We wtorek o 16.30 na antenie TVN24 zapadła cisza. Później Tomasz Sianecki przekazał widzom jednym zdaniem: "Dziś, 4 sierpnia 2026 roku, zmarł nasz kolega, przyjaciel, autorytet Andrzej Morozowski". 69-letni dziennikarz zmagał się z chorobą nowotworową.
Sianecki zaprosił do studia osoby, które chcą wspominać Andrzeja Morozowskiego. Popołudnie i wieczór w TVN24 upłynęły pod znakiem wydania specjalnego. Przed kamerami pojawili się ludzie, którzy przez lata siedzieli z Morozowskim w jednym studiu, spotykali na sejmowych korytarzach, spierali o politykę, uczyli od niego zawodu albo po prostu byli jego przyjaciółmi.

"Fakty" TVN również rozpoczęły się od informacji o jego śmierci. Materiał poświęcony Morozowskiemu przygotowała Katarzyna Kolenda-Zaleska. W czasie programu "Tak jest", który stworzył i przez wiele lat prowadził Morozowski, pokazywano puste krzesło. Ten prosty obraz mówił więcej niż najdłuższe pożegnanie.
Reporter z "kaloryferem" na plecach
Maciej Sojka, prezes TVN24 w latach 2001-2005, wspomina, że zobaczył Andrzeja Morozowskiego po raz pierwszy podczas manifestacji pod Belwederem. Dziennikarz był już wówczas jednym z czołowych reporterów Radia ZET.
– Szedł razem z protestującymi, trzymając na plecach wielki telefon Motoroli, tak zwany kaloryfer. Nadawał na żywo. Zaimponował mi tym, że potrafił wszystko zgrabnie i szybko podsumować, opowiedzieć barwnymi słowami to, co widział. Od pierwszej chwili czułem, że mam przed sobą mistrza, od którego będę mógł się sporo nauczyć – opowiada Sojka w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Była to jedna z najważniejszych umiejętności Morozowskiego: nawet w największym zamieszaniu nie tracił orientacji. Potrafił oddzielić wydarzenie od politycznego teatru, informację od hałasu, a następnie opowiedzieć o wszystkim bez napuszenia i zbędnych komplikacji.
Michał Wójcik, dziennikarz historyczny współpracujący z "Gazetą Wyborczą", wspomina, że poznali się w Radiu ZET w 1992 roku. Morozowski był wtedy filarem działu informacji i reporterem sejmowym. Młodsi dziennikarze obserwowali go, traktowali jak zawodowy wzorzec.

– Emanował nieprawdopodobnym spokojem, a wtedy bardzo dużo się działo. Polska demokracja dopiero powstawała. Miała przeróżne cechy: była śmieszna, tragiczna, żenująca, wspaniała. My, młodsi dziennikarze, reagowaliśmy impulsywnie, a on z absolutną siłą spokoju największe absurdy przekuwał w wiadomości – opowiada Wójcik.
Kiedy nie rozumiał politycznej układanki, dzwonił właśnie do Morozowskiego.
Potrafił przełożyć coś z "hieroglifów" na język polski. Umiał zrobić to w minutę, bo tyle mieliśmy czasu na antenie. Andrzej był latarnią morską w świecie chaosu.
Uczył się dziennikarstwa razem z wolną Polską
Morozowski należał do dziennikarzy, którzy od początku obserwowali narodziny demokratycznej polityki w Polsce. Relacjonował wydarzenia parlamentarne, zdobywał informacje, rozmawiał z najważniejszymi politykami i tłumaczył odbiorcom mechanizmy nowego ustroju.

Katarzyna Kolenda-Zaleska poznała go w Sejmie. Jak mówi Wirtualnemedia.pl, razem uczyli się dziennikarstwa w nowej rzeczywistości.
To było strasznie dawno temu. Razem uczyliśmy się tak naprawdę dziennikarstwa w wolnej Polsce. To nas połączyło. Był dla mnie przede wszystkim wielkim przyjacielem. Mogliśmy o polityce rozmawiać godzinami, bo Andrzej kochał politykę. Kochał docierać do sedna. Był jednym z nielicznych, którzy naprawdę drążyli i zadawali pytania.
Jej zdaniem Morozowski nie tylko współtworzył TVN24. Należał do ludzi, którzy budowali wolne media w demokratycznej Polsce po 1989 roku.

– Poprowadził dziesiątki rozmów. Rozmawiał ze wszystkimi najważniejszymi politykami. Komentował to, co działo się w Polsce, kampanie, upadki rządów. Osoba z tak nieprawdopodobną wiedzą o meandrach polityki, pamięcią i dociekliwością bardzo rzadko się zdarza. Polityka była jego pasją i tę ciekawość było widać na antenie. To banał, że nie ma ludzi niezastąpionych. Niestety są ludzie, którzy są nie do zastąpienia – dodaje Kolenda-Zaleska.
Pierwszy wszedł do drużyny TVN24
Pod koniec 2000 roku TVN24 dopiero powstawał – trwał etap planowania nowego kanału. Puste korytarze, niewielki zespół i projekt, którego powodzenia nikt nie mógł zagwarantować. Pierwszy prezes stacji Maciej Sojka kompletował ekipę, a Adam Pieczyński budował koncepcję programową pierwszej polskiej całodobowej telewizji informacyjnej.

Morozowski był wtedy gwiazdą Radia ZET. Miał pozycję, rozpoznawalność i bezpieczne miejsce pracy. Mimo to jako jeden z pierwszych zdecydował się dołączyć do przedsięwzięcia, które dopiero miało udowodnić, że całodobowy kanał informacyjny może w Polsce istnieć.
Sojka wspomina, że jeszcze przed formalnym przejściem Morozowskiego do TVN24 spotykał się z nim i konsultował projekt.
Andrzej był zaangażowany w niego na poziomie bardzo koncepcyjnym. Jeszcze pracował wtedy w Radiu ZET i doradzał mi, co powinienem zrobić. Bardzo mi pomagał i pilnował, żebym trzymał się celu. Był podekscytowany tym pomysłem. Od samego zarania TVN24 należał do osób, które swoimi radami, wsparciem i pomysłami wymyśliły, jak to wszystko powinno wyglądać.

Czy można mu przypisać część późniejszego sukcesu stacji? – Absolutnie tak. Przyczynił się i do jej powstania, i do sukcesu. Za to, jak wspierał mnie i wszystkich w pierwszym, najtrudniejszym miesiącu funkcjonowania stacji, można mu dużą część tego sukcesu zapisać na konto – odpowiada Sojka.
Adam Pieczyński, redaktor naczelny TVN24 w latach 2001-2019, napisał po jego śmierci, że Morozowski był pierwszym znanym dziennikarzem, który zdecydował się zostać częścią tworzącego się zespołu.
"Morozo" – jak nazywano go w redakcji – przyciągało nowe, nieznane i ryzykowne. Według Pieczyńskiego zdecydował się na telewizyjną przygodę, bo był niepoprawnym optymistą. Jednocześnie zachował solidarność z odchodzącą z Radia ZET redakcją informacyjną. Wielu jej dziennikarzy trafiło później do TVN24 właśnie dzięki niemu. Był błyskotliwy, uczciwy i po prostu dobry" – podsumował Pieczyński.

"Wzorzec z Sèvres dziennikarstwa politycznego"
Michał Samul, redaktor naczelny TVN24 i "Faktów" TVN, poznał Morozowskiego w październiku 1996 roku. Sam miał niespełna 21 lat i był na początku drugiego roku studiów. Morozowski był już uznanym reporterem. – Był wzorcem z Sèvres dziennikarstwa politycznego – powiedział Samul na antenie TVN24.
To Morozowski zaprowadził go do Sejmu, pokazał mu politykę oraz reporterski warsztat. Zdaniem Samula ustanowił wzorzec relacjonowania wydarzeń parlamentarnych. Towarzyszył kolejnym kampaniom, kryzysom i przemianom, a obserwowaną przez dziesięciolecia politykę potrafił osadzić w kontekście niedostępnym dla ludzi śledzących ją jedynie od jednej kadencji do następnej.
– Rola Andrzeja w moim życiu to rola człowieka, który zaprowadził mnie do Sejmu, pokazał mi politykę, pokazał mi, na czym to polega. To było długo przed startem TVN24 – mówił Samul. Nazwał Morozowskiego nie tylko przyjacielem i współpracownikiem, lecz przede wszystkim "mistrzem i mentorem dziennikarstwa".

Z podobnej perspektywy mówi Tomasz Terlikowski, publicysta TVN24+. Według niego Morozowski reprezentował dziś coraz rzadszy, "staroświecki" model dziennikarstwa.
– Było jasne, że Andrzej ma poglądy, ale one nie były kluczowe. Kluczowe było wysłuchanie rozmówcy, zadanie mu dobrych i celnych pytań, tak aby widzowie mogli dowiedzieć się możliwie najwięcej o realnych wydarzeniach i stojących za nimi intencjach – mówi nam Terlikowski.
I podkreśla, że było to dziennikarstwo nieco wycofane, próbujące obiektywizować opisywane wydarzenia, ale nieuciekające od odpowiedzialności zawodowej i moralnej.

Ksiądz Kazimierz Sowa, były dyrektor kanału Religia.tv, opowiada o szacunku Morozowskiego do zaproszonych gości. – Dawał innym wyrażać swoje poglądy. Miał ogromny szacunek do argumentów i stanowiska przedstawianego przez rozmówcę. Nie zawsze w dziennikarstwie się to udaje – zauważa.
Sowa mówi, że nigdy nie spotkał w TVN osoby, która nie lubiłaby lub nie ceniłaby Morozowskiego – za profesjonalizm, naturalną życzliwość albo jedno i drugie. – Jego otwartość przenosiła się na wymiar prywatnych kontaktów. Czasami rozmawialiśmy o osobistych sprawach. Nie wiem, czy Andrzej miał z tego jakąś korzyść, ale ja na pewno miałem – dodaje.
Morozowski nie polował na efektowny cytat dla samego cytatu. Anna Kalczyńska z Polsat News napisała po jego śmierci, że ubywa dziennikarzy szukających odpowiedzi. Wspominała jego słyszalny z daleka śmiech, uśmiech, profesjonalizm. "Zawsze życzliwy i profesjonalny, dobry i uczciwy człowiek" – napisała była dziennikarka TVN24.
"Nigdy nie bój się publikować mocnych rzeczy, które są sprawdzone"
Jednym z najważniejszych rozdziałów kariery Morozowskiego był program "Teraz my!", który prowadził wspólnie z Tomaszem Sekielskim. Duet stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów dziennikarskich w kraju.
Prezenter TVN Mateusz Hładki, wówczas młody reporter programu, zapamiętał Morozowskiego i Sekielskiego jako tytanów pracy. "Teraz my!" emitowano w poniedziałkowe wieczory, a redakcja odpoczywała tylko we wtorek. W pozostałe dni pomysły rodziły się niemal bez przerwy – również po wyjściu z biura.
– Andrzej powiedział kiedyś, że uwielbia podróżować, ale nie myśli o wakacjach tak jak wszyscy dookoła, bo tak kocha swoją pracę, że cały czas czuje się jak na wakacjach. W pracy także odpoczywał. To była jego pasja i wielka przyjemność – opowiada Hładki.
Morozowski i Sekielski rozumieli się bez słów, prześcigali w pomysłach i – jak wspomina reporter – mieli odwagę przesuwać granice, które innym wydawały się nie do przekroczenia.
Hładki opowiada o sytuacji, gdy wrócił z Gdańska z bardzo mocną wypowiedzią prałata Henryka Jankowskiego. Materiał dotyczył obciążających informacji na temat najbliższych współpracowników duchownego. Reporter miał wątpliwości, czy publikować nagranie.
Morozowski odpowiedział mu: "Nigdy nie bój się publikować mocnych rzeczy, które są sprawdzone. Zwłaszcza kiedy masz przeczucie, że wywołają wstrząs, który jest prawdą". To zdanie dobrze opisywało jego zawodową odwagę. Nie oznaczała ona jednak pogoni za skandalem. Mocny materiał miał wynikać z faktów, dokumentów i dobrze wykonanej pracy reporterskiej.
"Tak jest", czyli jego własny język telewizji
Szczególne miejsce w zawodowym dorobku Morozowskiego zajmował autorski program "Tak jest". Format dawał możliwość dłuższej rozmowy, wyjścia poza szybkie pytanie i kilkudziesięciosekundową odpowiedź. Był naturalnym przedłużeniem jego sposobu uprawiania zawodu: opartego na przygotowaniu, pamięci, ciekawości i przekonaniu, że widz zasługuje na coś więcej niż wymianę partyjnych komunikatów.
Kazimierz Sowa nazywa Morozowskiego mistrzem rozmowy politycznej i zwraca uwagę, że stworzony przez niego program cieszył się dużą popularnością. Adam Pieczyński widział w "Tak jest" zawodową nagrodę za lata uczciwej pracy. Pisał, że program oparty na długich rozmowach odniósł sukces oglądalnościowy i był "mądrą, inteligencką odpowiedzią na marność tego świata".
Nawet po śmierci gospodarza tytuł programu zabrzmiał jak jego osobista deklaracja. Morozowski nie obiecywał, że świat polityki jest logiczny, szlachetny albo łatwy do opisania. Obiecywał, że spróbuje sprawdzić, jak jest naprawdę.
Czarne oliwki, polityka i śmiech na korytarzu
Poza anteną Morozowski był – jak mówią rozmówcy Wirtualnemedia.pl – człowiekiem lojalnym, szczerym i niezdolnym do prowadzenia podwójnej gry.
– Nie miałem wątpliwości, że jak coś mówi, to tak myśli. Nie musiałem się zastanawiać, czy nie kryje się za tym jakaś gra. Był nieprawdopodobnie inteligentny, zabawny i zakochany w polityce – wspomina Maciej Sojka.
Próby rozmowy o czymkolwiek innym zwykle kończyły się podobnie. Po kilku minutach Morozowski znajdował sposób, by wrócić do polityki. To była jego wielka zawodowa miłość.
Mateusz Hładki pamięta długie rozmowy po zakończeniu "Teraz my!" w studiu w Sękocinie. Morozowski opowiadał o początkach lat 90., pierwszych latach wolnej Polski i ówczesnym dziennikarstwie sejmowym. Lubił biesiadować, ale pilnował diety. Z redakcyjnego cateringu wybierał czarne oliwki, a z kanapek zjadał szynkę i pomidora, zostawiając pieczywo.
– Andrzej bardzo lubił życie towarzyskie. Cenił też środowisko dziennikarskie, w którym się obracał – opowiada Hładki. Obaj działali w fundacji charytatywnej Bal Dziennikarzy. Podczas spotkań Morozowski sypał anegdotami o politykach oraz koleżankach i kolegach z mediów. Robił to jednak – podkreśla Hładki – z sympatią i szacunkiem.
Walka i powrót na antenę
W ostatnich latach Morozowski zmagał się z ciężką chorobą. Mimo bólu i wyniszczenia w marcu br. powrócił na antenę.
Pieczyński podkreślił, że ten człowiek, bez nałogów – poza, jak napisał, "nałogiem śledzenia sejmowego bagna" – został dotknięty bezwzględną chorobą. Mimo niej wrócił przed kamerę.
Dla współpracowników sam powrót był demonstracją siły i determinacji. Praca nie była dla Morozowskiego zajęciem, od którego trzeba odpoczywać. Była sposobem życia, źródłem energii i niekończącej się ciekawości. – To był gigant. Odszedł kolejny gigant, którego bardzo ciężko będzie zastąpić – mówi Maciej Sojka.
Michał Wójcik nazywa śmierć Morozowskiego katastrofą dla dziennikarstwa. Jego zdaniem odchodzą przedstawiciele pokolenia, które potrafiło nie tylko zdobywać informacje, lecz także porządkować świat i brać odpowiedzialność za słowo. – Odszedł taki pogodny, dobry człowiek, który trudne rzeczy potrafił przełożyć na zwykły, fajny język – mówi Wójcik.
Tomasz Terlikowski zwraca uwagę, że wraz z Morozowskim ubywa dziennikarstwa skupionego na rozmówcy, faktach i objaśnianiu rzeczywistości, a nie na eksponowaniu prowadzącego.
Adam Pieczyński zakończył swoje wspomnienie słowami: "Kto mi teraz powie, jak jest? Jest wielu, którzy próbują. Ale lata miną, nim zapełnią choć trochę to puste miejsce po Tobie".











