Celebrytka czy dziennikarka?
Dziennikarka, zdecydowanie. Mam wręcz alergię na słowo "celebrytka" , bo brzmi dla mnie pusto, jakby określało kogoś, kto jest znany z tego, że jest znany. A ja wciąż wierzę, że za rozpoznawalnością powinna stać jakaś robota, kompetencja, treść.
Pytam, bo dużo Cię w mediach, także tych kolorowych. Otwarcie mówisz o trudnym dzieciństwie, rozwodzie, nowej miłości. To wciąż rzadkie wśród dziennikarzy informacyjnych.
Przez długi czas nie mówiłam o sobie prawie nic. Trzymałam się zasady, że dziennikarz informacyjny ma być niewidzialny. Ma być filtrem. Z czasem zaczęłam rozumieć, że to też jest pewien rodzaj chowania się. Wykonuję zawód, który wystawia mnie na widok publiczny. Byłoby naiwne udawać, że to nie ma konsekwencji.
Nie chcę tym epatować, ale chciałam, żeby ludzie zobaczyli we mnie człowieka, który ma swoje doświadczenia, straty, radości. Bo gdy mówię o czyjejś chorobie czy trudnym macierzyństwie, sama też przez różne rzeczy przeszłam. I według mnie to chyba pomaga, a nie przeszkadza.

Wiele razy mówiłaś, że "newsy masz wpisane w DNA". Okazało się, że to już za mało?
Czasami za mało jest tam człowieka. Newsy mają być zwięzłe, emocje trzeba trzymać na wodzy. Już w TVN24 wyszłam zza prezenterskiego stołu. Pisałam o sprawach społecznych, m.in. dla "Polityki".
Kiedy byłam bliżej ludzi, zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszyscy żyją wyłącznie wielką polityką. Dzisiaj zresztą granica między rozrywką a informacją się zaciera. Nie ma już takich sztywnych ram, które osadzałyby dziennikarzy w tylko jednej działce, zazwyczaj dywersyfikujemy swoje działania, poszerzamy doświadczenie.
Jesteś przykładem takiej kariery z pogranicza różnych światów?
Nie tylko ja. Te zmiany zaczęły się przecież o wiele wcześniej. Pisał o nich Neil Postman w książce "Zabawić się na śmierć". Powtarzał, że informacje też są rozrywką. Chyba pierwszym, który złagodził wizerunek dziennikarza informacyjnego, był w Polsce Jarek Kuźniar. 15 lat temu płynnie przeszedł z newsów w świat rozrywki.

A może zaczął Cię uwierać wizerunek dziennikarki informacyjnej? Jako tej, którą umalują, uczeszą i jeszcze podsuną pod nos to, co ma przeczytać w serwisie...
Pewnie niektórzy tak to właśnie postrzegają, że to idealna praca. Kiedyś bardziej mnie to uwierało, zwłaszcza słowo "prezenterka". Miałam wrażenie, że odbiera nam wiedzę, doświadczenie, sprawczość. Z wiekiem podchodzę do tego łagodniej, już mi to nie doskwiera.
Dlaczego?
Bo wiem, że to słowo nie stanowi o tym, kim jestem. Musiałam jednak do tego dojrzeć, pewne rzeczy powiedzieć na głos i je odczarować.
Irytujesz się, kiedy rolę prezenterek informacyjnych sprowadza się brutalnie do "ładnej buzi z ekranu" ?
Telewizja to nie radio, wygląd jest częścią tego zawodu i nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Ale "ładna buzia z ekranu" to wciąż etykieta, która odbiera kompetencje jednym ruchem. Mężczyźnie nikt nie powie, że dobrze poprowadził serwis, "bo ładnie wygląda w marynarce". Kobiecie owszem.

Chcemy być oceniane za to, co i jak mówimy, a nie za to, jak na nas leży sukienka. Dlatego w pewnym momencie zaczęłam dzielić się swoimi obserwacjami i przeżyciami, żeby wyjść poza tę jedną klatkę, w którą łatwo się dziennikarkę wsadza.
A ucieczka "zza prezenterskiego stołu" w pisanie książek, tekstów nie była także próbą pokazania światu: jesteś kimś więcej niż "tylko" prezenterką?
Chciałam odczarować ten obraz "blondynki z telewizji", "miłej pani, która czyta z promptera". Kobiety w tym zawodzie ciągle muszą udowadniać więcej.
Mężczyzna w newsach jest domyślnie kompetentny, dopóki nie udowodni, że nie jest. Kobieta odwrotnie. Najpierw musi pokazać, że ma wiedzę, doświadczenie, dziennikarski instynkt, a dopiero potem dostaje kredyt zaufania

Jak to się robi?
Najprostszy chwyt to kostium. Dziennikarki newsowe wkładają garnitury. Może być marynarka, biała koszula, ciemne spodnie, żeby dodać przekazowi powagi. To rodzaj zbroi: im bardziej "męsko" wyglądasz, tym mniej widz zastanawia się nad twoim wyglądem, a bardziej słucha tego, co mówisz.
Trochę się wtedy upodabniamy do kolegów, żeby być traktowane jak oni. To powoli się zmienia, na ekranie jest coraz więcej miejsca na kobiecość. Nadal mam jednak wrażenie, że każda z nas, świadomie albo nie, wybierając strój, stawia sobie pytanie: czy ta sukienka nie odbierze mi powagi?
Uciekasz od polityki w lifestyle?
Nie, ja tak tego nie postrzegam, zresztą nigdy też nie byłam w publicystyce. Moim zawodowym corem zawsze były informacje. Zdrowie i wellbeing to po prostu coś, co mnie bardzo interesuje. A z kobietami i ich problemami od zawsze jest mi po drodze. To nie była więc żadna ucieczka, ale naturalna droga w kierunku, który jest mi bliski. Nie jest sztuką wyłącznie opowiadać o wielkiej polityce, ale też o tym, co dotyka zwykłego Kowalskiego.

W TVN24 nie mogłabyś się w ten sposób realizować? Dlatego w 2022 roku, po niemal dekadzie, wróciłaś do Polsatu?
To był moment, kiedy poczułam, że w TVN24 zamknęłam pewien rozdział. Zrobiłam tam wszystko, co mogłam i zaczęłam się powtarzać, a to dla mnie sygnał, że trzeba ruszyć dalej. Propozycja z Polsatu trafiła idealnie w ten moment.
Dawała mi możliwość zostania w newsach, w "Wydarzeniach", ale jednocześnie otwierała przestrzeń na inne formaty: podcast, program w Polsat Cafe. To był też w pewnym sensie powrót do firmy, którą znałam, bo w Polsacie zaczynałam jako producentka "Wydarzeń". Wiedziałam, jak ta redakcja oddycha.
A może Polsat to szyld, który nie antagonizuje tak bardzo jak TVN. Kiedy decydowałaś się na zmianę stacji, to także była jedna z zalet?
Nie odchodziłam z TVN24 dlatego, że ktoś mi narzucał kierunek. Po prostu wiedziałam, że osiągnęłam tam swój sufit. Polsat dał mi poczucie, że nie jestem wpisywana w żadną polityczną drużynę, co widać w rankingach obiektywności. A że to się komuś z zewnątrz wydaje wygodne politycznie? Trudno, ja to czytam inaczej. Robię swoją robotę, a nie tłumaczę się z klubowych barw.

Jednak z powodu zmiany telewizyjnych barw spotkał Cię hejt. Byli tacy, którzy odebrali Twój transfer jako polityczną deklarację.
Ludzie postrzegają rzeczywistość zerojedynkowo. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam – nie ma miejsca na niuans, na "to zależy", na "zobaczmy". Wiem, jak łatwo można zaszufladkować konkretne nazwiska.
Moja decyzja o przejściu do "Wydarzeń" była przemyślana. Poprzedziły ją tygodnie głębszej obserwacji pracy redakcji "Wydarzeń", w której mimo politycznych zawirowań nadal pracują dziennikarze z 20-letnim stażem, pamiętający różne rządy.
Zakładałam, że transfer będzie odebrany jako przejście "na drugą stronę barykady". Ale z dziennikarskiej perspektywy wiedziałam, że to nieprawda. Jeszcze w 2008 roku tę redakcję kształtował Tomasz Lis, warto o tym pamiętać, zanim przyklei się jej etykietki.

Jak dziś patrzysz na Tomasza Lisa? Jego kariera to dowód na to, że dziennikarz powinien trzymać się z dala od polityki?
Trochę tak. Czasami coś nas tak bardzo angażuje, że przestajemy widzieć granicę, a w naszym zawodzie ta granica jest wszystkim. Każdy ma swoje poglądy, to oczywiste. Ale rola dziennikarza informacyjnego polega na tym, żeby pokazać różne punkty widzenia, a nie prowadzić widza za rękę do gotowej tezy.
Nie traktuję widza jak kogoś, komu trzeba podać interpretację na tacy. Brak komentarza w informacji to nie ułomność, to gest szacunku. Zmusza widza do tego, żeby sam pomyślał, czasem sięgnął po inne medium, porównał. I to jest dokładnie to, czego chcę.
Zaglądasz do konkurencji? Oglądasz też Republikę, wPolsce24?
Czasami, choć nie robię tego regularnie, czytam i "Do rzeczy", i "Gazetę Wyborczą", "Politykę". Wtedy jest mi łatwiej dyskutować z osobami, które próbują mi zarzucić, że po przejściu do Polsatu reprezentuję jakiś konkretny "szyld".

Gdy zapytasz taką osobę, gdzie widzi przechył albo jakiego materiału zabrakło, najczęściej milknie. Łatwiej powtarzać ogólne, zasłyszane opinie niż podać konkretne argumenty.
Nawet gdy na czele informacji stała Dorota Gawryluk, a nie tak jak dziś Piotr Witwicki?
Myślę, że to właśnie schematy, w które czasem wpadamy, przypisując osobom takim jak Bogdan Rymanowski, Dorota Gawryluk czy Piotr Witwicki określone poglądy. Gdyby redakcja, do której dołączyłam, działała w sposób dla mnie nie do przyjęcia, nie zdecydowałabym się na ten krok.
To był zresztą czas przedwyborczy, mocno pilnowaliśmy standardów, np. równego czasu antenowego dla przedstawicieli nie tylko różnych partii politycznych, ale nawet ich wewnętrznych frakcji.
Polsat jest bezstronny, a może symetryczny?
Polsat idzie środkiem i nie boi się pokazywać różnych stron. Jest u nas Grzegorz Jankowski, jest Agnieszka Gozdyra, są eksperci z prawej i z lewej. Jest takie powiedzenie: nigdy nie próbuj gorącej zupy, bo się sparzysz. Jak ostygnie, inaczej smakuje.

I Wy w Polsacie czekacie aż zupa ostygnie?
Dokładnie. Do pewnych wydarzeń trzeba mieć dystans – stanąć z boku, zobaczyć je w szerszym kadrze. Wiem, że dzisiejszy widz jest spragniony emocji, że to one napędzają klikalność i oglądalność. Właśnie dlatego uważam, że w tak spolaryzowanym świecie naszą robotą jest emocje wyciszać, a nie dolewać oliwy do ognia. Dziennikarz informacyjny nie jest od tego, żeby krzyczeć najgłośniej.
Takie podejście macie w "Wydarzeniach"?
Tak i to jedna z najmocniejszych naszych stron. Obiektywizm rozumiany nie jako bezbarwność, ale jako uczciwość wobec widza. Nie mówimy mu, co ma myśleć. Dajemy fakty, kontekst, różne głosy, a wnioski może wyciągnąć sam. Tematy polityczne i gospodarcze tłumaczymy przez pryzmat tego, co widz ma w portfelu, w rachunkach, w codzienności, bo "inflacja bazowa" niewiele mówi, dopóki nie pokażesz, ile to oznacza w cenie chleba i racie kredytu. I jest trzeci filar: wątek społeczny, do którego mam słabość.

Bo newsy mają taki przechył: katastrofy, awantury polityczne. A życie to też lokalne inicjatywy, ludzie, którzy rozwiązali problem, którego państwo nie ruszyło. Chcemy pokazywać nie tylko to, gdzie się sypie, ale też to, co warto naśladować.
Dziennikarstwo, które tylko diagnozuje patologie, robi z widza cynika. A ja chcę, żeby wstał od telewizora z poczuciem sprawczości.
Dlaczego więc "Wydarzenia" ustępują konkurencji pod względem oglądalności? Liderem są "Fakty", a "Wydarzenia" raczej zamieniają się miejscami z "19:30" TVP1.
Widzowie są silnie przywiązani do konkretnego medialnego brandu i tego, co w nim znajdą. Tych, którzy oglądają Republikę, trudno namówić do przejścia na "drugą stronę", pokazania, że jest jakiś "środek".
A może w dobie tak silnej polaryzacji nikt tego środka nie szuka?
Dziś media działają jak ring bokserski. Widz przychodzi po walkę, nie po rozmowę. Wyrazistość, ostre tezy, jednoznaczne sądy to są ciosy, które mają go utrzymać przed ekranem. Środek na pierwszy rzut oka wygląda przy tym blado, ale my patrzymy długodystansowo.
Bo w tym zawodzie chodzi o zaufanie, a zaufania nie buduje się krzykiem. Buduje się je latami, rzetelnością, tym, że widz wie, że tu dostanie fakty, nie agitację. Krzykacze przychodzą i odchodzą wraz z koniunkturą polityczną, a ten, kto przez lata trzymał poziom, zostaje.
Nie zależy Wam na oglądalności?
Oczywiście, że zależy nam na jak najlepszych wynikach. I potwierdza się, że cierpliwość się opłaca. W ostatnim czasie dochodzą do mnie głosy z różnych środowisk, z różnych branż, które coraz bardziej zauważają potrzebę centrum. Ludzie są przebodźcowani, przeładowani jedną narracją.
Czy po zmianie warty na szczycie władz Polsatu coś się zmieniło?
U nas nie, dalej robimy swoje. Nie ma żadnych ingerencji czy niedomówień. Najwięcej na ten temat dowiadujemy się chyba z doniesień medialnych. Nie odczuwam niepokoju. Sytuacja jest stabilna.
A dlaczego przed trzema laty nie przyjęłaś oferty przejścia do TVP? Czym Cię wabili?
Informacjami, ale nie myślałam wtedy o odejściu z Polsatu. Ten pomysł więc szybko upadł, tym bardziej że byłam już zaangażowana w inne projekty, jak np. program "Walka o życie".
Ten program dostałaś w transferowym pakiecie? Czy musiałaś przekonać do niego władze Polsatu?
Nie, nie dostałam go od razu, na wejściu. Transfer obejmował możliwość własnego programu, o ile oczywiście będzie on zgodny ze stacją i nienaruszający mojej wiarygodności. Pomysł na program "Walka o życie" narodził się dopiero w podcaście, gdy coraz częściej poruszałam z gośćmi tematy zdrowotne.
Pierwszy odcinek "Walki o życie" pojawił się w 2023 roku, ale na kolejny trzeba było długo czekać. Dlaczego?
To był po prostu moment przejściowy w stacji, nowe układanie priorytetów. W takich okresach niektóre projekty naturalnie czekają na swoją kolej, bo decyzje budżetowe wymagają stabilności. Trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Bohaterowie programu byli, historie były, pomysł był – brakowało tylko zielonego światła, które w końcu przyszło.
Ostatecznie trzy lata po premierze pilota serii "Walka o życie" dopiero wiosną tego roku trafiła do regularnej emisji w Polsat Cafe. Choć znów program zapowiadany był na jesień...
Tym razem opóźnienia były związane z realizacją. To nie jest paradokument, to prawdziwi bohaterowie i ich historie, wielomiesięczne procesy leczenia, które śledziliśmy z kamerą i które np. wydłużały się z powodu przełożenia operacji.
Mimo że "Walka o życie" przedstawia dramatyczne historie i bohaterów, których los doświadczył m.in. chorobą czy wypadkiem, nie jest to program, w którym smutek dominuje.
Bardzo mi na tym zależało, żeby pokazać pełną gamę emocji: smutek, przygnębienie, momenty beznadziei, ale też radość, ulgę, te małe światełka, które w chorobie znaczą więcej niż wszystko inne razem wzięte.
Smutek pokazany bez nadziei zostawia widza z poczuciem bezsilności, a ja nie chciałam robić programu, po którym ludzie pomyślą 'lepiej o tym nie myśleć'. Chciałam, żeby pomyśleli: 'skoro oni dali radę, to może i ja dam'
Wiele razy mówiłaś, że Twoje dzieciństwo było związane z chorobą rodziców. Jakie emocje towarzyszyły Ci po latach, gdy wróciłaś do tego tematu?
Powrót do tego jest trudny, co zapewne będzie widać w kolejnych odcinkach. Ale ma to też dobrą stronę. Chciałam pokazać coś, czego sama doświadczyłam, że choroba dotyka nie tylko pacjenta, lecz także całą jego rodzinę. Najczęściej cała uwaga skupia się na osobie chorej i to ona otrzymuje wsparcie. Tymczasem bliscy pozostają w tle, choć często również bardzo go potrzebują, tylko w innej formie. Ich emocje i przeżycia wciąż zbyt rzadko są zauważane i zaopiekowane.
Choroba często staje się też tematem tabu.
Bo nie umiemy rozmawiać o trudnych rzeczach. Boimy się, że powiemy coś nie tak, że zranimy, że nie znajdziemy właściwych słów, więc zwykle nie mówimy nic. A milczenie w rodzinie dotkniętej chorobą bywa cięższe niż sama choroba.
Chory zostaje sam ze swoim strachem, bliscy ze swoim i każdy dźwiga to w pojedynkę, choć są pod jednym dachem. Ten program ma między innymi pokazać, że nie ma "właściwych słów" , jest tylko gotowość, żeby być obok i słuchać. Czasem to wystarczy. Często to jest wszystko, czego druga osoba potrzebuje.
Można powiedzieć, że dla Ciebie program "Walka o życie" był formą terapii, okazją do przepracowania trudnych doświadczeń z dzieciństwa?
Nie nazwałabym tego terapią, ale był to powrót do trudnych doświadczeń i uświadomienie sobie, dlaczego o niektórych sprawach nie potrafię mówić. Dopiero od kilku lat jestem w stanie otwarcie rozmawiać z mamą o tym, co się wydarzyło. Przez długi czas choroba pozostawała tematem tabu.
To była też okazja, żeby pokazać widzom zupełnie inną Katarzynę Zdanowicz. Zależało Ci na tym?
Tak, zdecydowanie. W newsach przez ponad 20 lat uczyłam się trzymać emocje na wodzy. Ale przez te wszystkie lata zbiera się w środku coś, co chce wreszcie wyjść. "Walka o życie" daje mi tę przestrzeń. Pierwsze kroki zrobiłam w podcaście i poczułam, że to jest mój kierunek. Tu mogę wreszcie być sobą w pełni z tym, co mnie wzrusza, boli, czego się boję i co mnie cieszy.
Jaką cenę za to płacisz?
Wysoką. Bohaterowie tego programu zostają we mnie na długo. Ich twarze, słowa, momenty, w których pękali i cieszyli się przy mnie. Nie da się tego zostawić w studiu i wrócić do domu jakby nigdy nic. To program, który kosztuje sporo emocji, ale to ten rodzaj kosztu, na który świadomie się godzę.
W zawodzie dziennikarza obciążeń nie brakuje. To specyficzny zawód.
To prawda, w mediach żyje się szybko. Trzeba być zorientowanym, mieć podzielną uwagę, szybko reagować i podejmować decyzje, a jednocześnie cały czas być w formie. A przecież sami też mierzymy się z własnymi zmartwieniami i życiowymi zawirowaniami. Oczywiście dziennikarstwo nie jest jedynym wymagającym zawodem, ale bez wątpienia jest specyficzne.
Co Ci umknęło przez ten zawodowy pęd?
Sporo. Najbardziej pierwsze lata syna. Mam z tego okresu poczucie winy, którego do końca chyba nigdy się nie pozbędę. Bo nie da się wracać do domu po dwudziestej trzeciej i wmawiać sobie, że później ten czas się nadrobi.
Po narodzinach syna szybko wróciłaś do pracy?
Po pół roku. To była świadoma decyzja, choć dziś widzę w niej sporo egoizmu. Po prostu nie potrafiłam zrezygnować z pracy. Coś za coś. Później przyszły wątpliwości: czy zbudujemy bliską relację, czy syn kiedyś nie zarzuci mi, że mamy nie było. Dziś zrobiłabym to inaczej.
Zostałabyś z dzieckiem?
Tak. Wybrałabym opiekę nad dzieckiem. Ale gdy człowiek ma dwadzieścia kilka lat, myśli kategoriami kariery, nie kategoriami straconego czasu. Dziś rozumiem, że tych pierwszych miesięcy nikt mi nie odda.
Czułaś presję ze strony redakcji?
Nie, presja siedziała we mnie. Ja sama sobie nie dawałam tego prawa. Dziś każdej koleżance w ciąży powiem to samo: nie rezygnuj z czasu z dzieckiem. Nie rób niczego wbrew sobie, bo tych miesięcy się nie odzyskuje i nie zrekompensujesz ich żadnym awansem, żadnym programem, żadnym sukcesem zawodowym. Można pogodzić jedno z drugim, ale trzeba sobie na to pozwolić. Wtedy mi się wydawało, że najbezpieczniej jest po prostu wrócić. Dziś wiem, że to było raczej wygodne niż bezpieczne.
Nie planujesz zawodowych zmian?
Media są dziś w takim momencie, że trudno założyć co będzie dalej. Zmieniają się same media, otoczenie i rynek pracy. To, co dziś wydaje się stabilne, jutro niekoniecznie takie będzie. Ludzie zmieniają pracę z różnych powodów i mają do tego pełne prawo. Ale dziś czuję się dobrze ze swoją pracą.
Jak dziś, po prawie 20 latach w dziennikarstwie, oceniasz ten zawód, który w ostatnich latach mocno się zmienił i – zdaniem wielu – zdewaluował? Dziś publikować może każdy, także osoby o niejasnej wiarygodności, jak Żurnalista, u którego również byłaś. Nie budziło to Twoich wątpliwości?
To ważne pytanie i nie chcę go zbywać. Zanim się zgodziłam, sprawdziłam, kto u niego wcześniej był, jakie są zarzuty, jak na nie odpowiada. Nie znalazłam niczego, co kazałoby mi powiedzieć "nie". Powiedziałam mu też wprost o swoich wątpliwościach.Uznałam, że to uczciwsze niż udawanie, że ich nie mam. Ostatecznie podjęłam decyzję, za którą biorę odpowiedzialność.
Zapłaciłaś za wywiad u Żurnalisty?
Za żaden wywiad nie płaciłam ani u Żurnalisty, ani w innym podcaście czy w ogóle w mediach.
Co ktoś z Twoim doświadczeniem w mediach myśli o dzisiejszym "dziennikarstwie instant"? Droga na skróty?
Pewnie, że jestem zwolenniczką, żeby ta ścieżka zawodowa była wieloetapowa. Sama zaczynałam od pisania tekstów, potem byłam producentką. Dziś ta droga wyraźnie się skraca.
Z drugiej strony nie dziwi mnie to, że ludzie chcą wykorzystać szansę, jaką dają im media społecznościowe, podcasty i cały postęp technologiczny. Widzę w tym analogię do transformacji gospodarczo-ustrojowej w latach 90., kiedy też powstawały wielkie biznesy i kariery. Dziś powstają nowe zawody, są nowe możliwości, a ludzie to wykorzystują i zarabiają na tym pieniądze.
Z drugiej strony w zalewie rozmów, samozwańczych ekspertów i dziennikarzy w mediach społecznościowych trudniej zweryfikować, co jest prawdą, a co nie.
Uważam, że treści w social mediach powinny podlegać pewnemu nadzorowi. Jednocześnie cenię inicjatywę osób działających w sieci. Mam też koleżanki, które nie są zawodowymi dziennikarkami, a tworzą wartościowe rozmowy słuchane przez wielu odbiorców. Taka wiedza jest potrzebna i przydatna, więc nie mam z tym problemu. Rynek jest na tyle szeroki, że każdy może znaleźć w nim swoje miejsce.
Jaki będzie twój medialny kawałek za jakieś 10-20 lat? Gdzie się widzisz i w jakiej roli? Bardziej Hanna Lis czy Monika Olejnik?
Bardziej Martyna Wojciechowska.
Dlaczego?
Bo przeszła całą drogę, od dziennikarki rozrywkowej, przez podróże, aż po rolę ekspertki i ambasadorki ważnych społecznie spraw. Umiejętnie wykorzystała do tego swoją medialną pozycję. To dla mnie inspiracja, bo rozpoznawalność, którą dziś mam, nie jest celem samym w sobie: jest narzędziem realnego wpływu w tematach, które są mi bliskie: kobiet, zdrowia, rodzin mierzących się z chorobą. To jest mój horyzont.












