SzukajSzukaj
dołącz do nas Facebook Google Linkedin Twitter

Beerend Jan Kepinski, szef Jake Vision: Tradycyjna telewizja nie umiera

- Marzenia są marzeniami - każdy ma jakieś. Życie to weryfikuje. Chciałem być operatorem i reżyserem filmowym, a zostałem reżyserem programów rozrywkowych i eventów telewizyjnych. Nie mam z tym problemu. W szkole dla nas to film był świętością, nie telewizja - mówi w rozmowie z Wirtualnemedia.pl Beerend Jan Kepinski, założyciel i właściciel Jake Vision, producent i reżyser.

Article

Nikola Bochyńska, Wirtualnemedia.pl.: Ogląda pan telewizję? Nadawcy nie lubią określenia „tradycyjna”. Powiedzmy więc o linearnej.
Beerend Jan Kepinski, założyciel i właściciel Jake Vision, producent i reżyser: Oczywiście oglądam telewizję, to wynika z mojej pracy. Zawsze zerkam na swoje produkcje, konkurencji czy zagraniczne programy. Jednak oglądanie tradycyjnej telewizji jest coraz trudniejsze ze względu na natłok obowiązków, czas dla rodziny. Dlatego coraz częściej korzystam z internetu.

To, jak widz konsumuje treści zależy przede wszystkim od jego sytuacji życiowej?
To ma bardzo duże znaczenie. W naszej branży pracujemy też w weekendy, czasem do późna w nocy lub nocą. Mamy inny tryb życia, myślę, że bardzo dużo osób ma podobny. Moi znajomi też mają prowadzą własne biznesy, więc nie mają czasu na linearną telewizję. Oglądają produkcje na platformach typu Netflix, dokumenty, newsy na TVN24.pl. 

Wyjątkiem są programy typu reality show, które trzeba oglądać na żywo, np. ze względu na głosowanie widzów. Niemniej kiedy robiliśmy „Love Island. Wyspa miłości.” premiera była najpierw na Ipli, a dopiero o 22.15 w Polsacie. W Ipli widownia dochodziła  do 300 tys. widzów, a na antenie –  700 tys. To bardzo dobry wynik.

Trend tworzenia produkcji, które mają swoją premierę najpierw w internecie, a następnie w telewizji według pana będzie przeważać na rynku?
Tak, ten trend będzie się utrzymywać, bo coraz więcej reklamodawców będzie przechodziło do internetu. Wszystko zaczęło się od Hulu i Netflixa, a teraz doszedł Disney, Apple, rodzime Player.pl i Ipla, za jakiś czas wspólna platforma Cyfrowego Polsatu oraz TVN Discovery Polska. Takie oglądanie będzie coraz częstszym zjawiskiem, bo jest wygodne - czasem przegapimy program i można mieć do niego dostęp w dowolnej chwili. Myślę, że ten trend dla nas - dla producentów, dla mediów jest bardzo dobry. Poza tym jest więcej pracy, większa potrzeba tworzenia jakościowego contentu.

Z waszego punktu widzenia produkowanie do internetu a do telewizji coś zmienia?
W tej chwili poziom produkcji do internetu, telewizji lub do kina jest taki sam. Filmy oscarowe są tworzone również dla platformy Netflix, a ich budżety są przecież filmowe. Dopiero na końcu te produkcje lądują w telewizji. Tak samo było z „House of Cards”, które było produkowane dla Netflixa, a potem zostało sprzedane do HBO. Tym samym patrzę na internet jak na przenośny telewizor. Tradycyjna telewizja narzuca pewien układ dnia. Ona nie umiera, ale coraz mniej ludzi jest w stanie dostosować się do sztywnych godzin ramówki.

Nie tak dawno Polsat i TVN ogłosili stworzenie wspólnej platformy VOD. Przynajmniej na razie mają nie zrezygnować z Playera i IPLI. Synergia polskich nadawców to jedyny słuszny krok?
Myślę, że tak. Nie ma wielu dobrych zagranicznych produkcji na naszym rynku. Amerykańskie i angielskie seriale są najpopularniejsze. Każdy europejski kraj woli lokalne produkcje. Widać to w kinie: polskie filmy mają relatywnie dużą oglądalność, bez względu na to, czy to dobry film. To już kwestia gustu. Polskie filmy w większości notują zyski. Według mnie Ipla i TVN Discovery Polska będą chciały wykupić polski content z Netflixa. Wszędzie na świecie lokalne produkcje: książki, filmy, muzyka, seriale są numerem jeden. W Niemczech, Holandii, Francji – ludzie lubią swój język. Jesteśmy w Unii Europejskiej, ale wolimy swoje, rodzime produkcje. Bardzo trudno jest oglądać serial z Holandii czy Belgii – może być interesujący, ale to też inna kultura. Polski content jest bardzo ważny.

W obliczu ofensywy internetowych platform zagranicznych polskie produkcje nadal mają szansę na sukces? Polski widz nie będzie przecież kupować dostępu do wszystkich platform.
Sytuacja jest identyczna, jak w przypadku stacji telewizyjnych. Mamy ich ponad 200. Duże platformy internetowe podzielą ten tort, tak jak zrobiły to duże stacje telewizyjne. Widzimy to choćby po wynikach oglądalności. Kiedyś 25 proc. udziału w rynku w grupie docelowej to było coś. Teraz jest dobrze, jeśli osiągnie się poziom 15 proc. Małe kanały tematyczne zabrały widzów, telewizja jest trochę jak internet. Oglądasz kiedy chcesz.

Duzi gracze wchłoną małych?
Zawsze tak jest, że duży „zjada” mniejszego lub słabszego. To normalny proces i są na to przykłady na całym świecie rynku mediów.

Która produkcja była najtrudniejsza w karierze pod względem realizacji?
Ostatnio dużym wyzwaniem było  „Love Island. Wyspa miłości” – wielkie przedsięwzięcie produkcyjne, inna technologie realizacji, zdjęcia poza Polską, sporo problemów technicznych. Ale daliśmy radę. Z „Must be the Music” na początku było podobnie. Dodatkowo mieliśmy bardzo mało czasu, by to zlecenie zrealizować - dwa miesiące. Jednak i tym razem osiągnęliśmy sukces. Najtrudniejsze są właśnie ograniczenia czasowe. Przykładowo zlecenie na „Bake Off” dostaliśmy 4 lipca, a 4 września program miał być gotowy na antenie. To tylko osiem tygodni, a ty nie masz nic: prowadzących, jurorów, casting, scenografii, ekipy. Żadnego serialu lub filmu nie da się zrealizować w tak krótkim czasie. Program może stracić na jakości, bo pośpiech nie jest dobrym doradcą i wtedy trzeba uczyć się na błędach. Wyzwaniem są też formaty – czasami mają bardzo sztywne ramy, ale mimo wszystko staramy się przystosować zagraniczne formy na dany rynek. Trzeba zawsze znaleźć klucz do serca polskich widzów.

Domyślam się, że wymagającą produkcją było także „Ninja Warrior Polska”, choćby ze względu na przygotowanie hali. Ile to trwało?
Około pół roku trwał etap preprodukcji. Szukanie ludzi do tego formatu było bardzo trudnym zadaniem. Reklamowaliśmy się w klubach fitness, w internecie, na antenie Polsatu. Castingi były długie i trudne. Na nagraniach pojawiali się całkiem sprawni ludzie. Finalnie mieliśmy 250 uczestników, a to bardzo dużo na taki format. Jednak tor przeszkód ich przerósł. Scenografię do toru przeszkód przywiozło 12 tirów z Belgii. Budowano ją dwa tygodnie w hali ARENA Gliwice. To była duża operacja; największe show, jakie zrobiliśmy. Nie w studiu telewizyjnym, a w hali widowiskowo-sportowej.

Negocjacje z którymś z nadawców były szczególnie trudne, kiedy chcieliście zmienić nieco zagraniczny format i dopasować produkcję do upodobań polskiego widza?
Zawsze można się dogadać. Nie przypominam sobie, dało się wprowadzić zwykle łagodne zmiany. Były różne problemy, ale ostatecznie i tak dawaliśmy radę z realizacją.

Czymś różni się praca dla komercyjnego nadawcy a dla publicznego?
W branży rozrywkowej nie ma żadnej różnicy. Współpracuję zarówno z telewizją publiczną, jak i stacjami komercyjnymi. Od lat wygląda to bardzo podobnie.

Nad iloma obecnie produkcjami pracujecie?
(Liczy półgłosem). Siedmioma.

A w wiosennej ramówce?
Jesteśmy jeszcze w trakcie rozmów.

W przypadku „Love Island. Wyspa miłości.” kiedy dostaliście informację o kontynuacji?
W tym przypadku bardzo szybko: po dwóch tygodniach dowiedzieliśmy się, że stacja planuje drugą edycję. Po trzech odcinkach „Ninja Warrior” też było już wiadomo, że Polsat jest zadowolony. Wiemy, co poprawić po pierwszym sezonie. Zawsze chcemy zmieniać rzeczy na lepsze, ale z drugiej strony – nic na siłę. „Love Island. Wyspa miłości.” było wielkim sukcesem – 280 tys. ściągnięć aplikacji to dużo. To ponad 35 proc. widzów. Absolutny numer jeden w Ipli przez ostatnie tygodnie. Będziemy realizować kolejny sezon w przyszłym roku, w jesiennej ramówce.

No właśnie, w telewizji mieliśmy i mamy już kilka trendów: gotowanie, taniec, wyzwania, śpiewanie. Jakie będą kolejne trendy w telewizji?
Trendy w telewizji są nadal takie same: seriale, programy rozrywkowe, emocje – to jest podstawa. Prawdziwe, śmieszne, bliżej ludzi.

TVN przywrócił Waszą produkcję „Milionerzy”, ale nie tylko ta stacja wpadła na podobny pomysł. TVP od jakiegoś czasu realizuje strategię powrotu starych formatów. W zimowej ramówce będzie kolejny reaktywowany program – „Va Banque”. Jak Pan ocenia takie podejście do powrotu archiwalnych produkcji?
Myślę, że to dlatego, że większość nowych formatów nie jest zbyt dobra. To pokazała tegoroczna edycja Cannes (MIPCOM 2019 – przyp.red.). Zobaczyłem tam bardzo dużo nowych programów, ale raczej bez potencjału. Sprawdzone hity będą powracać, bo ludzie je znają i lubią. Nowe propozycje programowe nie przyciągają widzów. W tej chwili w Jake Vision pracujemy nad dwoma własnymi formatami. To będzie duże studio show i jedno reality show. Moim zdaniem to dobry ruch, by zrobić własny content w Polsce. Nie trzeba stale ściągać gotowych produkcji z zagranicy.

Zdradzi Pan więcej szczegółów dotyczących waszych dwóch formatów?
Teraz nie mogę, najpierw musimy je sprzedać. Mamy mnóstwo pomysłów na własne programy. Na razie trwają rozmowy w sprawie dwóch, a w przypadku jednego z nich jesteśmy blisko sprzedaży.

Jake Vision przejęła większość udziałów spółki DGA Studio, zarządzanej przez Dorotę Kośmicką-Gacke. Informowaliście, że chcecie się skupić nad serialami premium i filmami fabularnymi.
Tak, to prawda. Skończyliśmy nagrywanie „Motywu”, wejdzie do Player.pl 26 grudnia. Pracujemy nad jednym filmem fabularnym razem z Dorotą, moją wspólniczką. Realizujemy też tailor-made’y, czyli para-projekty dla różnych stacji telewizyjnych. Nie są jeszcze sprzedane, więc na razie nie chcę o tym mówić. Tworzymy również własny dział developmentu, który pracuje nad naszymi, własnymi projektami.

Stawianie na seriale premium z waszego punktu widzenia będzie podstawą waszej działalności, zważając na to, że zagraniczne platformy VOD będą mogły je później od was odkupić?
Jak najbardziej. Chcemy robić własne produkcje, włącznie z prawami do nich. Będziemy tworzyć swój content, nie tylko formaty. Seriale, filmy, rozrywkę, infotainment również.

Polski rynek telewizyjny da się porównać do innego rynku w Europie? Czy my mamy swoją specyfikę; coś, co nas wyróżnia?
Na tle UE nie wyróżniamy się pod tym względem. Aczkolwiek polski rynek jest bardziej tradycyjny w porównaniu do innych krajów.

Jakiegoś formatu jeszcze nam w Polsce brakuje? Można zaobserwować jakąś lukę na rynku?
To dobre pytanie. Polska jest dość rozwinięta jeśli chodzi o duże programy. Nie widzę formatu, jakiego nigdy nie zrobiono.

Czy dla Pana wciąż istnieje jakieś wyzwanie, jeśli chodzi o produkcję, rynek telewizyjny? Ma Pan nieodkryte lądy w produkcji?
W tej pracy są różne wyzwania – przede wszystkim chodzi o to, by stworzyć własne formaty i by łyknęła to maszyna marketingowa. Wtedy nie można się już promować hasłem „największy hit w USA” czy w Anglii. Własne programy to duża ambicja. Jako firma dojrzeliśmy. Mamy w Polsce zespół kreatywnych ludzi i mnóstwo możliwości, by robić swoje. Jeśli oglądasz telewizję, to łatwo zauważysz, że wszystkie formaty są podobne do siebie.Jeśli masz dobry, kreatywny zespół, możesz sama wymyślić świetny, polski format. Stwórz jednak nowy format, którego do tej pory nie było.

Wyzwaniem w pracy są także różne lokalizacje zdjęciowe. Robiliśmy program na Fidżi z Francuzami, „Agenta”: w Argentynie, w RPA, Hongkongu, na Bali i na Wyspach Kanaryjskich. To są wyzwania. „Love Island” w Hiszpanii. Teraz też pracujemy nad dużym formatem poza granicami kraju. Z Belgami w Gliwicach realizowaliśmy „Ninja Warrior”. Jakby nie patrzeć, powrót „Milionerów” na antenę też nie był łatwy. Chodziło o to, by zrobić ten sam program, ale w 25 minut. Team kreatywny skrócił go z 45 minut, bo stwierdził, że jest nudny. Chodzi o dynamikę, żeby ludzie nie mogli sprawdzić odpowiedzi w Google, by nie mieli na to czasu. Zmontowali to i przyznałem im rację. Krótsze programy to trend internetowy - ludzie oglądają coś dwie minuty, nie podoba im się i wyłączają. Jedno to złapać widza, a drugie – utrzymać go. To bardzo trudna godzina, a my zwiększyliśmy widownię ponad dwukrotnie. To nie jest fart, to było zaplanowane. Jake Vision to nie tylko Jan Kępiński, to praca zespołowa, sztab ludzi pracuje na nasz sukces.

Studiował pan łódzką filmówkę. Zwykle na studiach marzy się o realizacji ambitnych projektów, które chciałoby się zrobić w dorosłym życiu. Ma pan jakieś niezrealizowane marzenia z czasów szkolnych?
Marzenia są marzeniami - każdy ma jakieś. Życie to weryfikuje. Chciałem być operatorem i reżyserem filmowym, a zostałem reżyserem programów rozrywkowych i eventów telewizyjnych. Nie mam z tym problemu. W szkole dla nas to film był świętością, nie telewizja. Po moich studiach w branży filmowej było bardzo trudno, a w Polsce – przeciwnie. Natomiast trwał boom na nowe stacje telewizyjne: Polsat miał kilka lat, TVN zaczynał. Było o wiele więcej pracy w telewizji. Miałem marzenia związane z produkowaniem filmów, które właśnie realizuję. Może kiedyś będę reżyserować? Nie jest to jednak bezpośredni cel mojej pracy. Chcę nadal produkować ciekawe rzeczy, pracować w tej branży. Lubię to, co robię. Myślę, że większość ludzi, która tak długo pracuje w tej branży musi to kochać. Inaczej nie wytrzymasz.

Ciężka praca czy chodzi o jakieś inne czynniki?
To jest ciężka praca, ale musisz ją po prostu lubić. Jeśli traktujesz pracę w telewizji, filmie, reklamie jak pracę, nigdy nie będzie to dla Ciebie dobra ścieżka. To musi być twoja pasja, miłość.

Dziękuję za rozmowę.

__________________________________________________________________________________________________________

Jan Kepinski to reżyser, producent, założyciel i właściciel Jake Vision. Wcześniej był związany z TVN, przez wiele lat był tam reżyserem pasma "Dzień Dobry TVN", ponadto reżyserował takie programy jak: „Taniec z gwiazdami", „Szymon Majewski Show", „Milionerzy" i „Pascal - po prostu gotuj".

Jake Vision działa od ponad siedmiu lat, realizuje głównie programy telewizyjne: teleturnieje, reality shows i cykle kulinarne. Firma ma na swoim koncie takie produkcje jak: „Super Dzieciak", „Must be the music. Tylko muzyka", „Top Chef" „Wyspa przetrwania", „Hell's Kitchen", „Shopping Queen", „Wyjdź za mnie", "Ninja Warrior Polska", "Love Island. Wyspa miłości" dla Telewizji Polsat, „Agent. Gwiazdy, „Milionerzy", „Kossakowski. Być jak..." oraz "Motyw" dla Grupy TVN oraz „Przygarnij mnie", „Kryptonim Szef" i „Bake Off - Ale Ciacho!" dla Telewizji Polskiej.

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Beerend Jan Kepinski, szef Jake Vision: Tradycyjna telewizja nie umiera

18 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
qwert
Dziekuję za wywiad.
6 6
odpowiedź
User
Max
„Bardzo trudno jest oglądać serial z Holandii czy Belgii – może być interesujący, ale to też inna kultura”. Jakoś nie odnotowałem żadnej trudności, że duński serial o gangu Olsena przypomnę. Może z tym panem jest coś nie tak, a może po prostu sprzedaje takie kocopały, żeby bronić wątpliwą tezę, której uczepił się jak pijany płotu
17 6
odpowiedź
User
Kuzyra
Zaklinasz pan rzeczywistość. Obecna telewizja to jakaś pomyłka i zdechnie szybciej niż się panu kochanemu wydaje.
A radio nadal trzyma się swietnie :)
23 6
odpowiedź
User
Alex
A co ma mówić producent i reżyser TV - przecież nie powie, że TV umiera, bo szybciej straci robotę. Zaklinanie rzeczywistości jest metodą na wydłużenie agonii.
25 6
odpowiedź
User
Jakub
Zaklinasz pan rzeczywistość. Obecna telewizja to jakaś pomyłka i zdechnie szybciej niż się panu kochanemu wydaje.
A radio nadal trzyma się swietnie


Telewizja była jest i będzie, tak jak kino baranie, przybywa nośników, a starych nie bywa, tak jak przybywa zespołów, a RolliNg Stonesi ciagle grają
11 8
odpowiedź