"Amorki" od TVN z wolnym startem. "To eksperyment, któremu rynek się przygląda"

Nowy randkowy format TVN tworzony do sieci nie wystartował wielką z pompą. "Amorki" cztery dni po publikacji pierwszego odcinka mają 9 tys. wyświetleń na YouTube. Projekt to na razie eksperyment. – "Amorki" wyglądają na kompromis z realiami rynku – uważa Joanna Nowakowska ze ScreenLovers.

Karolina Pałys-Guzik
Karolina Pałys-Guzik
Udostępnij artykuł:
"Amorki" od TVN z wolnym startem. "To eksperyment, któremu rynek się przygląda"
"Amorki"

"Amorki" to nowy format randkowy stworzony przez TVN z myślą o platformie YouTube. Jak czytamy w komunikacie nadawcy, program to "wynik rozwijania przez TVN Warner Bros. Discovery współpracy z twórcami internetowymi i wsparcia produkcji creator-led entertainment na YouTube".

Jak informuje stacja, pomysłodawcami formatu są sami twórcy, TVN zapewnia natomiast "całe zaplecze potrzebne do realizacji produkcji: od technologii i wsparcia prawnego po kompetencje biznesowe, marketingowe i relacje z reklamodawcami".

Kanał "Amorki" powstał niedawno, ma 270 subskrybentów i jest niezależny od oficjalnego kanału TVNPL na YouTube (ten ma aż 2,61 mln subskrybentów). Pierwszy odcinek formatu trafił tam 13 września o godz. 11.11. Ma na razie 9 tys. wyświetleń. Najpopularniejszy short z programu – 33 tys.

– TVN podchwycił trend jaki obserwujemy na świecie, czyli wysyp programów randkowych na YouTubie – komentuje Joanna Nowakowska konsultantka WPP Media i szefowa projektu ScreenLovers.

– Z YouTube'a znamy "Pop the baloon", który później kupił Netflix. Tutaj rozpędzają się takie formaty jak "Updating" oraz "Swipe or swap" – ten drugi wyprodukowała firma Nectar, właściciel aplikacji randkowej. "Amorkom" od TVN biznesowo najbliżej jest do produkcji Channel 4: "Don't get catfished" (ubiegłoroczna premiera) – brytyjski nadawca też przygotował swój komediowo-randkowy format specjalnie na YouTube i mocno bazował na popularności twórców internetowych, którzy brali w nim udział – wylicza Nowakowska.

– Format jest ciekawy, zobaczymy, jak rozwinie się w dalszych odcinkach. Dla mnie to jest jakaś taka próba zagospodarowania tematu, który jest bardzo szeroko obecny w mediach społecznościowych i jest częścią życia młodego człowieka – komentuje z kolei Dominik Kuc, CEO Fundacji Półtorej Minuty, projektującej kampanie społeczne skierowane do pokolenia alfa.

Kuc zauważa, że treści "randkowe" królują w mediach społecznościowych najmłodszych użytkowników: – Randkowanie, spotykanie się, różne rodzaje relacji wśród młodych osób – to jest chleb powszedni TikToka, reelsów, shortsów. To są rzeczy, z którymi młode osoby mają styczność i którymi bardzo chętnie się dzielą.


WIDEO

W którą stronę pójdzie promocja?

Jeśli chodzi o "dzielenie się" na socialach to na razie wśród uczestników i osób zaangażowanych w format, nie ma go za wiele. Prowadzący Kuba Bąkowski, czyli Skyrek, pochwalił się nowym formatem publikując post na YouTube – pierwszy od pół roku. Rolki zajawiającej "Amorki" próżno też szukać na koncie drugiej połowy duetu prowadzących, Grajsona.

Czy promowanie przez nich formatu mogłoby pomóc? Pewnie tak. Grajson ma na TikToku 25 tys. obserwujących, Skyrek – 131 tys., a do tego 357 subskrybentów na YouTube. "Lubiany" jest też jeden z uczestników – Oskar Lesiak, czyli Blecki, którego na TikToku obserwuje 1,3 mln osób. Milion obserwujących ma w tym medium również Kamil Sowa znany jako "Ptaszek sowa", który walczył na gali MMA, grywa w serialach (m.in. "Dzielnica strachu") czy reklamówkach i teledyskach.

Joanna Nowakowska zauważa, że TVN stawia na eksperyment, który nie przejdzie niezauważony.

"Amorki" to eksperyment, któremu na pewno będzie blisko przyglądał się rynek. Na początek (?) współpracy z gigantem darmowego streamingu TVN wybrał format, który wydaje się być najbezpieczniejszy, czy może najbardziej przetestowany przez inne telewizje, jak wspomniany Channel 4. Zapewne nie tylko ja, ale też konkurencja i reklamodawcy TVN, będziemy śledzić nie tylko fabułę i popularność formatu, ale także stopień jego zintegrowania z TVN – komentuje ekspertka.

– Czy duża ogólnopolska antena zapewni mu promocję? TVN znany jest z umiejętności rozpędzenia nowych programów przepuszczając prowadzących i uczestników przez cały akcelerator, jaki stoi na Wiertniczej – od "Dzień dobry TVN" po "Kubę Wojewódzkiego". Czy tak się wydarzy tym razem? Nie tylko rozgłos i wyniki oglądalności "Amorków", ale też stopień integracji z telewizją sporo nam powie o tym, czy jest to element strategii rozwoju telewizji na YouTube, czy może osobna, wyizolowana linia biznesowa – stwierdza.

Nowakowska zaznacza, że wyjście TVN poza własne platformy nie jest innowacją: Republika, a po niej TVP Info, udostępniły na YouTube całe kanały linearne, z kolei Polsat zaczął udostępniać sztandarowe archiwalne produkcje: "Świat wg Kiepskich", a sam TVN, jak zauważa ekspertka, od jakiegoś czasu wrzuca na YouTube stare odcinki "Szkoły".

Nowością w przypadku "Amorków" jest fakt, że TVN wchodzi na YouTube z własną, skrojoną pod oczekiwania widzów platformy produkcją.

– "Amorki" to jednak "nowe otwarcie", bo to już nie archiwalia, z których we własnych mediach (kanały linearne, BVOD, FAST-y) więcej się nie wyciśnie, ale zupełnie nowa, zmontowana specjalnie pod You Tube produkcja. To sugeruje zmianę myślenia nadawcy. Być może telewizje dochodzą już do wniosku, że do młodych widzów lepiej wyjść tam, gdzie oni są niż za wszelką cenę naganiać do własnych platform. Dla widzów przed 25 r.ż. YouTube, także w Polsce, nie jest już alternatywą wobec telewizji, tylko głównym środowiskiem oglądania wideo. W tym sensie "Amorki" – choć zapewne projekt eksperymentalny – wyglądają na kompromis z realiami rynku – stwierdza Nowakowska.

O co chodzi w "Amorkach"?

To nie jest typowa "randka w ciemno", bo i nic tak naprawdę nie pozostaje w ukryciu. W pierwszym odcinku randki odbywają się przy stole, ustawionym naprzeciwko widowni złożonej z pozostałych uczestników, którzy następnie spotkanie komentują.

Zanim jednak do rozmowy jeden na jeden (powiedzmy) dojdzie, każdy z uczestników musi zaprezentować się przed grupą płci przeciwnej. Każda z osób siedzących na widowni ma dwa znaczniki – jeden na tak, drugi na nie. Po krótkiej prezentacji wszyscy w jednym momencie wydają werdykt, unosząc zielony lub czerwony "lizak".

Prowadzący, co oczywiste, podpytują o powody wyborów. Oceny są bezpośrednie, surowe i niefiltowane okiem telewizyjnej kamery – to na pewno.

– Która jest najbrzydsza? – pyta wprost jednego z uczestników prowadzący. Zmieszany chłopak usiłuje wybrnąć, mówiąc, która z dziewczyn "najmniej mu się podobała".

Dziewczyny z kolei same nakręcają spiralę: "A możesz zrobić 360?" mówi jedna z nich, mając na myśli wykonanie obrotu. "Umiesz pływać?" – pada chwilę później w stronę Bleckiego, osoby ciemnoskórej. "Nie..." – zaczyna tłumaczyć, gdy słyszy: "To ponton ci się przyda".

Uczestniczki nie oszczędzają też Kamila Sowy ("Trochę gay vibes") i nie kryją, że w formacie chodzi o zabawę ("Ja tu przyszłam się bawić, a ty tu przyszedłeś szukać żony?").

Celem programu jest uzbieranie jak największej liczby punktów, przyznawanych za "Próby Amora", czyli, jak informuje stacja w komunikacie: "zadania i doświadczenia, które pozwalają sprawdzić, jak uczestnicy komunikują się, współpracują i reagują na siebie w praktyce".

Nagrodą w programie jest billboard w centrum Warszawy, na którym znajdzie się zdjęcie zwycięskiej pary.

TVN wspiera produkcję, młodzi skorzystają?

Dominik Kuc stwierdza, że format randkowy, co do zasady nie jest szkodliwy, pod warunkiem, że jest zrobiony dobrze.

– Nie jestem przeciwnikiem, żeby mówić o wyzwaniach i włączać w tę rozmowę twórców internetowych. Jasne, idźmy w tym kierunku, ale pamiętajmy, że bez omówienia psychologicznego, bez pokazania pewnych zależności i tego, gdzie są granice, gdzie można je postawić, budujemy nie do końca prawidłową rzeczywistość młodych ludzi – komentuje.

Kuc stwierdza, że promowanie przez stację tego rodzaju formatu ma cel biznesowy, ale jednocześnie może też, niepostrzeżenie, wpisać się w cel społeczny: – Nie krytykuję kierunku. Przełamywanie tabu wśród młodego pokolenia, angażowanie twórców, czy także dawanie przestrzeni uczestnikom jest to krok biznesowy dla stacji, ale też krok społeczny, aby przełamać pewnego rodzaju tabu. Kiedyś na dużych ekranach nie mówiono o zdrowiu psychicznym, może jesteśmy w podobnym momencie, ale potrzebna jest moderacja. Rozumiem, że celem nie jest stworzenie fali hejtu.

Czy reality show w rodzaju "Amorków" mogą więc przekonać przedstawicieli pokolenia alfa, aby otworzyli się na nowe, realne znajomości? Czy pomoże zwiększyć dostęp do grupy rówieśniczej? Kuc uważa, że paradoksalnie, tak.

– Rzeczywistość internetowa może wpływać na realną. Jak najbardziej może to być sygnał dla pokolenia alfa, natomiast musi to być robione w bardzo odpowiedzialny sposób. Przed nimi jeszcze wiele "pierwszych razów", ważne, żeby tego obrazu nie wypaczyć – podsumowuje.

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

Władca reklam na YouTube? Co naprawdę oznacza nowy status Kanału Zero na YT

Władca reklam na YouTube? Co naprawdę oznacza nowy status Kanału Zero na YT

Ekspert przeanalizował doktorat Wiecha. Dziennikarz odpowiada na zarzuty

Ekspert przeanalizował doktorat Wiecha. Dziennikarz odpowiada na zarzuty

"Taskmastera" ogląda blisko 900 tys. widzów. Program poprawił wyniki TVN

"Taskmastera" ogląda blisko 900 tys. widzów. Program poprawił wyniki TVN

Firmy przyspieszają dzięki AI, ale prawie nie mierzą efektów. Nowe badanie

Firmy przyspieszają dzięki AI, ale prawie nie mierzą efektów. Nowe badanie

Disney+ dopuszcza w Polsce reklamy i wprowadza playlisty

Disney+ dopuszcza w Polsce reklamy i wprowadza playlisty

"Kuba Wojewódzki" zyskał widzów. Wcześniejsza pora mu służy

"Kuba Wojewódzki" zyskał widzów. Wcześniejsza pora mu służy