Ćwierć wieku w mediach to cała wieczność. Przez ostatnie 25 lat zmieniło się niemal wszystko: technologia, nośniki, szybkość przekazu i formaty. Dziś redakcjami zarządzają ludzie, którzy w nawigowaniu po cyfrowym świecie nie mają sobie równych. Ale przecież każdy z nich – niezależnie od tego, czy dziś jest dyrektorem wydawniczym, szefem redakcji, czy dziennikarzem – musiał kiedyś postawić swój pierwszy krok.
Pierwszy dzień w redakcji to uniwersalne doświadczenie. Niezależnie od epoki pachnie tak samo: tanią kawą, paraliżującym stresem i bezgraniczną naiwnością debiutanta. Postanowiliśmy zebrać te wspomnienia. Bez lukru, za to z ogromnym dystansem do siebie.
Sejm w jeansach i marzenia dziennikarza-elektryka
Lata 90., Szczecin. Świeżo upieczony maturzysta puka do drzwi Polskiego Radia. To Roman Czejarek, dzisiaj nagradzany dziennikarz radiowy i podcaster. W czasach, gdy do mediów trafiało się głównie "z polecenia", widok maturzysty, który ot tak wchodzi z ulicy i mówi, że chce pracować, musiał wywołać szok. Zwłaszcza gdy na pytanie o studia odpowiedział, że zamiast polonistyki wybrał politechnikę. I chce być inżynierem elektrykiem.

– W tym całym zamieszaniu miałem dużo szczęścia. Sekretarz rozgłośni, Jacek Wiśniewski, kazał pożyczyć mi magnetofon i powiedział: "To idź i coś nagraj, wszystko jedno co, zobaczymy co potrafisz" – wspomina dziś Czejarek.
Magnetofon był szpulowy (UHER 4000), na skórzanym pasku, ważył 10 kilogramów i zżerał baterie w błyskawicznym tempie. Pytanie: co nagrać, by zrobić wrażenie? Akurat w klubie "Pinokio" były otrzęsiny dla studentów pierwszego rocznika. Poszedłem, nagrałem i wróciłem do radia. Nie pamiętam, jak poradziłem sobie z montażem, ale pamiętam wycenę, którą ówczesny szef poranka, czyli "Studia Bałtyk" określił na 500 złotych, co zamaszyście napisał na pudełku. Mam je do dziś. Był 11 października 1986 roku.
Początek lat 90. i dwutysięcznych to okresy wielkich transformacji medialnych. Najlepiej widać to na przykładzie wspomnień o miejscach, które dziś obwarowane są setkami procedur i kordonami biur prasowych.

W 1991 roku zasady gry w zasadzie nie istniały. Agnieszka Wołk-Łaniewska, redaktor naczelna tygodnika "NIE", wspomina ten moment jako zderzenie dwóch światów w gmachu przy Wiejskiej. Obok statecznych, dystyngowanych weteranów pod krawatem, w Sejmie nagle pojawił się głośny, rozkrzyczany tłum młodzieży w jeansach.
Wołk-Łaniewska miała zaledwie 19 lat, była na drugim roku studiów, gdy starszy, brodaty redaktor w źle skrojonym garniturze wszedł na salę wykładową szukać praktykantów. Zgłosiły się tylko dwie osoby. Tak oto nastolatka została pełnowymiarową korespondentką sejmową z przepustką otwierającą niemal wszystkie drzwi.
14 listopada 1991 roku – w dniu, w którym Bronisław Geremek rezygnował z misji tworzenia rządu – usłyszała od mentora jedyną wskazówkę: "Tu jest giełda", po czym wskazał jej cztery wysiedziane fotele pod lożą prasową. Reszty musiała dowiedzieć się sama, szybko odkrywając, że sejmowe kuluary to po prostu najkrótsza droga między lożą a dolną palarnią, która – jak wspomina naczelna "NIE" – naprawdę służyła do palenia papierosów.

Zupełnie inaczej, bo od bolesnego odbijania się od drzwi, zaczynała w 2005 roku Agnieszka Mazuś, teraz redaktorka naczelna serwisu Jawny Lublin. Jej naturalnym wyborem była lubelska "Gazeta Wyborcza", jednak tamtejszy naczelny nigdy nie znalazł dla niej czasu. Przeszła więc dwie ulice dalej – do "Dziennika Wschodniego".
– Tego samego dnia przyszła nas trójka, którą trzeba było jakoś "zagospodarować". I tak na wiele tygodni trafiłam pod skrzydła Tomasza Wilczkiewicza, znakomitego rysownika, który redagował też strony Kraj/Świat z materiałów PAP-owskich. (...) To był rok 2005. Mówiło się już, że gazety papierowe się kończą, ale chyba bez większego przekonania – opowiada Mazuś.
Nakłady były ogromne, newsroom liczył kilkadziesiąt osób. Na tematy jeździło się w teamie z fotoreporterem. Albo dzwoniło po ludziach z książki telefonicznej. Bo najważniejsi byli ludzie, nikt nie odważyłby się oddać tekstu bez wypowiedzi co najmniej kilku osób. Żaden urząd, żadna instytucja nie produkowały gotowców. Nikt nie zabraniał dyrektorom wydziałów czy departamentów rozmawiać z dziennikarzami, bo jest przecież biuro prasowe. Te czasy dopiero miały nadejść. Dobrze pamiętam pierwsze trudne telefony. Do rzeczniczki lubelskiej policji, która nie była najmilszą osobą pod słońcem. Do proboszczów lokalnych parafii, którzy na hasło "Dziennik Wschodni" potrafili rzucić słuchawką. Wiele lat mi zajęło, by numery do tych instytucji wybierać bez nerwów.
"Pisz tak, żeby menel zrozumiał"
Wielu z nas "wchodziło" do zawodu z głową pełną ideałów, marząc o wielkich reportażach śledczych i literackich esejach. Zderzenie z redakcyjną rzeczywistością bywało jednak bolesne – choć po latach okazuje się najlepszą możliwą szkołą.

Rafał Pikuła, aktualnie redaktor prowadzący magazyn Spider’s web+, od zawsze wiedział, że chce być dziennikarzem – zwłaszcza od momentu, gdy jego karierę piłkarską przerwał brak talentu.
Zanim jednak trafił na studia do Warszawy, postanowił sprawdzić, jak pachnie prawdziwy newsroom w lokalnym tygodniku. Zaczął klasycznie: segregowanie teczek, załatwianie sprawunków, parzenie kawy. Prawdziwy staż pełną gębą.
Szybko trafił na dywanik do redaktor naczelnej. Gdy młody adept dumnie oświadczył, że jego dziennikarskim wzorcem jest "Tygodnik Powszechny", szefowa bez słowa podeszła z nim do okna. Pokazała mu pana stojącego pod pobliską budką z piwem i rzuciła krótkie, legendarne już przykazanie: "Masz pisać tak, żeby nawet on zrozumiał. Na eseje i reportaże przyjdzie czas".
Następnego dnia Pikuła zamiast naprawiać świat, mierzył linijką dziury w asfalcie, pisał o modernizmie zasłanianym styropianem i zawodach balonowych. Do stolicy jechał już jednak jako autor z drukowanym debiutem na koncie. Do dziś powtarza, że media lokalne ze swoją bliskością i konkretnością to absolutna esencja tego zawodu.

Podobne, choć ubrane w ramy technologicznego paradoksu, początki miał Piotr Mieśnik, dziś dyrektor wydawniczy serwisów tematycznych w Wirtualnej Polsce. Co ciekawe, Mieśnik wcale dziennikarzem być nie chciał. Bardziej kręciła go polityka lub sala sądowa. Na praktyki do radomskiego oddziału "Słowa Ludu" poszedł tylko po to, by zdobyć dodatkowe punkty na studia i towarzyszyć koledze. Szef wysłał go "na miasto", by po prostu słuchał ludzi i zapełniał krótkimi obrazkami lokalną rubrykę.
Moje pierwsze kilkuzdaniowe dzieło to była migawka o mieszkańcach bloku oburzonych na pracowników instalujących ocieplenie na elewacji, którzy to mieli zaglądać im w okna i podglądać. W tym samym czasie rekordy popularności biła pierwsza edycja "Big Brothera", gdzie to z kolei my podglądaliśmy uczestników. Ten krótki tekst zbudowałem właśnie na tym paradoksie: bycia oburzonym na bycie podglądanym, a jednocześnie czerpiącym przyjemność z podglądania. Potem było jeszcze kilka tekstów, raczej mniejszych niż większych. Zarobiłem dodatkowe punkty, dostałem się na dzienne studia na UW. (...) Nie chciałem być dziennikarzem. Dziś nie wyobrażam sobie ciekawszej drogi zawodowej niż ta w mediach. Trudnej, wyboistej, ale jednak dającej masę sprawczości i satysfakcji.
Szczęśliwy traf i rzucenie na głęboką wodę
Czasami o wejściu do zawodu decydował absolutny przypadek, potężne szczęście albo... epidemia grypy. Wtedy nie było czasu na parzenie kawy, trzeba było od razu "szyć" materiał na czołówkę.
W dokładnie taki sposób w kieleckim oddziale "Gazety Wyborczej" wylądował 20-letni Jakub Wątor, dzisiaj dziennikarz, youtuber. Gdy połowa redakcji się rozchorowała, dostał krótką wiadomość od koleżanki: "Potrzebujemy kogoś do pisania, przyjdź, spróbuj".

Wątor potraktował sprawę śmiertelnie poważnie: założył marynarkę, a CV starannie włożył w foliową koszulkę. Na miejscu okazało się jednak, że garnitury w newsroomie nikogo nie obchodzą. Szefowa redakcji, Alina Janusz, nawet nie spojrzała w dokumenty, za to od razu skróciła dystans: "I jeszcze jedno: tutaj każdy do każdego mówi na ty, nawet do Adama (Michnika – red.). A teraz siadaj pisać".
Stres natychmiast minął, a Wątor trafił pod skrzydła starszych kolegów, przechodząc przyspieszony kurs walki o czołówki. A Michnikowi kilka lat później rzeczywiście mówił już po imieniu.
Z kolei Jakub Wiech (dziś autor podcastu "Elektryfikacja") dołączał do mediów branżowych dekadę temu. Wtedy energetyka jawiła się jako kameralna, cicha nisza, a zespół Energetyka24 liczył zaledwie trzech redaktorów. Gdy Wiech odchodził z zespołu jako redaktor naczelny, było ich już dziesięciu.

Mały skład oznaczał jedno: brak taryfy ulgowej i natychmiastowe rozpoznanie bojem. Zaledwie kilka dni po starcie młody dziennikarz został wysłany na konferencję wynikową potężnej spółki.
Miał misję: zdobyć oryginalny komentarz prezesa. Jakub Wiech nie do końca wiedział, o co właściwie ma zapytać. Zagadnął prezesa o to... czy spółka mu się podoba. Prezes rzucił lakoniczne: "bardzo", co w tekście ostatecznie się nie ukazało. Ale lekcja wyciągnięta z tej uroczej wpadki procentuje do dzisiaj. I jak mówi sam Wiech: "jest co wspominać".
Magia eteru i szklanego ekranu
Media tradycyjne – radio i telewizja – mają w sobie coś magnetycznego. Kiedy zapala się czerwona lampka z napisem "on air" lub "live", rzeczywistość wokół przestaje istnieć. Przekonały się o tym trzy przedstawicielki naszej branży, choć każda z nich zapamiętała to zupełnie inaczej.

Eliza Michalik (aktualnie dziennikarka publikująca materiały na YouTube) od dziecka powtarzała wszystkim, że pojedzie do Warszawy i zostanie dziennikarką. Choć w swojej bogatej karierze zwiedziła redakcje prasowe, radiowe i telewizyjne, to właśnie ta ostatnia skradła jej serce.
Co ciekawe, Michalik – wbrew powszechnym doświadczeniom – nigdy nie miała telewizyjnej tremy. Stres pojawiał się tylko przed wejściem do studia. Gdy jako gość w TVP (dziś już nawet nie pamięta u kogo) zobaczyła czerwone światło kamer, natychmiast zapomniała o całym świecie i bez pamięci zatraciła się w dyskusji. Ta naturalność i miłość do ekranu zostały z nią do dziś.
Dla Renaty Kim absolutnym fundamentem miłości do tego zawodu stał się z kolei nocny dyżur w radiu RMF FM, na słynnym krakowskim Kopcu Kościuszki. Jej zadanie polegało na gorączkowym tłumaczeniu depesz z języka angielskiego dla prezentera czytającego serwisy informacyjne.

Adrenalina i poczucie, że siedzi się w samym centrum dowodzenia światem, były uzależniające. Kim do dziś pamięta ten powrót taksówką z redakcji i piękny krakowski świt, po którym długo nie mogła zasnąć. Wiedziała, że przepadła w dziennikarstwie na dobre.
Na koniec zostawiamy historię, która udowadnia, że w radiu sekundy decydują o wszystkim, a techniczne wpadki potrafią stworzyć radiowca z krwi i kości.
Agnieszka Kołodziejska zaczynała w łódzkim Radiu Classic jako handlowiec. Gdy w końcu "wychodziła" u prezesa szansę na antenowy debiut, usłyszała: "Dobrze, przyjdź dzisiaj w nocy. Po północy zrób dwugodzinny program. Ja cię posłucham i zobaczymy".
Przyszła o wiele wcześniej, pieczołowicie wertując ogromne regały z płytami CD i przygotowując każde słowo, które miało paść na antenie.
Moje pierwsze wejście było mocno kontrolowane przez moich dwóch przyjaciół – Dominika i Michała. Włączyłam mikrofon i zrobiłam przepiękne, klasyczne prezenterskie wejście, puściłam piosenkę i zauważyłam, że panowie pokazują mi coś na migi. Nie wiedziałam, o co im chodzi. Oni dalej pokazywali coś, ja nie rozumiałam, aż w pewnym momencie powiedziałam: "Ale co, ku**a?". I wtedy usłyszałam samą siebie w słuchawkach, bo nie wyłączyłam sobie mikrofonu. Taki był mój pierwszy program, a mimo wszystko po 28 latach nadal tu jestem.












