamowe, obiecując przy okazji "dobry tekst" o prezesie czy wywiad z nim. Bywały firmy, które kupowały kampanie tylko po to, by gazety o nich źle nie pisały.
Media są często wprost zaangażowane w kampanie polityczne czy PR-owe, więc zarzucanie komuś, że pracował oficjalnie w PR, jest dziś słabym argumentem.
Rozumiem jednak wątpliwości, ale jedyne, co mogę zrobić, to udowodnić swoją rzetelność czynami. Przez 4,5 roku prowadzenia Układu Otwartego dbałem o to, by wszystko było transparentne i czyste. Można obejrzeć każdy odcinek i sprawdzić.
A żałuje Pan przejścia do PR-u?
Nie żałuję odejścia z mediów. Dzięki pracy dla kilkudziesięciu dużych firm poznałem wielu przedsiębiorców, mechanizmy działania gospodarki i biznesu. Nabrałem dystansu, wiedzy i lepiej rozumiem rzeczywistość.
Jeszcze więcej dało mi zbudowanie Szkoły Przywództwa, która ma dziś ponad tysiąc absolwentów oraz kilkudziesięciu wybitnych przedsiębiorców, menedżerów, ekspertów jako wykładowców. Nauczyłem się bardzo dużo i wszystkie te doświadczenia dziś mi bardzo pomagają.
Dziennikarze przypominają pana zdjęcie z Viktorem Orbánem. Czy dziś zrobiłby pan sobie taką fotografię?
Byłem na tamtej imprezie i mam to zdjęcie, to prawda. Dziś bym go nie zrobił.
Wtedy myślałem, że już nigdy nie wrócę do mediów. I co ważne – to było przed wojną. Po wybuchu wojny wiele razy krytykowałem to, co robił Orbán i jego politykę wobec Rosji. Sam angażowałem się w pomoc Ukrainie, kilkanaście razy woziłem terenówki na Ukrainę i jeździłem wzdłuż frontu.
Niemniej robienie selfie z politykami nie jest dobre dla kogoś, kto tworzy media. Zawsze może obrócić się przeciw tobie. Choć mam też zdjęcia z Barackiem Obamą, Johnem McCainem i innymi amerykańskimi politykami. I tego się nikt nie czepia.
A co z niezależnością polityczną Kanału Otwartego w sytuacji, gdy Pana żona i partnerka biznesowa była ambasadorką w Brazylii z nominacji Andrzeja Dudy?
Gdyby została powołana przez Bronisława Komorowskiego, czy zadawałby pan to samo pytanie?
Tak, zadałbym.
Moja żona jest odrębną osobą. Jej działalność w przeszłości nie ma i nie będzie miała wpływu na to, jak funkcjonuje Kanał. Bogna nigdy nie należała do partii, była sumiennym urzędnikiem i skutecznym dyplomatą. Pracowała dla Polski, a nie dla żadnej partii.
Wcześniej zarządzała organizacją medialną i była dziennikarką. Jest doświadczonym menedżerem. W Kanale Otwartym zajmuje się wyłącznie finansami i sprawami formalnymi, a nie treściami.
Przez lata prowadzenia Układu Otwartego nikt nie znalazł śladu braku niezależności czy stronniczości, mimo że moja żona pełniła wtedy funkcję ambasadora. Widzowie mogą mnie z tego rozliczać.
Czy Kanał Otwarty to Pana projekt docelowy, czy planuje Pan w przyszłości sprzedaż spółki większemu holdingowi?
To projekt, do którego podchodzę niezwykle poważnie. Nie umiem powiedzieć, co się stanie za trzy czy pięć lat. Jeśli kanał będzie się rozwijał, może potrzebować dodatkowego finansowania, a wtedy rozważymy wejście na giełdę lub pozyskanie większego udziałowca.
Będziemy bardzo rozwijać część technologiczną, która będzie tworzyć najnowocześniejsze rozwiązania także dla innych mediów na całym świecie. Tę część firmy będzie można skalować.
Moim marzeniem jest zbudowanie medium o najwyższej jakości dziennikarskiej w Polsce i najbardziej rozwinięte technologicznie. Muszę być tu bardziej przedsiębiorcą niż tylko dziennikarzem, by złożyć to wszystko w całość.
Oprócz tego prowadzę Instytut Wolności, Szkołę Przywództwa, Warsaw Freedom Institute w USA. To moje "dzieci", projekty non-profit. Kanał Otwarty będzie je wspierał, bo mają spójną misję: chcemy, by Polska była jeszcze lepszym miejscem do życia.
W Układzie Otwartym promowałem Szkołę Przywództwa, zapraszałem wykładowców i wielu widzów trafiło później do niej. Teraz, gdy kanał nie będzie już tylko mój, pewnie bardziej to sformalizujemy, ale ta współpraca będzie trwała.
Chcemy odnieść sukces biznesowy, ale myślę o tym długofalowo. Traktuję nowy projekt jak nieprawdopodobną przygodę i okazję, by realnie zmienić rzeczywistość.
Co będzie miernikiem sukcesu Kanału Otwartego?
Pierwszym i najprostszym miernikiem jest wynik finansowy. Biznes musi na siebie zarabiać i przynosić zyski, żebyśmy mogli realizować jakąkolwiek misję i być wolnymi. Musimy mieć środki na rozwój i utrzymanie najlepszych ludzi.
Chciałbym też, żeby Kanał Otwarty był najfajniejszym miejscem pracy w Warszawie – to moje marzenie, by ludzie pracowali tu z pasją, czuli sens, byli współgospodarzami, szanowali się nawzajem i lubili to miejsce.
Po trzecie, zależy mi, abyśmy wpłynęli na rzeczywistość w tym sensie, by debata publiczna stała się lepsza, by politykom stawiać wyższe wymagania. Chcemy stać się wpływową organizacją medialną cenioną za najwyższe standardy i równy dystans do wszystkich sił politycznych.












