– Grzegorz Jankowski wpisuje się w archetyp "nieśmiertelnych" redaktorów naczelnych, przekonanych przez długi czas o swojej przeza***istości. W tym gronie byli Tomasz Lis, Kamil Durczok, Mariusz Max Kolonko, Sławek Jastrzębowski. Jankowski jako jedyny z nich miał przebite serce osikowym kołkiem, złożono go do grobu, zmartwychwstał i wymyślił siebie na nowo – rzuca anonimowo jeden z jego współpracowników w "Fakcie".
Jankowski to niemal żywa ilustracja tytułu "Zabili go i uciekł" – ilekroć wydawało się, że jego kariera dobiegła końca, wracał na scenę w nowej roli.
Nowa rola
Centrum Warszawy. Na banerze, z którego zwykle patrzą tańczące gwiazdy albo aktorzy wziętych produkcji, obok Agnieszki Gozdyry, Doroty Gawryluk i Bogdana Romanowskiego Grzegorz Jankowski. Jedna z twarzy Polsatu. 55-letni dziennikarz, który – zdawać by się mogło – czasy świetności ma już dawno za sobą. Ale nie. To nie jest historia innych "wielkich" dziennikarzy, którzy upadli.

Jankowski dalej polaryzuje, zwraca uwagę, emocjonuje. Ma armię fanów i drugą taką – hejterów. Jest nieprzewidywalny. Może dlatego Agnieszka Gozdyra – choć najpierw jest otwarta na rozmowę – nie dostaje zgody stacji.
Na rozmowę nie zgadza się też Grzegorz Jankowski. "Uznałem, że nie będę odnosić się do tekstu" – poinformował mnie w SMS-ie.
Swoje wypowiedzi wycofała też Joanna Miziołek, która aktualnie współprowadzi z Jankowskim program "Dobry wieczór Polsko" w Polsat News.
Jak poinformowała, też nie dostała zgody Polsatu.
"Fakt" był jego dzieckiem
Zaczynał jako depeszowiec w radiowej Trójce. Miał 21 lat. Był 1990 rok. Później trafił do "Życia Warszawy" i "Życia". Miał 32 lata, kiedy został zastępcą redaktora naczelnego "Newsweek Polska".
Grzegorz sprawdzał się fenomenalnie, nie tylko z punktu widzenia lojalności, ale i organizacyjnie. Zapewniał nam grafików, edytorów i co ciekawe, informacja o powstawaniu "Newsweeka" nie wydostała się na zewnątrz przez pół roku.

Jednak Jankowski miejsca długo tam nie zagrzał. Wróblewski uważa, że miał większe ambicje i chciał się skupić na pracach stricte redakcyjnych, dlatego w 2003 r. zasiadł w fotelu redaktora naczelnego debiutującego na rynku "Faktu". Bulwarówka była jego dzieckiem, a lata spędzone w dzienniku (2003–2014) "złotym czasem".
Sławomir Jastrzębowski, ówczesny zastępca Jankowskiego, wspomina: – Zupełnie nieznany nikomu dziennik po kilku miesiącach został numerem jeden na rynku.
Pierwsze wydanie "Faktu" ukazało się 22 października 2003 roku. Na tytułowej stronie zajawka poruszającej opowieści kobiety chorej na raka, obok roznegliżowane zdjęcia Dariusza Michalczewskiego z narzeczoną.
– Robimy gazetę popularną, szybką, wyczerpującą temat, niezależną. Będziemy wzruszać czytelnika, będziemy dla niego przyjaźni – zapowiadał w 2003 roku Jankowski, cytowany przez "Tygodnik Przegląd".

Tabloid szybko zdobył pozycję lidera, stając się największym dziennikiem w Polsce. Już po pierwszym tygodniu sprzedaż "Faktu" wyniosła ponad 300 tys. egzemplarzy.
Zaś średnia sprzedaż lidera w okresie od stycznia do sierpnia 2004 r. była na poziomie 555 tys. egzemplarzy. Dla porównania "Gazeta Wyborcza" odnotowywała 433 tys., a bezpośredni konkurent "Faktu", czyli "Super Express" – 211 tys.
– Zdajemy sobie sprawę, że to walka, a nie sparing – mówiła rzeczniczka "Super Expressu", cytowana przez "Tygodnik Przegląd".
"Fakt" stawiał na tematy polityczne, społeczne i interwencyjne. Miał zdecydowanie wyższą sprzedaż niż "Super Express" głównie dzięki bardzo agresywnej, nowoczesnej formule tabloidu, trafnej segmentacji odbiorcy i lepszej strategii marketingowej. Poza tym, przez pewien czas kosztował tylko złotówkę, co branża określała jako "cenę dumpingową".

Jastrzębowski zauważa: – To była detronizacja "Gazety Wyborczej", co niosło za sobą hejt.
Sukcesy naczelnego zapewniły mu "dobrą pozycję u 'Niemców'", właścicieli Axel Springer Polska. W kuluarach mówiło się nawet, że był bardzo blisko szefostwa Axel Springer. Jak podawał na Facebooku sam Jankowski, ojcem chrzestnym jego córki został Kai Diekmann – niemiecki dziennikarz i wydawca – który długo był twarzą "Bild" – głównego tabloidu wydawnictwa.
– Miał bardzo dobre relacje z Mathiasem Döpfnerem (prezesem niemieckiego koncernu medialnego Axel Springer – red.). Niemcy z pewnością szanowali pracę i sukces Jankowskiego – uważa Sławomir Jastrzębowski.
Jak karabin maszynowy
W kwietniu 2004 roku wydawca "Faktu" podwyższył cenę niektórych wydań do 1,2 zł, a stołecznego do 1,5 zł. Dwa miesiące wcześniej Media Express, ówczesny wydawca "Super Expressu", zarzucił "Faktowi" ustalenie ceny gazety poniżej kosztów produkcji i uznał, że może to utrudniać konkurencję. Następnie zwrócił się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów o wszczęcie postępowania antymonopolowego.

Czym można było zachęcić Polaków, by wydali pieniądze na papierowy dziennik? Chociażby okładkowym zdjęciem Jana Kulczyka w londyńskim szpitalu. Oczywiście zrobionym z ukrycia i ukazującym najbogatszego Polaka w łóżku szpitalnym podczas lektury.
Moi rozmówcy oceniają: to była kwintesencja "Faktu" i samego Jankowskiego.
Przekraczał granice, balansował na krawędzi moralności. Budował podwaliny pod kolejne plotkarskie czy – jak sam zwykł to nazywać – bulwarowe media.
– Jego pomysły nie były łatwo realizowalne – mówi Grzegorz Rzążewski, były szef foto w "Fakcie", który współpracę z Jankowskim nazywa trudną. Porównuje byłego naczelnego tabloidu do "karabinu maszynowego, strzelającego pomysłami, które wydawały się odrealnione".
Robiliśmy rzeczy, które wydawały się niemożliwe, typu trudne zlecenia fotograficzne za granicą, wynajem samolotu etc. Pamiętam, gdy Jan Kulczyk przebywał w szpitalu w Londynie i wszyscy próbowali go znaleźć. Nam się to udało i zrobiliśmy mu zdjęcie.

"Fakt" od początku łączył showbiznes i socjobulwar, ale też wkraczał w polityczne skandale i afery. Na okładkach krzyczały tytuły o aferach korupcyjnych czy nadużyciach w państwowych instytucjach.
Dużo było o krzywdzie, niesprawiedliwości. "Fakt" wchodził w buty biedniejszych, pokrzywdzonych. Uprawiał "dziennikarstwo interwencyjne", dzieląc świat na poszkodowanych i uprzywilejowanych.
Redakcja sięgała po brutalne obrazy, które ilustrowały prawdziwe ludzkie tragedie. To "Fakt" opisał historię wcześniaków z katowickiej kliniki pediatrycznej. Ujawniono, że podczas nocnego dyżuru rozbawione pielęgniarki zrobiły sesję zdjęciową z bezbronnymi dziećmi: wyjmowały je z inkubatorów, wkładały przerażone wcześniaki do kieszeni fartucha i pozowały z nimi do zdjęć. Zdjęcia "nocnej sesji pielęgniarek" obiegły całą Polskę.

Nie brakowało także groteski. Do kanonu weszły niektóre z tytułów: "Nie śpię, bo trzymam kredens", "Szatańskie kozy", "Napada kebaby!", "Żaby nakłoniły go, żeby przestał pić", "UFO podaje liczby w totka".

W swojej książce "Fakt. Tak było naprawdę. Seks, afery, polityka", wydanej w 2016 roku, Jankowski przyznał, że najcięższym argumentem wysuwanym przeciwko niemu i "Faktowi" był wieloryb Lolek.
"Słuchajcie – spytałem na kolegium – a co by było, gdybyśmy wpuścili wieloryba do Wisły?
"No..." – ktoś odpowiedział – byłoby śmiesznie".
Od słowa przeszli do czynu. Wieloryba w rzeczywistości nie było, ale redakcja "Faktu" wymyśliła historię o białuszce (biały wieloryb, żyjący w zimnych wodach Arktyki – red.), który rzekomo pojawił się w Wiśle. Poświęcili temu całą serię publikacji.
Miał to być – jak później tłumaczono – eksperyment medialny, pokazujący mechanizm działania tabloidu: im temat bardziej absurdalny i zaskakujący, tym większe prawdopodobieństwo, że się poniesie.
"Fakt" spotkał się z bardzo ostrą krytyką. Media komentowały to jako rażące nadużycie zasad etyki dziennikarskiej i wprowadzanie czytelników w błąd na masową skalę. Historia bywa przywoływana do dziś jako przykład mitycznego fake newsa tabloidowego.

Ojciec prasy brukowej
Pogoń za krzykliwymi nagłówkami, wchodzenie z butami w życie innych – to był chleb powszedni "Faktu". Mówi się, że to właśnie ta gazeta dała podwaliny pod prasę brukową.
Dla Jankowskiego "bulwarówka" nie jest jednak określeniem pejoratywnym. Jak pisał we wspomnianej książce, "to gazeta, którą robisz brzuchem. Którą musisz czuć, bo jest dla ludzi i jest ich głosem".
W 2004 i 2005 roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało "Faktowi" tytuł "Hieny Roku". Za co? Za krzykliwy, często obraźliwy styl artykułów oraz powszechne celowe wprowadzanie czytelników w błąd.
W 2007 roku "Fakt" musiał przeprosić ówczesnego ministra Romana Giertycha za artykuł pt. "Dał rodzicom rządowe auto". Tego samego roku dziennik opublikował rzekomy list samobójczy sióstr z zakonu betanek z Kazimierza Dolnego, czym zajęła się prokuratura. Treść listu okazała się sfingowana, "Fakt" przeprosił a Rada Etyki Mediów skrytykowała dziennik za kolejne nadużycie.

– Jankowski mówił, że gdy wchodzisz do redakcji, to za jej drzwiami zostawiasz wszystkie swoje poglądy i przekonania, bo masz myśleć zwykłym Kowalskim – dorzuca anonimowo jeden z byłych dziennikarzy "Faktu".
Jastrzębowski nie ukrywa, że na "Fakcie" uczyli się jakie są granice wolności słowa w Polsce, gdzie leży granica ochrony dóbr osobistych. Jankowski miał podejście brytyjsko-amerykańskie: jeżeli ty widzisz coś, dlaczego miałbyś uważać, że twój czytelnik ma o tym nie wiedzieć?
Kiedy Jankowski tłumaczył po latach na łamach "Rzeczpospolitej" Robertowi Mazurkowi, że owszem "Fakt" był tabloidem epatującym sensacją, ale w odróżnieniu od innych, miał misję w postaci oddania głosu zwykłym ludziom (co Mazurek zresztą obśmiał), to nie brzmiał szczególnie wiarygodnie:
"Mazurek: Litości, twórca"Faktu " ubolewa nad tabloidyzacją mediów? To jest dopiero hipokryzja.
Jankowski na to: Bo one poszły w zupełnie inną, złą stronę. Nie zrozumiały, czym jest "Fakt", na czym polega jego sukces, jego przesłanie. My jako pierwsi, pokazując zło, nazywaliśmy rzeczy po imieniu: sprawca przestępstw to bandyta, ten, kto zabija, to morderca, krzywdzi dzieci – pedofil. A inne media odczytały to pokazywanie zła jako epatowanie sensacją.
Mazurek: Czyli wy nie epatowaliście sensacją, a inni, pokazując to samo zło, epatują?
Jankowski: Można tak to ująć.
Mazurek: To hipokryzja, z której znałem dotychczas wyłącznie polityków.
Jankowski: Masz prawo do swego zdania.
Mazurek: A jak jest naprawdę? Bo inni robią to samo co ty, ale to oni epatują sensacją i złem?
Jankowski: Oczywiście, bo "Fakt" miał misję!
Mazurek: I tu musimy zrobić przerwę, żeby czytelnicy się wyśmiali.
Trybun ludowy
Zaczyna się często od konkretnej historii: rachunku za gaz, który "zjada" pół pensji, matki rezygnującej z kolonii dla dziecka albo emeryta liczącego każdy grosz. Takie opowieści, wyimki ludzkich historii, Grzegorz Jankowski najchętniej pokazuje dziś w swoich mediach społecznościowych i programach. I utwardza w ten sposób wizerunek "trybuna ludowego".
– Umiał myśleć czytelnikiem – uważa Rzążewski.
Tę samą wrażliwość Jankowski przeniósł wcześniej do "Faktu", który pod jego kierownictwem stał się gazetą pełną ludzkich dramatów i emocji widzianych z perspektywy "zwykłego Kowalskiego". Dla jednych poruszający, dla innych wręcz "depresyjny".
Sławomir Jastrzębowski ocenia: – To człowiek stworzony do tabloidu, fantastycznie wyczuwający emocje społeczne. To wynika zapewne z tego, że jego rodzice byli robotnikami. Człowiek z proletariatu, który otoczył się inteligentami w postaci swoich zastępców.
Grzegorz Jankowski nigdy nie ukrywał, że pochodzi z rodziny robotniczej. Ojciec był elektrykiem, a mama wywodzi się z arystokracji, z Potockich. Jej przodkowie przehulali jednak cały majątek. Dziadek dorobił się z kolei zakładu stolarskiego przed wojną, ale bomba w 1939 roku zniszczyła budynek.
Jankowski dorastał w przekonaniu, że awans społeczny w PRL był często efektem koniunkturalizmu, a nie pracy czy talentu.
"Doskonale widziałem, że do 1989 r., żeby być członkiem elity, trzeba było należeć do partii, która sprawowała dyktatorskie rządy w Polsce. Znakomita większość ludzi zapisywała się do niej z czystego koniunkturalizmu. Mojemu ojcu nikt nie oferował wakacji w Bułgarii. Zresztą i tak nie było go na to stać" – opowiadał Jankowski w rozmowie z Barbarą Sową dla Dziennik.pl.
Równolegle ze wspieraniem zwykłego Kowalskiego mamy nienawiść "trybuna ludowego" do elit. Elita – jak twierdzi Jastrzębowski – nigdy nie zaakceptowała Jankowskiego. W jednym z wywiadów powiedziano mu, że uchodzi za "PiS-iora". Opowiedział: "Prawdą jest, że są hasła w programie PiS, które są mi bliskie. Program socjalny 500+ podoba mi się. Nawet bardzo. Czy dlatego jestem PiS-iorem? Adrian Zandberg, z którym ostatnio rozmawiałem, jest za tym, by wszystkim dzieciom dawać pieniądze. I też mi się to podoba. Czy w związku z tym jestem socjalistą?"
Udawana empatia?
"3 tysiące rachunku za gaz?! Pana stać, mnie stać, ale większości z naszych widzów nie. A jak ja mówię, że ludzi nie stać, to mi mówią, że jestem populista. Z czego mają zapłacić te pieniądze?" – grzmi Jankowski do analityka mBanku w "Punkcie widzenia Jankowskiego" na antenie Polsat News.
"W zeszłym roku było ich stać na 2,5, a w tym nie stać na 3?" – pyta z przekąsem analityk.
Jankowski odpowiada: "Ale wie pan, w jaki sposób stać ich na to? Ich stać w ten sposób, że zapożyczają się po rodzinie, nie wyślą dziecka na kolonię, bo to ogrzewanie musi być".
"To są indywidualne problemy" – komentuje analityk.
Jankowski przechodzi do kontrataku: "To nie są indywidualne problemy. Oni pójdą do taniego sklepu i w tym tanim sklepie kupią najgorsze jedzenie, które dadzą swojemu dziecku. W imię ratowania planety będą dawali swoim dzieciom najgorsze jedzenie. Tak to wygląda!".
Poza, wyuczona empatia?
Edyta Sadowska, ówczesna dyrektor finansowa w Axel Springer Polska, uważa, że pochylanie się Jankowskiego nad słabszymi wynika z jego empatii. – Zawsze mocno wspierający i troszczący się o najsłabszych w społeczeństwie. Dzisiaj, w swoim programie, również nawiązuje do najsłabszych, tych których głos jest najsłabiej słyszalny. Ma duży sentyment do tych ludzi i duży szacunek do nich – stwierdza.
Anonimowy rozmówca, który pamięta Jankowskiego z "Faktu", zapytany o empatię byłego szefa, stwierdza krótko: – Nie wierzę w to.
"Grzesiek, jesteś takim populistą, że ziemniaki gniją w piwnicy" – stwierdziła niedawno Agnieszka Gozdyra na antenie Polsat News podczas programu "Z Drugiej Strony".
Powodem sporu dziennikarzy było pytanie od widza dotyczące podejścia Polaków do dalszego wspierania Ukrainy.
Zaczęło się od tego, że Grzegorz Jankowski zadał Agnieszce Gozdyrze pytanie od widza dotyczące nastrojów społecznych wokół wsparcia dla osób z Ukrainy.
– Niech pan zapyta panią Gozdyrę, jak czuje nastroje społeczne, kiedy 60 proc. ankietowanych nie popiera pomocy dla Ukrainy – brzmiało pytanie.
– Proszę pana, więcej szczucia, więcej opowiadania, że przez Ukraińców nie można się dostać do lekarzy… – zaczęła Gozdyra.
– Totalna niezgoda. Wiedziałem, że Agnieszka powie, że to "szczucie" – przerwał jej Jankowski – wmawia się ludziom, że nie mogą powiedzieć pewnych rzeczy, bo to jest "szczucie"(...) Agnieszka, nie możesz deprecjonować postaw ludzi w ten sposób. Bo ty jesteś lepsza, bo ty jesteś pani redaktor z Warszawy, tak?
I tutaj padły słowa Gozdyry o populizmie. Jankowski zapytał, czy to dlatego że otwarcie mówi o tym, że benzyna kosztuje 8,50 zł za litr.
– Nie. Dlatego, że jesteś gotów wziąć każdą opowieść, którą usłyszysz, i ona będzie opowieścią zasłyszaną, nawet prawdziwą, ale jedną, i dopisać do niej historię, która dotyczy całego społeczeństwa. Tak się nie robi – odpowiedziała Gozdyra.
Siał postrach w redakcji
Druga twarz Jankowskiego: silnie przekonany o własnych racjach, trudny w dyskusji, apodyktyczny.
– Pamiętam rozmowę o wynikach sprzedaży – wspomina Sadowska – Powołałam się na liczby w nienajlepszym trendzie, na co przybrał obronną postawę i powiedział: "Słuchaj, mój ojciec co rano czyta tę gazetę, a ja co rano pytam się o to, co w niej widzi i on jest zadowolony a to jest nasz prawdziwy czytelnik!" – dodaje.
Miał trudny charakter. Zawsze obawiał się, że wszyscy chcą go wysadzić ze stanowiska, co zahaczało o teorie spiskowe. Wydaje mi się, że to nie miało nic wspólnego z rzeczywistością i było tylko jego mocno rozbudowanym mechanizmem obronnym.
W redakcji budził respekt, a czasem strach. – Na kolegia chodziło się z duszą na ramieniu – mówi anonimowy rozmówca. – Pracownicy go nie lubili – dodaje były pracownik "Faktu".
Jastrzębowski ujmuje to bardziej dyplomatycznie: – Nie był spokojnym pedagogiem. Przy zarządzaniu dużym zespołem nie zawsze jest delikatnie. Musiał walczyć o swoją wizję gazety, często wbrew oporowi redakcji. Spotykał się z oporem części zespołu, która uważała, że pomysły są za mocne, że to idzie za daleko.
Konflikty były nieuniknione. – Był zmuszony stoczyć co najmniej parę bitew, a w czasie bitew leje się krew – dorzuca były naczelny "Super Expressu".
Kulminacją napięć była tzw. "noc długich noży", kiedy – niedługo przed odejściem – Jankowski rozstał się z większością swoich zastępców.
– Dziś część tych zachowań mogłaby zostać uznana za mobbing. Ale wtedy standardy były inne – mówi były dziennikarz "Faktu". Zapamiętał, że Jankowski na poranne kolegia wchodził "z buta", rzucał kurw***, czasami nawet przedmiotami.
– Część osób z pewnością była straumatyzowana. A część uznawała, że tak to musi wyglądać – słyszę.
Przypominamy, że nie mogliśmy tego skonfrontować z samym Grzegorzem Jankowskim.
Medialny czyściec
Niespodziewanie w 2014 roku Grzegorz Jankowski przestaje być redaktorem naczelnym "Faktu". Kończy się najważniejszy etap jego kariery. Wielu zachodzi w głowę, co takiego musiało się stać, że porzucił lub został zmuszony do porzucenia "faktowego dziecka".
Na tak postawione pytanie Jankowski zawsze powołuje się na umowę z wydawcą i wymijająco odpowiada, że umówił się z wydawcą, że sprawy nie będzie komentował. I żadna ze stron tej umowy nie łamie.
Oficjalny powód: wypalenie zawodowe.
Odejście Grzegorza Jankowskiego z "Faktu" było naszą wspólną decyzją. Po latach pracy w dzienniku był wypalony i potrzebował resetu, co było naturalnym efektem tak intensywnej pracy od wprowadzenia dziennika na rynek po jego szczytowy rozwój. Decyzja o odejściu to nie było nagłe objawienie, rozmowy trwały od dłuższego czasu. "Fakt" był dzieckiem Grzegorza, więc nie była to prosta decyzja.
Nieoficjalnie pojawiają się inne wersje: zbyt ostre tematy, napięcia z reklamodawcami, a nawet polityczne naciski.
Według ujawnionych nagrań Jan Kulczyk miał rozmawiać z Pawłem Grasiem o interwencji u wydawcy "Faktu" w Niemczech w związku z krytyką rządu. Sam Jankowski konsekwentnie odmawia komentarza.
Miękkie lądowanie
Po odejściu Jankowski zbiera w całość swoje wspomnienia z czasów "Faktu", które publikuje w formie książki w 2016 roku.
W tym samym roku ląduje w lewicowej Superstacji, gdzie prowadzi "Polskę w kawałkach Grzegorza Jankowskiego". Potem dostaje programy w Polsat News. Trzy lata później zostaje dyrektorem programowym kanału telewizyjnego Superstacji.
W tym czasie zachodzi za skórę Jarosławowi Kaczyńskiemu, który myślał, że udziela wywiadu na antenie Polsatu, a wyemitowano go w Superstacji.
– Kaczyński się wpienił, bo dowiedział się w ostatniej chwili, ale rozmowa w końcu się odbyła – wspomina mój rozmówca. To właśnie wtedy Kaczyński przyznał, że zawodnicy rodeo są "niezwykle sprawni i silni" oraz że rzeczywiście lubi rodeo oglądać. Wypowiedź błyskawicznie stała się viralem i była wielokrotnie przywoływana w mediach w kontekście żartobliwych planów polityka na emeryturę.
Równolegle z szefowaniem Superstacji, Jankowski prowadził w Polsacie: "Debatę tygodnia" w Polsat News, na zmianę z Agnieszką Gozdyrą "Debatę dnia". Od 2024 roku także "Punkt widzenia Jankowskiego". Od lutego 2025 współprowadzi z Joanną Miziołek program "Dobry Wieczór Polsko".
(Wschodząca) gwiazda
Grzegorz Jankowski polaryzuje odbiorców. Ale jego programy notują solidne wyniki oglądalności.
Od początku roku "Punkt Widzenia Jankowskiego" w Polsat News ogląda średnio nieco ponad 200 tys. widzów – wynika z danych Nielsena. Najpopularniejsze wydanie programu publicystycznego przyciągnęło ponad 270 tys. odbiorców.
Jak mówi jeden z rozmówców, to, co pokazuje dziś w Polsacie, to "uniwersytet chłopskiego rozumu" – wyrazisty, prosty w przekazie i trafiający w realne potrzeby odbiorców. – Nieraz, gdy wyskoczy mi jakaś rolka z nim, myślę, że ma rację – przyznaje.
Edyta Sadowska ogląda jego programy z sentymentu. – Telewizja dzisiaj jest jednowymiarowa – a on stara się skakać pomiędzy wymiarami – ocenia.
Inny rozmówca dodaje, że decyzja Polsatu nie powinna dziwić: czasy "Faktu" dla wielu widzów są już odległą historią, a sam Jankowski pozostaje medialnie atrakcyjny – wyrazisty, szybki w ripostach, umiejący zbudować punchline. A takich osobowości na rynku po prostu brakuje.
Czy jednak w tej telewizyjnej odsłonie jest sobą? Rzążewski ma wątpliwości. – To krzyczenie na rozmówców to raczej poza – mówi. I przypomina bardziej charakterystyczny, dawny gest Jankowskiego: mrużenie oczu, wynikające z problemów ze wzrokiem, które stało się jego znakiem rozpoznawczym w bezpośrednich rozmowach.
Jego zdaniem obecna medialna ekspozycja może być też próbą nadrobienia lat "z drugiej linii". – W czasach "Faktu" nie pchał się na afisz. Po odejściu z gazety mógł chcieć to odwrócić – sugeruje.
Rozmówcy są zgodni co do jednego: jego powrót nie jest przypadkiem. – Był po prostu zdolniejszy – mówi anonimowo jeden z nich. – A "czyściec" po odejściu z "Faktu" dał mu coś do myślenia. Pomogło też to, że nie ciągnęły się za nim żadne skandale.
Sadowska dodaje: – Nie wywyższał się, nie wiem czy zawsze i w każdej sytuacji, ale przynajmniej w sytuacjach, w których byliśmy razem i mogłam go obserwować.
Na jeszcze inny aspekt zwraca uwagę Wróblewski – elastyczność. – W przeciwieństwie do Tomasza Lisa, który nie może zejść z tego wysokiego konia i cały czas chce przemawiać do ludzi z wyższością, Jankowski dobrze odnajduje się w nowych okolicznościach. Za każdym razem, gdy dochodzi do zmian, on tworzy coś z niczego.












