SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Bogusław Chrabota: nie wierzę w pełną niezależność naczelnego

- Nie wierzę w pełną, absolutną niezależność naczelnego - mówi w rozmowie z Wirtualnemedia.pl Bogusław Chrabota, nowy redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. Zapowiada, że tytuł nadal będzie patrzeć krytycznie na działania rządu i instytucji publicznych.

Bogusław Chrabota: nie wierzę w pełną niezależność naczelnego

Bogusław Chrabota stanowisko redaktora naczelnego „Rz” objął 2 stycznia br. (więcej na ten temat). -  Nie uczestniczyłem w konkursie, bo formalnie go nie przeprowadzono. Dostałem propozycję od właściciela wydawnictwa i ją przyjąłem. A dostałem ją dlatego, że szukali człowieka, który jest troszeczkę spoza układu,  linii sporu - mówi Chrabota w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Nowy naczelny wymienia trzy powody, dlaczego zdecydował się na przyjecie propozycji. Pierwszym był fakt, że poprosił go to Grzegorz Hajdarowicz, którego zna jeszcze ze studiów.

- Po drugie, dla każdego dziennikarza awans na redaktora naczelnego jednego z dwóch najbardziej opiniotwórczych dzienników w historii Polski niepodległej to nobilitacja. Po trzecie to prawdziwe wyzwanie - przeprowadzić ten tytuł  do internetu - wymienia Chrabota.

Odnosząc się do ostatnich zwolnień dziennikarzy w „Rzeczpospolitej” i oceny rzetelności tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl we wraku tupolewa” przez radę nadzorczą wydawnictwa, Bogusław Chrabota podkreśla, że nie wierzy w pełną, absolutną niezależność naczelnego. - To iluzja, że redaktor naczelny może być niezależny względem zarządu korporacji, dla której pracuje. Jesteśmy zależni od wielu spraw. Jednak jakiś, niekiedy bardzo szeroki margines niezależności sobie pozostawić. Ustawić granice nie do przekroczenia - mówi Chrabota.

- Mam nadzieję, że w miarę szybko uda mi się tu zyskać autorytet i pozycję, która mi zapewni faktyczną niezależność w pewnych decyzjach, w budowaniu profilu tego pisma, przy rekonstrukcji papierowej „Rz”, a potem przy przeprowadzaniu kontentu do netu. Wbrew pozorom mam pewne atuty. To doświadczenie, ale i wieloletnie relacje z wielkimi świata mediów. Podjąłem pewne uzgodnienia z kierownictwem tej spółki. Mam prawo do określonych samodzielnych decyzji. Mam gwarancję, ale i zaufanie - dodaje.

Jaka będzie nowa „Rzeczpospolita”? - Moja dewiza, którą przekazałem zespołowi, jest taka, że wolna prasa jest od tego, by krytycznie patrzeć na działania instytucji publicznych, w pierwszej kolejności rządu. Poza tym wszelkiej władzy, od urzędników samorządowych aż po wymiar sprawiedliwości. Ale bez szaleństw, bez fałszywych mitów, czy zajadłości. Będziemy patrzyć władzy na ręce, rozliczać ją z działań, tak jak opozycję ze słów - mówi Chrabota.

Nowy naczelny zapowiada, że „Rzeczpospolita” będzie koncentrowała się na przeprowadzeniu ważnych dyskusji o istotnych kwestiach polskiej debaty publicznej. - Pojawi się debata o ekonomii, granicach suwerenności, narodzie, problematyce unijnej, interesie publicznym, racji stanu, niezbędnych reformach, będziemy szli mocno w tematykę reformy państwa. Interesuje mnie wyłącznie dyskusja merytoryczna, co nie oznacza, że wyprana z emocji - zapowiada. - To ma być druga noga debaty publicznej ustawiona w kontrze wobec „Gazety Wyborczej”. Jeśli Wyborcza” prezentuje wrażliwość centrolewicową, to my będziemy centroprawicowi - dodaje.

Dla tytułu nadal mają pisać dotychczasowi konserwatywni publicyści jak Piotr Semka, Robert Mazurek czy Igor Janke. Pojawią się też nowi, ale Chrabota nie ujawnia, kto to będzie, podobnie jak nie zdradza, kto zostanie nowym jego zastępcą. Nie deklaruje też, co dalej z Bartoszem Węglarczykiem, który jest wicenaczelnym od listopada ub.r. - Bartka Węglarczyka znałem dotąd ledwie towarzysko. Nigdy z nim pracowałem, trudno mi więc cokolwiek mówić o naszej wspólnej przyszłości. Po tych kilkunastu dniach widzę jednak, że to bardzo fajny facet, znakomity dziennikarz o świetnym słuchu i dużym talencie. Mam wrażenie, że co dnia odkrywam jego talent - mówi nam Chrabota.

Nowy naczelny zapowiada rewolucję jeśli chodzi o obecność „Rz” w internecie, ale konkretów nie podaje. Na razie wprowadził zmiany w realizacji materiałów wideo. - Mój wywiad z Leszkiem Balcerowiczem został zrealizowany również w wersji telewizyjnej, telewizje natychmiast pożywiły się fragmentami. Wszystkie duże wywiady będziemy robili w taki sposób - w gazecie będzie krótsza wersja rozmowy, na stronach rp.pl będzie dłuższa wersja tekstowa, a cały wywiad będzie do obejrzenia w formie materiału wideo - opisuje.


Z Bogusławem Chrabotą, nowym redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” rozmawiamy o powodach jego decyzji o odejściu z Polsatu i przejściu do „Rz”, niezależności na nowym stanowisku, jego wizji „Rzeczpospolitej”, planach dotyczących internetu oraz o zmianach personalnych.


Patryk Pallus: 18 grudnia ub.r. Polsat świętował 20-lecie istnienia, a dzień później okazało się, że odchodzi Pan ze stacji i zostanie redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”. Decyzja ta zdziwiła wielu ludzi mediów. Dlaczego zdecydował się Pan na ten krok?

Bogusław Chrabota: Sam byłem zdziwiony. Nie uczestniczyłem w konkursie, bo formalnie go nie przeprowadzono. Dostałem propozycję od właściciela wydawnictwa i ją przyjąłem. A dostałem ją dlatego, że szukali człowieka, który jest troszeczkę spoza układu,  linii sporu. Ja od pewnego czasu, co zostało zauważone, powoli wycofywałem się z pozycji menedżerskich w Polsacie…

To była Pańska decyzja? Pojawiły się opinie, że był Pan marginalizowany w stacji...

To była w znacznej mierze moja decyzja. Po 20 latach intensywnej obecności w zarządzaniu, po prostu czułem się zmęczony i chciałem wrócić do dziennikarskich korzeni. Nie byłem marginalizowany. Mam do dziś znakomite relacje z właścicielem. Nie tak dawno zapytał mnie, czy widzę się bardziej w roli menedżera, czy dziennikarza. Wybrałem dziennikarstwo, bo to moje korzenie.

W ostatnich latach Polsat z małej stacji stawał się wielka korporacją. Nowe zadania to nowe wybory. Ja tego wyboru dokonałem tak naprawdę cztery lata temu wchodząc angażując się dziennikarsko w powstający Polsat News. Najpierw prowadziłem „To był dzień” o 20.00”, potem „Wydarzenia Opinie Komentarze” o 22.00. Do domu wracałem o 21.15  albo 23.30 i na dłuższą metę ciężko mi było – a przede wszystkim mojej rodzinie – wytrzymać takie obciążenie. Nie to, żebym nie wytrzymywał fizycznie, ale cóż, mam dwadzieścia lat więcej niż wtedy, kiedy organizowaliśmy Polsat. Świadomie podjąłem więc decyzję o przesunięciu się w stronę dziennikarstwa, choć zachowałem pewien obszar zarządzania, kierując min. zespołem ”Państwa w państwie”, „Interwencji”, czy produkując „Raporty społeczne”... Koordynowałem więc ciągle publicystykę, ale już nie na czele osobnego działu, który włączono do Polsat News. Może niektórzy uznają takie decyzje za wariactwo, ale w zarządzaniu (poza członkostwem zarządu) wszystkie szczeble przeszedłem i zatęskniłem do korzeni, dziennikarstwa. Zrozumiałem, że to właśnie dziennikarstwo, twórczość jest dla mnie najważniejsza..…

W „Rzeczpospolitej” znów jednak Pan zarządza.

W „Rzeczpospolitej” jestem redaktorem naczelnym, a nie członkiem zarządu. Mam się zajmować pracą redakcyjną, jestem redaktorem, będę również pisał. To jest przede wszystkim obszar dziennikarski, wolny od obciążeń administracyjnych, czy managerskich

Co przekonało Pana do przejścia do „Rzeczpospolitej”? Prasa to trudny kawałek chleba, jej sprzedaż spada, a ostatnio w „Rzeczpospolitej” był spory kryzys wizerunkowy.

W istocie jakiś kryzys ten tytuł przeżywa i może właśnie dlatego zaproszono mnie do współpracy. Z Grzegorzem Hajdarowiczem, właścicielem Presspubliki, znamy się od wielu lat. To mój kolega ze studiów, z którym przez lata miałem kontakt. Gdyby poprosił mnie o to człowiek, którego nie znam i któremu nie ufam, to nie wychodziłbym z wygodnego gniazdka w Polsacie. To po pierwsze. Po drugie, dla każdego dziennikarza awans na redaktora naczelnego jednego z dwóch najbardziej opiniotwórczych dzienników w historii Polski niepodległej to nobilitacja. Po trzecie to prawdziwe wyzwanie – przeprowadzić ten tytuł  do internetu. Sama idea tej migracji z printu do multimediów zawsze mnie fascynowała. Jestem człowiekiem wychodzącym z multimediów, współtworzyłem pierwszą telewizję komercyjną i pierwsze kanały tematyczne w Polsce, pracowałem przy mechanizmach interaktywnych takich projektów jak „Bar” czy „Idol”. Nie jestem jeszcze na tyle stary, więc to dobry moment, by się tym zająć.

Po opublikowaniu tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl we wraku tupolewa” to rada nadzorcza Presspubliki zdecydowała o zwolnieniu jego i kierownictwa redakcji, bo uznała, że artykuł był nierzetelny. Czy Pan ma zagwarantowaną niezależność w decyzjach redakcyjnych?

Nie wierzę w pełną, absolutną niezależność naczelnego. To iluzja, że redaktor naczelny może być niezależny względem zarządu korporacji, dla której pracuje. Jesteśmy zależni od wielu spraw. Jednak jakiś, niekiedy bardzo szeroki margines niezależności sobie pozostawić. Ustawić granice nie do przekroczenia. Ja wychodzę z korporacji, gdzie zachowywałem względną niezależność przez 20 lat. To nie jedyny przypadek, wielu ludzi, którzy współtworzyli telewizje, takich jak Edward Miszczak, czy Adam Pieczyński, pracuje w nich przez wiele lat, co oznacza, że owa względna niezależność jest możliwa.

Mam świadomość tego, że przychodzę do firmy, gdzie wiele jest do zrobienia. Mam nadzieję, że w miarę szybko uda mi się tu zyskać autorytet i pozycję, która mi zapewni faktyczną niezależność w pewnych decyzjach, w budowaniu profilu tego pisma, przy rekonstrukcji papierowej „Rz”, a potem przy przeprowadzaniu kontentu do netu. Wbrew pozorom mam pewne atuty. To doświadczenie, ale i wieloletnie relacje z wielkimi świata mediów. Podjąłem pewne uzgodnienia z kierownictwem tej spółki. Mam prawo do określonych samodzielnych decyzji. Mam gwarancję, ale i zaufanie. A z drugiej strony, oni też nie potrzebują faceta, który biega do kiosku po batoniki. Potrzebują człowieka z wizją i pewną samodzielnością, bo to on weźmie na siebie dużą część odpowiedzialności za zmiany.

Gdybym w to nie wierzył, nigdy bym tu nie przyszedł. Ja w życiu zawodowym zrobiłem wiele rzeczy w stacji komercyjnej, mam sytuację materialną, która pozwala mi nieźle żyć. Jednak pokusiłem się na tą pracę, bo wierzę, że to projekt, który zarówno wyzwali adrenalinę,  jak i poczucie misji, celu. Poza tym moi najbliżsi powiedzieli, że takich propozycji się nie odrzuca. Gdybym był starszy, może by mi się nie chciało, ale jestem jeszcze sporo przed pięćdziesiątką. To dobry wiek do wyzwań. A jeśli się okaże, że nasza współpraca jest trudna, zawsze mam szansę wycofać się z tego interesu. Ale nie myślę w tych kategoriach.

Jakie będą Pańskie relacje w strukturze Presspubliki z Andrzejem Talagą, szefem mediaroomu powstałego w Presspublice?

Nie wiem, mam nadzieję, że dobre. Struktura bazowego newsroomu, czy mediaroomu pracującego na rzecz różnych tytułów, czy programów jest mi znana z Polsatu. To generalny zasób sił i środków koordynowanych przez jeden ośrodek, który przygotowuje kontent dla różnych tytułów i do Internetu. Ja to rozumiem i akceptuję, ale liczę na to, że zbuduję team dziennikarzy będących twarzami „Rzeczpospolitej”.

Będą oni pracować tylko na rzecz „Rzeczpospolitej”?

Nie wykluczam oczywiście, że będą pisać też dla innych tytułów Presspubliki, ale będą twarzami „Rz”.

Portal wPolityce.pl pisał, że między Bogusławem Chrabotą a Andrzejem Talagą jest konflikt.

To kompletna bzdura. Zdementowałem to na ich stronie.

Jak zmieni się „Rzeczpospolita” pod Pana kierownictwem? Czytając wstępniak, miałem wrażenie, że będzie się koncentrować na ekonomii i prawie, a białe strony staną się mniej ważne.

Nie, białe strony są i będą nadal bardzo ważne. Pierwsza kolumna integruje najważniejsze i najciekawsze tematy. Poniedziałkowy wywiad sprzed dwóch tygodni z Leszkiem Balcerowiczem, przeprowadzony przeze mnie i Pawła Jabłońskiego, jest na białych stronach, a nie na ekonomicznych. To pierwszy mój stempel na tej gazecie, który wyznacza jej kierunek.

Moja dewiza, którą przekazałem zespołowi, jest taka, że wolna prasa jest od tego, by krytycznie patrzeć na działania instytucji publicznych, w pierwszej kolejności rządu. Poza tym wszelkiej władzy, od urzędników samorządowych aż po wymiar sprawiedliwości. Ale bez szaleństw, bez fałszywych mitów czy zajadłości. Będziemy patrzyć władzy na ręce, rozliczać ją z działań, tak jak opozycję ze słów.

„Rzeczpospolita” będzie koncentrowała się na przeprowadzeniu ważnych dyskusji o istotnych kwestiach polskiej debaty publicznej. Pojawi się debata o ekonomii, granicach suwerenności,  narodzie, problematyce unijnej, interesie publicznym, racji stanu, niezbędnych reformach, będziemy szli mocno w tematykę reformy państwa. Interesuje mnie wyłącznie dyskusja merytoryczna, co nie oznacza, że wyprana z emocji.

„Rzeczpospolita” przez ostatnie lata była tytułem o charakterze prawicowym, konserwatywnym. Jaka będzie teraz linia gazeta?

To ma być druga noga debaty publicznej ustawiona w kontrze wobec „Gazety Wyborczej”. Jeśli ”Wyborcza” prezentuje wrażliwość centrolewicową, to my będziemy centroprawicowi.

Z dawnego grona licznych konserwatywnych publicystów na łamach jest jeszcze kilka nazwisk, m.in. Igor Janke, Piotr Skwieciński czy Piotr Semka. Czy nadal będą pisać dla „Rz”?

Tak. Mam deklarację ze strony Piotra Semki, że będzie pisał. Podobnie Robert Mazurek. Igor Janke, Piotr Skwieciński i Dominik Zdort wciąż pracują i nie zapowiada się, by przestali. Możliwe, że zmienią się formy, ale będą z „Rzepą” dalej. To są ludzie mi bliscy, moi koledzy, bardzo na nich liczę. Myślę, że ciekawych ludzi na łamach będzie więcej.

Jacy nowi publicyści się pojawią w „Rz”?

Jeszcze nie mogę tego ujawnić. Pracujemy nad tym. Będą to osoby z różnych stron. Na pewno jest miejsce na naszych łamach również dla lewicy. Bez lewicy nie wyobrażam sobie polskiej debaty publicznej. Nie ma bowiem poważnej debaty bez konfrontowania ze sobą punktów widzenia z różnych stron sceny politycznej.

Bartosz Węglarczyk nie jest bliską Panu osobą, przez lata pracował w „Gazecie Wyborczej”. Pozostanie wicenaczelnym czy szuka Pan kogoś nowego na jego miejsce?

Bartka Węglarczyka znałem dotąd ledwie towarzysko. Nigdy z nim pracowałem, trudno mi więc cokolwiek mówić o naszej wspólnej przyszłości. Po tych kilkunastu dniach widzę jednak, że to bardzo fajny facet, znakomity dziennikarz o świetnym słuchu i dużym talencie. Mam wrażenie, że co dnia odkrywam jego talent. Nic nie powiem na temat nowych wicenaczelnych. To pieśń przyszłości, choć - nieodległej.

Z „Rzeczpospolitej” odchodzą kolejni dziennikarzy. Ostatnio wypowiedzenia złożyli Kamila Baranowska, Wojciech Wybranowski i Jarosław Stróżyk, którzy przechodzą do tygodnika „Do Rzeczy” (więcej na ten temat). A Eliza Olczyk, która przepracowała w „Rz” wiele lat, nie jest zainteresowana podpisaniem aneksu dotyczącego zmiany stanowiska i wynagrodzenia. W takim razie kto będzie pisać na białych stronach?

To, że dziennikarze złożyli wymówienie, to jeszcze nic nie znaczy, zawsze można je bowiem cofnąć. Eliza jest na pewno fundamentem tej gazety i nie wyobrażam sobie jej odejścia. Rozmawiałem z nią i jestem pewien, że się dogadamy. A jeśli ktoś odejdzie, to przyjmiemy nowych. Rozmowy trwają. No i nie narzekam na brak zainteresowania nasza ofertą.

Tomasz Sekielski mówił niedawno w wywiadzie dla nas, że dziennikarstwo śledcze jest w zaniku (przeczytaj tę rozmowę). To bardzo kosztowna działka. Czy w „Rz” będzie obecne?

Na pewno będą reporterzy zajmujący się dziennikarstwem śledczym. Co do tego, mogę zapewnić.

Czy strony prawno-gospodarcze „Rz” jakoś się zmienią?

To są bardzo zdrowie strony, będą się tylko poprawiały.

Jakie ma Pan plany rozwoju „Rzeczpospolitej” w internecie i w multimediach?

Bardzo szerokie. To trzeba zbudować, są na razie zręby i zarysy. Ściągnięcie mojej osoby to jest właśnie inwestycja w ludzi, którzy myślą o mediach nie tylko w kategoriach printu. Na razie wprowadziłem zasadnicze zmiany w kwestii realizacji materiałów wideo w portalu tv.rp.pl, co już można zobaczyć. Już wiem, że w kwestii produktów on line dojdzie do rewolucji. Szybko zobaczycie nowe produkty. To co już dziś robimy, to realizujemy dziennikarstwo wielotorowe.

Mój poniedziałkowy wywiad z Leszkiem Balcerowiczem został zrealizowany również w wersji telewizyjnej, telewizje natychmiast pożywiły się fragmentami. Wszystkie duże wywiady będziemy robili w taki sposób - w gazecie będzie krótsza wersja rozmowy, na stronach rp.pl będzie dłuższa wersja tekstowa, a cały wywiad będzie do obejrzenia w formie materiału wideo.

Polsat zostawił Pan po 20 latach pracy. Jaka będzie przyszłość tej stacji już bez Pana?

Jestem o nią spokojny. Ta stacja na szczęście ma właściciela, który jest jednym z najważniejszym ludzi mediów w tej części Europy. Pracuje z nim świetny, profesjonalny i oddany zespół. Niektórzy z tej ekipy to najlepsi fachowcy w swoich branżach. Fakt, że ja odchodzę, pewnie nie wpłynie na przyszłość Polsat News w jakiś większy sposób. Myślę, że to dla mnie był zaszczyt, że mogłem dołożyć trochę siebie do tamtego projektu.

„Rzeczpospolita” będzie jakoś szczególnie współpracować z Polsatem?

Będzie poważna współpraca nie tylko z Polsatem, ale z innymi mediami. Trudno mi dziś powiedzieć z jakimi. Chcę otworzyć gazetę na nazwiska, ludzi, talenty. Konkretów jeszcze nie mogę podać.

Kiedy Pana zdaniem papierowe wydanie „Rzeczpospolitej” zniknie z rynku i tytuł pozostanie tylko w internecie?

Nie sądzę, by to było za chwilę, to trochę potrwa.

Niedługo na rynek trafi nowy tygodnik „Do Rzeczy”, tworzony przez byłych publicystów „Uważam Rze”, ale także „Rzeczpospolitej”. Co Pan sądzi o tym projekcie? Czy ma szansę na sukces, skoro silnie zaistniało na rynku już „W sieci” braci Karnowskich?

Życzę Pawłowi i jego ekipie sukcesu. Zarazem mam świadomość, że nie będzie łatwo. Nie ma w Polsce rynku na kilka konserwatywnych tytułów w segmencie tygodników. Ktoś na pewno padnie. Mam nadzieję, że nie będzie to tytuł Presspubliki. Żeby odnieść sukces, potrzebny jest nie tylko talent, pomysł czy determinacja, ale również wsparcie dużej i wiarygodnej grupy mediowej. Bez niej jako zaplecza niewiele się zrobi. Czas przyniesie odpowiedzieć, kto najlepiej zainwestował swoją pracę i umiejętności. Ja wierzę w „Rzeczpospolitą”.


Bogusław Chrabota przez ostatnie 20 lat pracował w Telewizji Polsat Pełnił w niej m.in. funkcje dyrektora programowego, szefa anteny, dyrektora zarządzającego, szefa kanałów tematycznych, szefa informacji i publicystyki. Debiutował w prasie niezależnej w 1986 roku. Do roku 1989 współpracował z różnymi tytułami prasy podziemnej i emigracyjnej. W latach 1990-1992 związany był z TVP, najpierw pracował w ośrodku w Krakowie, potem był redaktorem naczelnym TAI w Warszawie.

Chrabota jest autorem książek, publicystą prasowym i felietonistą (m.in. Ozon, Newsweek, Wprost, Polityka, Życie, Rzeczpospolita, W Drodze, Fronda). Od 1995 roku jest wykładowcą akademickim (UJ, UW, uczelnie warszawskie - Koźmiński, Łazarski). Ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, na którym obronił też doktorat.

Newsletter WirtualneMedia.pl w Twojej skrzynce mailowej

Dołącz do dyskusji: Bogusław Chrabota: nie wierzę w pełną niezależność naczelnego

27 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
graża
Bodzio jest naczelnym od 3 tygodni i już wie, że nie jest niezależny. Brawo Bodzio, ostatni redaktorze naczelny Rzeczpospolitej.
odpowiedź
User
Analityk
Bartosz Węglarczyk to nie tylko fajny chłopak, ale wyjątkowo zdolny. Sprzedaż Sukcesu, którego już trochę jest naczelnym sięgnęła dna, więc trzyma się trendu zapoczątkowanego przez swoich poprzedników. Zaakceptowane przez niego okładki tego magazynu są nie do podrobienia. Jak popisy pisarskie powszechnie znanej i szanowanej biznesmenki Katarzyny Niezgody. Wyjątkowo interesujące teksty Węglarczyka pojawiające się w Rzeczpospolitej przepisane z PAP lub dokładnie przetłumaczone z prasy angielskojęzycznej godne są zdolnego studenta dziennikarstwa na płatnym stażu. Chrabota powinien go zrobić nie swoim zastępcą, ale równorzędnym naczelnym. Podobna strategia w Przekroju już daje wyjątkowe rezultaty.
odpowiedź
User
chroba
"Nie ma w Polsce
rynku na kilka konserwatywnych tytułów w segmencie
tygodników. Ktoś na pewno padnie. Mam nadzieję, że
nie będzie to tytuł Presspubliki."

Nadzieja, jak mawiają jest matką głupich i naiwnych...Hajdarowicz już położył kreskę na tym tytule, bo to nie chodziło o to by przejąć i rozwijać, tylko zdecydowanie by przejąć i zneutralizować, a czy upadnie czy nie to mało istotne. Już nie jedną świetnie prosperującą firmę doprowadzono sztucznie do upadku w IIIRP.
Nie przewidziano tylko nowego rozwozrostu poprzez pączkowanie, na starych zgiłych szczątkach, ot co...choroba...
odpowiedź