Jesteś na mnie jeszcze zły?
Chyba nigdy nie byłem na ciebie zły.
Byłeś.
Za co?
Za to, że spytałem w wywiadzie prezesa Wirtualnej Polski o to, czy redaktorzy naczelni w portalach są jeszcze potrzebni. Ty wtedy byłeś naczelnym WP.
Ja nawet nie pamiętam, co Jacek Świderski wtedy odpowiedział.
Że są, ale rok później WP została formalnie bez jednego głównego redaktora naczelnego.
Jak to się mówi – mądrość etapu. Ale nie czułem po tym fragmencie złych emocji. Zaskoczyłeś mnie tym pytaniem.
A są potrzebni?
Być może jestem w tej kwestii tradycjonalistą, ale jak najbardziej. Ktoś musi pilnować linii redakcyjnej i wskazywać drogę.
Ale jest jakiś trend? WP formalnie nie ma naczelnego, Gazeta.pl też nie. Podobnie naTemat.pl, o następcy Janusza Schwertnera w Gońcu również na razie cisza.
Wymieniłeś listę redakcji, w których nie ma redaktora naczelnego, ale równie dobrze mógłbym stworzyć podobną, gdzie jest. To pewnie kwestia filozofii zarządzania przez właścicieli i danego etapu rozwoju konkretnej organizacji.

Jak to było z Twoją zmianą pracy? Bardziej odszedłeś z Wirtualnej Polski czy bardziej przeszedłeś do "Rzeczpospolitej"?
W grudniu 2025 roku po raz pierwszy skontaktowali się ze mną przedstawiciele PTWP, tuż po ogłoszeniu zakupu Gremi Media. Były to naprawdę konkretne i sprawne rozmowy.
Spodobał mi się pomysł, z którym przyszedł do mnie Wojciech Kuśpik – pomysł na "Rzeczpospolitą", ale i na moją rolę w całym projekcie. Zaimponowało mi to – nie powiem, że nie. Byłem w takim zawodowo-osobistym momencie, że zacząłem rozważać zmianę. Natomiast absolutnie nie uciekałem z Wirtualnej Polski.
Mam jedną tezę, ale nie wiem, czy będziesz w stanie mi ją oficjalnie potwierdzić.

Zweryfikujmy.
Czy od samego początku plan był taki, że przyjdziesz na redaktora naczelnego, a wcześniejsza informacja o Tobie, jako dyrektorze wydawniczym, to po prostu wybieg, żeby w czasie oczekiwania na start pracy nie robić zamieszania w zespole? Tempo zmian było tak szybkie, że trudno mi uwierzyć, by to nie było zaplanowane.
Jakie tempo? Co masz na myśli?
Zacząłeś pracę i pierwszego dnia ogłoszono, że Michał Szułdrzyński przestaje być naczelnym, a od teraz Ty przejmujesz tę rolę, łącząc ją z byciem dyrektorem wydawniczym całego Gremi Media.
Dostałem propozycję zostania dyrektorem wydawniczym z bardzo szerokim zakresem kompetencji. Natomiast w trakcie tych paru miesięcy po przejęciu właściciel doszedł najwyraźniej do wniosku, że spółka wymaga gruntownych zmian na różnych polach, również tym redakcyjnym i potrzebuję mandatu, by wprowadzać zmiany także bezpośrednio w redakcji.

To kiedy dowiedziałeś się, że będziesz redaktorem naczelnym?
W sierpniu zapadła decyzja, że obejmę podwójną rolę. Żeby cały proces zmian się udał, mam zakres decyzyjności wykraczający poza standardowe obowiązki redaktora naczelnego. Mówimy nie tylko o kwestiach czysto redakcyjnych, ale równie ważnych sprawach produktowych, procesie wydawniczym, kierunku rozwoju. To uproszczenie procesów i struktury, dzięki temu ścieżka decyzyjna jest o wiele krótsza.
Czy przez to, że firma musiała na Ciebie czekać te 9 miesięcy, gdy po zmianie właściciela działo się najwięcej, nie straciłeś trochę momentum?
Dużo zmian czekało na moje przyjście. Zanim zacząłem pracę, kilka osób z branży odezwało się do mnie i usłyszałem wtedy określenie, które powtórzyłem na pierwszym spotkaniu z zespołem: "trochę przenoszona ciąża". To oczywiście w kontekście długiego oczekiwania na mnie i kluczowe zmiany.

I nikt w międzyczasie z Tobą niczego nie konsultował i nie planował?
Pracę w "Rzeczpospolitej" rozpocząłem 1 września.
To przejdźmy do decyzji, które już Ty mogłeś podejmować. Kto zdecydował o zwolnieniu Bogusława Chraboty?
Bogusław Chrabota jest publicystą z ogromnym dorobkiem i bardzo go szanuję. Chciałbym, żeby został na łamach "Rzeczpospolitej" i w takim kierunku z nim rozmawiałem, gdy te decyzje były komunikowane. Teraz piłka jest po stronie Bogusława. Jeżeli będzie chciał zostać na łamach, to zostanie. Nie wiem, czy jest coś do dodania.
Jest, bo nie odpowiedziałeś na pytanie.
W tym momencie w całej spółce dzieją się duże zmiany strukturalne. To ich efekt. Natomiast jeżeli pytasz wprost, kto podjął tę decyzję, to muszę przypomnieć, że Bogusław Chrabota pełnił funkcję doradcy zarządu od momentu, w którym przestał pełnić funkcję redaktora naczelnego Gremi.

Ale nie tylko, był publicystą i redaktorem naczelnym dodatków. Czyli decyzję podjął prezes Kuśpik, a nie Ty?
Dziś już nie ma żadnego znaczenia, kto podjął tę decyzję. Ja od strony redakcyjnej chciałbym dalej widzieć Bogusława na łamach "Rzeczpospolitej".
No to po co go zwolniliście?
Jeszcze raz powtórzę: im prostsza struktura, tym łatwiej się funkcjonuje. Pewne decyzje miały na celu jej uproszczenie i dzisiaj jest ona o wiele bardziej przejrzysta. Czy chciałbym, żeby Bogusław Chrabota wciąż pełnił rolę publicysty? Oczywiście, że chciałbym, ale zmiany dotyczące dodatków musiały zostać wprowadzone. To rozwiązanie jednej z wielu skomplikowanych układanek strukturalnych, które tu zastałem.
Dlaczego na jednym z pierwszych spotkań zapewnialiście zespół, że dodatki nie będą zamykane i nie będzie dużych przetasowań kadrowych? Mija parę dni i kasujecie dodatki, zwalniacie szefów i robicie przetasowania.

Nigdy i nigdzie nie powiedziałem, że nie będzie przetasowań kadrowych. Podczas wspomnianego spotkania zapowiedziałem nawet, że potrzebuję trzech tygodni, by zaprezentować nową strukturę. Nie wypieram się natomiast słów o dodatkach. Żeby podejmować świadome decyzje, trzeba być wewnątrz organizacji. Nie boję się wprowadzać zmian, jeżeli uznaję, że są słuszne, nawet jeśli są trudne bądź budzą emocje. A o ich słuszności przekonałem się, gdy trochę lepiej poznałem organizację. I tyle.
A dlaczego to zrobiliście?
Dotychczas wydawnictwo miało inną strategię działania, szukało poszerzania oferty również poprzez dodatki. Natomiast my skupiamy się na głównym grzbiecie, który jest dla nas absolutnie kluczowy. Nie chcemy rozpraszać się na działania, które pochłaniają wiele czasu i zasobów, a w ogólnym rozrachunku niewiele dają.

To chyba dość dziwny układ, w którym siadasz na kolegium jako nowy redaktor naczelny, obok Ciebie siedzi były redaktor naczelny, a obok niego były były redaktor naczelny?
"Rzeczpospolita" to redakcja z długą historią i ogromnym bagażem, dlatego niektóre sytuacje mogą wydawać się dość specyficzne i wymagają uporządkowania, co w tym momencie się dzieje. Ale zostawmy to już, dla mnie najważniejsze jest, to co tu i teraz, w przyszłości oraz jakie zaufanie i mandat do działania mam od właściciela.
Masz poczucie, że musisz rozbić tutaj jakiś stary, funkcjonujący od lat system?
Nawiązujesz do tego, jaka jest teraz atmosfera w redakcji?
Tak, sporo się nasłuchałem i naczytałem. Wygląda to jak starcie dwóch, a nawet trzech światów: starej "Rzepy", "nowych" z PTWP, a teraz także Ciebie z nową ekipą.
Na pewno w zespole jest jakiś znak zapytania i niepewność. To zrozumiałe, przecież dzieją się tu duże zmiany. Przyszli nowi ludzie, nowy redaktor naczelny łączący tę funkcję z funkcją dyrektora wydawniczego. Dodatkowo przez ostatnie lata redakcja była mocno doświadczona cięciami, zmianami, ograniczaniem kosztów. Nie ma co się dziwić, że jest jakiś poziom dystansu. Jestem już po serii spotkań w zasadzie ze wszystkimi zespołami. Po ogłoszeniu nowej struktury powiedziałem, jakie dokładnie mam oczekiwania.

Jakie?
Są banalnie proste, a jednocześnie trudne: zespoły dziennikarskie mają przynosić swoje autorskie materiały dziennikarskie, które będą wartością dodaną dla czytelników. Brzmi to trywialnie, ale siedzisz w tej branży od lat i wiesz, że nie jest to takie oczywiste i proste.
Nie masz poczucia, że taki cel mógłby wskazać absolutnie każdy redaktor naczelny medium w Polsce? Każde medium by tego chciało, nie ma tu nic charakterystycznego dla "Rzepy" i odbiorców.
Ale czy każdy stawia taki cel?
Kiedy przypomnę sobie zapowiedzi nowych naczelnych na początku, zazwyczaj to brzmi bardzo podobnie.
I jakie są efekty?
Różne, zależy gdzie.
Oczywiście. To kwestia problemów branży i zamiany wyzwań w przewagę konkurencyjną. W dobie AI i przepisywania internetu chodzi o powrót do korzeni. AI nie przyniesie dobrego wywiadu, wychodzonego newsa ani reportażu z warstwą emocji. Nie zrobi też dobrej selekcji materiałów. Chcę stworzyć w "Rzeczpospolitej" ekosystem najpierw informujący o wszystkim, co najważniejsze, ale bez zasypywania użytkownika masą treści.

Ile treści dziennie tworzycie lub chcecie tworzyć?
Zerkamy na liczbę treści, ale na razie nie jest dla nas kluczowa. Przede wszystkim w pierwszej kolejności chcę w ramach naszego zakresu tematycznego informować odpowiedzialnie, bez – okej, użyję tego słowa – clickbaitu, głupich, nieistotnych tematów.
W drugiej kolejności będziemy te tematy merytorycznie pogłębiać: politykę, geopolitykę, bezpieczeństwo, państwo, ekonomię, rynki i prawo. Do tego dochodzi część profesjonalna: "Rzeczpospolita" jako miejsce pomagające w bieżącej pracy profesjonalistom, na przykład prawnikom i księgowym.
Na co się umówiliście z właścicielem? Co będzie mierzyło sukces?
Mój główny cel to wzmocnienie tradycyjnego dziennikarstwa i stworzenie dobrych warunków pracy dla ludzi z mojego zespołu. Z kolei Wojciech Kuśpik skupia się na tym, by uzdrowić sytuację przychodową spółki z zachowaniem wszelkich standardów.

Jak to policzyć? To trudno mierzalne.
Jeżeli ktoś oczekuje, że za chwilę będę pompował balonik, zapowiadał, że "Rzeczpospolita" za rok będzie leciała w kosmos albo że kupimy autokar i będziemy jeździli po Polsce, to może rozczaruję, ale nic takiego nie będzie miało miejsca.
W tym momencie ja i grono moich zaufanych ludzi robimy pracę u podstaw. Czy będą wielkie transfery do "Rzeczpospolitej"? Transfery będą, ale w pierwszej kolejności stawiamy na ludzi, którzy już tu są. Jak powiedziałem ci przed włączeniem dyktafonu, pozytywnym zaskoczeniem po przejściu tutaj była dla mnie naprawdę długa lista osób pracujących w redakcjach.
Być może nie tak długa, jak przed kilkunastoma laty, ale jak na standardy dzisiejszych mediów, to duża redakcja. Wyobrażenia branży o "Rzeczpospolitej" w tym zakresie nie zgrywają się z rzeczywistością.
To dobrze, czy źle? Może jest duży payroll, a na zewnątrz przez lata nie było tego widać, więc coś było źle zarządzane? Albo masz z czego ścinać i łatwo poprawić wynik?
Jeżeli używasz słowa "ścinać", to w ogóle nie mam czegoś takiego na agendzie. W tym momencie wyraźnie wzmacniamy i dofinansowujemy redakcję. Nie ma pomysłu ścinania jakiegokolwiek etatu dla samej oszczędności.
Ale masz jakąś listę rekrutacyjnych marzeń? Kilka nazwisk na kartce, o które walczysz w tym momencie?
Spotkałem się z wieloma osobami, część z nich już do nas przyszła. Zależało mi na poznaniu ich perspektywy na "Rzeczpospolitą" i zebraniu opinii. Mamy listę ludzi, których rekrutujemy, ale – żeby to źle nie zabrzmiało – to nie są gwiazdy Twittera, jeśli wiesz, co mam na myśli. Mamy określone potrzeby redakcji i wokół nich rekrutujemy, szukamy ekspertów w swoich działkach tematycznych.
W skali od zera do dziesięciu jak oceniłbyś dodanie gazu, odkąd tu przyszedłeś?
Nie wydaje mi się, żebym na razie jakoś mocno docisnął pedał gazu i trzymał go w podłodze. Staram się działać stopniowo, choć faktycznie zmian strukturalnych oraz personalnych na początku było sporo. Teraz będziemy zmieniać proces wydawniczy: jak się pisze, ile się pisze, w jakim systemie pracujemy. To wszystko przed nami.
Co dokładnie pozmieniasz?
Nie chciałbym o tym mówić z szacunku dla ludzi, którzy tutaj pracują. Chcemy, żeby to zespół dowiedział się pierwszy.
Pytam o ten poziom dociskania gazu, bo słyszę, że w firmie jest wyraźne poczucie "szarpnięcia cugli", którego od dawna nie było. I może stąd ten szok?
Gdyby miało być dokładnie tak samo, jak było, pewnie nie byłbym w ogóle potrzebny. Przed rozpoczęciem pracy miałem swoje obserwacje jako czytelnik, mam też swoje wyobrażenie, czym powinno być takie medium i jak powinna funkcjonować redakcja. Poza tym wszedłem do redakcji, w której procesy czy przyzwyczajenia były budowane latami. Wprowadzanie zmian, nawet niewielkich, może wywoływać niepokój. Natomiast ogólnie wiąże się to z szerszym zagadnieniem, różnymi modelami bycia naczelnym. Jak ty sobie wyobrażasz bycie naczelnym?
Są dwa modele. Jeden jest gwiazdorski, czyli frontman, bardzo znana twarz, co pomaga w pozycjonowaniu, sporo wizyt w różnych mediach, ale z mocnym zastępcą, który faktycznie trzyma redakcję operacyjnie. Drugi to bardziej rzemieślniczy, czyli koń pociągowy, którego może aż tak nie widać na zewnątrz, ale sam wszystko rozumie i trzyma operacyjnie.
I mi zdecydowanie bliżej do tego drugiego modelu. Od początku właśnie tak funkcjonuję jako menedżer. Zanim zostałem wicenaczelnym, a potem naczelnym WP, gdzie zbudowałem Magazyn, sam też byłem autorem. Publikowałem reportaże i wywiady, które odbijały się sporym echem. Sprawiało mi to dużą frajdę i satysfakcję, podbijało też moje ego.
Natomiast gdy zostałem menedżerem, schowałem dumę do kieszeni, bo swoją rolę postrzegam jako ułatwianie pracy innym, torowanie drogi, usprawnianie procesów, bycie tamą przed zewnętrznymi wpływami na redakcję czy reagowanie na to, gdy ktoś redakcji czy konkretnemu dziennikarzowi chce zrobić krzywdę.
W "Rzeczpospolitej" chcę doprowadzić do sytuacji, w której warunki zapewniane dziennikarzom są najlepszymi z możliwych do wykonywania tego zawodu. To oczywiście nie znaczy, że całkowicie schowam się do nory i nigdzie mnie nie będzie. Gdy sytuacja będzie tego wymagała, oczywiście będę zabierał głos, natomiast wcześniej jako naczelny Wirtualnej Polski praktycznie nie chodziłem po telewizjach i tak samo będzie tutaj.
Po pierwsze dlatego, że gram na swój zespół, a nie na siebie. A po drugie dlatego, że regularne pojawianie się w programach publicystycznych szefa redakcji sprawia, że do całego tytułu przylega łatka opierająca się na poglądach jednej osoby. Nie chcę tego.
Będziesz pisał wstępniaki, felietony i robił wywiady?
Chcę wrócić do pisania, bo to bardzo lubię, ale na razie odłożyłem to na półkę. Są inne priorytety.
Przechodzisz z typowo internetowego gracza do medium zorientowanego wokół printu. Czy coś Cię zaskoczyło?
To dwa zupełnie nieporównywalne miejsca na mapie medialnej. Pierwsze to lider technologiczny, z potężną dystrybucją i wszystkim, co się z tym wiąże. Firma, na którą w tym kontekście robienia zasięgów nie powiem złego słowa, choć wielu by chciało i mnie o to podpytuje. Z drugiej strony jest potężna siła marki i tradycyjnego dziennikarstwa z wielką historią.
Myślisz, że marka "Rzepy" waży dziś więcej niż marka WP?
Zdziwiłbyś się. Jeżeli pytasz, jakie ciekawe zjawisko zaobserwowałem po przyjściu do "Rzeczpospolitej", to to, jak niesamowitą moc ma jej marka. Widać to nawet w tak banalnej kwestii, jak telefony, które odebrałem po ogłoszeniu, że zostałem redaktorem naczelnym "Rzeczpospolitej". W WP tego nie doświadczyłem.
Kto i skąd dzwonił?
Od Sasa do lasa: od biznesu po polityków. To pokazuje, że wokół marki kręci się "Rzeczpospolita" i – może zabrzmi to nieco brutalnie – marka jest tym, co sprawiło, że mimo wielu problemów "Rzeczpospolita" jest wciąż na rynku.
Czy "Rzeczpospolita" wewnątrz jest tak archaiczna i "osadzona w tradycji", jak mówi się na zewnątrz?
Nie będę używał pejoratywnych określeń, ale twierdząc, że to digitalowy lider, zakłamywałbym rzeczywistość, bo na pewno nim nie jest. Pewnie dlatego zaproponowano mi przyjście. Łączę doświadczenie, które zdobyłem pracując w liderze technologicznym z szacunkiem dla tradycyjnego dziennikarstwa.
Priorytetem jest dla mnie tworzenie w "Rzeczpospolitej" najwyższej jakości treści, ale co ważne chcę równie mocno zwracać uwagę na produkt: działanie strony głównej i artykułowych, lejek subskrypcyjny, ścieżkę użytkownika i newslettery. Chcę wpoić takie myślenie i funkcjonować na celach. Dotychczas w "Rzeczpospolitej" tak nie było.
To nie jest pytanie tylko o "Rzepę", ale skoro już sporo tego liznąłeś, może będziesz w stanie odpowiedzieć. Czy dziennikarze prasowi, albo lepiej powiedzieć: "poprasowi", czują się trochę lepsi od innych dziennikarzy?
A skąd w ogóle to pytanie? Dlaczego tak to przedstawiasz?
Uśmiechasz się, wiesz, co mam na myśli. Wystarczy spojrzeć na znany konflikt "Wyborczej" z Gazeta.pl czy branżowe anegdoty o tym, jak "prawdziwi dziennikarze" nie chcą zajmować się wybieraniem zdjęć, podkręcaniem tytułów, linkowaniem czy nawet wrzucaniem tekstów do CMS-a.
Oczywiście słyszałem o tym wielokrotnie, ale osobiście tego nie doświadczyłem. Do WP też przychodziły osoby, które pracowały w tradycyjnym princie i musiały nauczyć się nowego świata. Jakość zawsze się obroni. Jeżeli musi się wiązać z walką o atrakcyjny tytuł, który jednocześnie nie jest oszukańczym clickbaitem, to będę szedł w tym kierunku. Tak wyglądają współczesne media.
To co zrobisz z doświadczonym dziennikarzem prasowym, który jest super autorem, ale rękami i nogami broni się przed dostosowaniem do medialnych realiów?
U nas wszyscy będą wrzucać swoje teksty do CMS-a. Zresztą, już teraz tak jest, a nawet jeżeli są wyjątki, to będziemy to skutecznie zmieniać. Wydaje mi się, że wrzucanie bądź nie tekstów do systemu nie jest na dziś zagadnieniem. Większym, jeśli już, jest tempo pracy, reagowanie na bieżące wydarzenia i dynamiczne odbijanie się od nich. Od dziennikarza zawsze wymagam natomiast przede wszystkim najlepszej treści. Od niej wszystko się zaczyna i na niej kończy.
Masz 37 lat, zderzasz się z mocnym tytułem prasowym, który sam ma więcej lat niż Ty. Nie boisz się problemu autorytetu? Że będziesz tym "młodzikiem", który nagle przychodzi i mówi, co inni "starzy" mają robić?
To można powiedzieć o każdej innej branży.
Tak, ale jesteśmy w tej.
To też pytanie o to, kim kiedyś był redaktor naczelny, a kim powinien być dzisiaj. Nie uważam, żeby wiek był w jakikolwiek sposób moim ograniczeniem.
Tego nie twierdzę. Jestem z tego samego rocznika, ale patrzę na cały kontekst i atmosferę, o której sam mówiłeś i z którą się mierzysz.
Po owocach ich poznacie. Przepracowałem tu miesiąc, jeszcze nie zdążyłem dobrze się zadomowić.
Jestem tutaj nastawiony na "oranie pola" i ultraciężką pracę. Jestem zdeterminowany, żeby odnieść sukces z tym zespołem. Mam doświadczenie w zarządzaniu redakcją w elektronicznych, zaawansowanych technologicznie mediach ale jednocześnie jako autor.
Zdobywałem najważniejsze nagrody branżowe zarówno za pojedyncze teksty, jak i moje książki reporterskie, w tym nagrodę publiczności w konkursie Kapuścińskiego. Dziennikarze, którymi zarządzałem w ostatnich kilku latach publikowali najgłośniejsze i najważniejsze teksty roku, rozbijali bank nominacji i wyróżnień. Wiem, czym jest jakościowe dziennikarstwo. Nie czuję, by czegokolwiek mi brakowało.
Dziś z kolei jestem od ułatwiania pracy innym. Tak do tego podchodzę, to jest dla mnie ważne i serio w to wierzę. Jeżeli ktoś wykaże się zaangażowaniem i będzie chciał z tego skorzystać, to nieba uchylę.
Co z pracy stricte portalowej chciałbyś tu przenieść, bo uważasz, że warto, a czego na pewno nie chciałbyś robić?
Chciałbym, żeby "Rzeczpospolita" miała dobrze dobrane, wyselekcjonowane i napisane newsy w najważniejszych tematach w ramach naszego core tematycznego. Żeby czytelnik miał poczucie, że może wejść o 7.00 rano na portal i dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzeba, bez rozpraszaczy.
Z drugiej strony, żeby te newsy były odpowiednio pogłębiane. Żeby to zrobić, musisz mieć dobrze zaprogramowaną pracę newsroomu. Wcześniej tego tutaj nie było, a na pewno nie na poziomie, do jakiego jestem przyzwyczajony.
Jak duża jest redakcja "Rzeczpospolitej"?
Sam newsroom to około 20 osób, ale cała redakcja to około 120.
Czyli 20 robi masę, żeby pozostałe 100 mogło robić rzeźbę?
Można to tak spłycić, ale napisanie dobrego newsa i robienie jakościowego serwisu informacyjnego wcale nie jest proste. Takiego, żeby wymagający użytkownik miał poczucie, że warto tutaj wchodzić i nikt nie robi go w konia.
Czego bym nie chciał? Mógłbym rzucić trywialnie, że nie chciałbym clickbaitu. Bo go nie chcę, ale nie zadeklaruję teraz, że nigdy w "Rzeczpospolitej" go nie uświadczysz. Ktoś już kiedyś rzucał takie deklaracje i szybko się na tym przejechał. Jesteśmy dużą organizacją. Czasem być może w pędzie popełnimy błąd, ale clickbait zawsze będzie przeze mnie uważany za błąd. Nie chcę degradować marki, tworząc treści, które do niej nie pasują bądź ją ośmieszają.
Poza tym pracowałeś i zarządzałeś serwisem internetowym, wiesz, jak robi się zasięg. Robi się go nie tylko świetnymi treściami, ale też treściami, które całkowicie wykraczają poza zakres tematyczny medium. To poszerza krąg użytkowników, którzy są później zliczani do statystyk. Nie będę chciał tego robić, chcę chronić markę. To jeden z głównych celów postawionych przez zarząd: żeby zmiany, które wprowadzamy, nie odbiły się negatywnie na marce. Marka to jedna z głównych wartości, na których się opieramy.
Jaka jest średnia wieku redakcji?
Na pewno wyższa niż w Wirtualnej Polsce, ale to nie ma dla mnie żadnego znaczenia. To wynika ze specyfiki konkretnego tytułu, historii i sposobu działania. Sporo osób pracuje dekadę czy dwie, pewnie są też takie, które pracują dłużej. Uważam to za wielką wartość i coś, z czego można i należy czerpać.
Czy dziennikarze w Gremi zarabiają za wierszówki? To już niemal niespotykane.
Tak, ale to już końcówka tego świata i niedługo ich nie będzie.
Dostałeś jakiś budżet na realizację swojego planu czy realizujesz go z bieżącej puli?
Oczywiście, że mam konkretny budżet, w ramach którego się obracam, jest przy tym bardzo duża otwartość na wzmacnianie redakcji. Jeżeli w efekcie zmian w spółce po akwizycji dochodziło do uwolnienia zasobów, to były one przesuwane do redakcji.
Misja misją, ale są też zasięgi. Czy o to też będziesz chciał się bić?
Nie uważam, żeby zasięg był czymś złym. Media to dzisiaj bardzo trudny biznes z wielu powodów, o których praktycznie codziennie piszecie na Wirtualnemedia.pl. Musimy poszerzyć lejek i chcemy docierać jak najszerzej, oczywiście nie degradując marki. Zasięg jest jednym z celów postawionych mi przez zarząd. Te cele kaskaduję niżej, ale musi to być zasięg mądry, robiony w mądry sposób.
A wynik finansowy?
Nie odpowiadam bezpośrednio za wynik finansowy spółki i nie mam takiego celu, ale oczywiście działy, którymi zarządzam pośrednio na ten wynik wpływają, więc trudno uciekać w takim przypadku od biznesowej odpowiedzialności.
Liczba subskrypcji?
W tym momencie jesteśmy w procesie ustawiania celów również dla redakcji. Subskrypcje są bardzo ważnym zagadnieniem i od tego nie uciekniemy.
Skoro nie uciekniemy, to ilu subskrybentów ma "Rzeczpospolita"?
Oczywiście, że ci tego nie powiem, tak jak żaden inny wydawca (śmiech).
Redaktor naczelna OKO.press mi w wywiadzie powiedziała.
O, i ile mają?
8 500.
To mogę powiedzieć, że "Rzepa" jest kilka długości dalej. Natomiast nie jestem upoważniony do udostępniania tych danych. Możemy się umówić, że za rok spotkamy się w tym samym miejscu i postaram się postrzelać liczbami, które odzwierciedlą drogę, jaką przeszliśmy w tym czasie.
Parę lat temu cel subskrypcji w Gremi miał wynosić 100 tysięcy stale płacących osób. Realny?
Uważam, że to realne. Pytanie, co chcemy sprzedawać. Sam dostęp do artykułów? Raczej średnio, skoro w Polsce użytkownicy przywykli do darmowego contentu, a tekst, nad którym pracowałeś tydzień, po dziesięciu minutach wszyscy przepisują "na prawie cytatu". To zresztą ciekawy temat. Bartek Węglarczyk ostatnio opublikował post, w którym opisywał trudne czasy wydawców, bo doświadczają spadków ruchu i całą branżę dociskają giganci cyfrowi.
Jednocześnie ten sam Onet czy WP, stosując zaawansowane narzędzia AI, kilka minut po publikacji w "Rzepie" wywiadu z prezydentem, którego wychodzenie nie było łatwe, a nasz dziennikarz musiał lecieć aż na Filipiny, mają po kilka omówek z najciekawszymi wątkami. Wszystko na prawie cytatu. Oczywiście wszystko legalnie, zresztą chwilę temu sam – o ironio – byłem po drugiej stronie tej barykady.
Dlatego myślenie tylko o sprzedawaniu dostępu do tekstów jest zbyt wąskie. My chcemy sprzedawać dostęp do ekosystemu: wyselekcjonowanych newsów, pogłębienia tematów i narzędzi dla profesjonalistów ze świata prawa i finansów. Do tego utrzymywać kontakt przez newslettery, dawać dostęp do dziennikarzy i atrakcyjnych postaci, zapraszać na zamknięte wydarzenia, które chcemy rozwijać. Wierzę, że za taki ekosystem użytkownik będzie chciał płacić.
Jak dużo przecięć i synergii z PTWP będziecie mieli lub już macie?
Trochę tych przecięć już jest i będzie. Niektóre z nich są oczywiste, bez nich zapewne w ogóle nie doszłoby do akwizycji. Wiem, że funkcjonuje jakaś obawa przed tym, czy będę zmuszał dziennikarzy "Rzeczpospolitej" do brania udziału w komercyjnych aktywnościach spółki, więc to też możemy od razu rozwiać.
A będziesz?
Nie będę łamał dziennikarzom kręgosłupów, zresztą w ogóle nie ma takiego oczekiwania. Natomiast będę oczekiwał odejścia od biurka i uczestnictwa w wydarzeniach, na których można zdobyć ciekawe, niezależne materiały dziennikarskie. To eventy, na których pojawiają się wszyscy przedstawiciele konkretnych branż i można tam wykonać normalną pracę reporterską. Chcę, żeby dziennikarze z tego korzystali. Przecięcia z PTWP są, bo muszą być, ale odbywa się to na zdrowych zasadach.
Zajmujesz się w ogóle tradycyjnym grzbietem prasowym?
Jest to w moich kompetencjach, bezpośrednio za wydania papierowe odpowiada natomiast Michał Szułdrzyński. W szerszym ujęciu nie jestem ani wyznawcą papieru, który da się za niego pokroić, ani jego grabarzem. Podchodzę do niego bezemocjonalnie i produktowo: ma lojalnych odbiorców, więc chcemy go rozwijać. Nie wrócą lata 90., gdy kupowało go codziennie 200–250 tysięcy osób, ale widzimy pewien trend. Organizacje, które wcześniej rezygnowały z papieru na rzecz dostępów cyfrowych, proszą dziś o miks obu wydań. W dobie AI fajnie wziąć do ręki coś namacalnego.
Czy nie ma w ogóle tematu zwijki papieru?
W ogóle nie ma tematu zwijki papierowej "Rzeczpospolitej".
A "Parkietu"?
"Parkiet" jest dla nas bardzo ważną marką, którą chcemy zdecydowanie wzmocnić. Szczególnie duży potencjał widzę w rozwoju serwisu internetowego, oferty dla inwestorów i treści premium. Pracujemy nad docelowym modelem, ale jest zbyt wcześnie, żeby mówić o szczegółach.
Masz nadzór nad gazetą, ale czy finalnie patrzysz na skład każdego wydania czy oddałeś to Michałowi Szułdrzyńskiemu?
Na kolegiach analizujemy, jak ma wyglądać jedynka, rozmawiamy o szczegółach, ale bezpośrednio to odpowiedzialność Michała. Zależy mi na wydajnej strukturze i procesie, więc nie będę robił wszystkiego. Wydawanie nie może stanąć tylko dlatego, że wyjdę przed budynek i potrąci mnie samochód.
Co dzisiaj najbardziej Cię martwi?
Szczerze mówiąc, fundamentalnie nic, zdaję sobie jednak sprawę ze skali wyzwania. Za nami burzliwy miesiąc, także zmian personalnych, ale jestem pozytywnie nastawiony i zdeterminowany. Nie dopuszczam myśli, że nam się nie uda. Mamy energię, kompetencje, mocną markę i stabilną grupę właścicielską. Wojciech Kuśpik jest spokojny, nie wykonuje nerwowych ruchów i jest przekonany do transakcji. Cenię to.
A jak żyło i pracowało Ci się w takim natężeniu hejtu, jaki dostawałeś jako naczelny WP?
Byłem już pisowcem, wyznawcą Tuska czy Kaczyńskiego. Nie ma co ukrywać, na początku brałem to do siebie, ale w końcu musiałem się tego nauczyć. To trochę ułatwia racjonalizowanie, bo wiesz, że ataki na ciebie nie mają nic wspólnego z prawdą, tylko bardzo często są spinem politycznym. Dzisiaj żyje mi się łatwiej, bo potrafię rozumieć te zjawiska i jestem pod tym względem bardziej odporny, ale ogólnie to nie jest łatwa robota.
Byłeś wypalony?
"Wypalony" to bardzo duże słowo. Ale był moment, że czułem zmęczenie i potrzebowałem nowych wyzwań.
Napisałeś parę książek. Udało się na nich zarobić czy raczej jako dziennikarz robi się to do portfolio?
To bardzo ciekawe pytanie, bo wiem, że co do zasady w Polsce na książkach się nie zarabia. Ale tym razem powiem to: jestem chyba jedną z nielicznych osób, które na książkach reporterskich zarobiły namacalne pieniądze. Pierwsza książka o ratownikach medycznych sprzedała się bardzo dobrze, druga o służbie więziennej jeszcze lepiej.
Co znaczy "dobrze" i "jeszcze lepiej"?
Mówimy o kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy każdej książki. Z wydawania książek spłaciłem kredyt na mieszkanie, ale wydaje mi się, że trafiłem w ostatni moment, gdy to było możliwe. Aktualnie nie planuję pracować nad żadną książką.
Może o mediach, jak już skończysz "Rzepę"? To będzie Twój ostatni medialny śpiew i potem zostaniesz pilotem?
O Jezu, mam dopiero 37 lat. Jeszcze całe życie zawodowe przede mną!
Chcesz być pilotem liniowym? To bardzo wygodny i nieoczywisty exit z mediów, w których raczej jest ciemniej niż jaśniej.
Jedni biegają maratony, inni wchodzą na Everest czy startują w Ironmanach. Ja chciałem zostać i zostałem pilotem. Jestem zagorzałym fanem wszystkiego, co jest związane z tą branżą, ale długo nic z tym nie robiłem. W końcu wybrałem się na kurs "od zera do ATPL-a", po ukończeniu którego można rekrutować się do linii lotniczej i latać odrzutowcami pasażerskimi. To wymagający proces, składa się zarówno z kilku kursów praktycznych oraz całej masy teorii, w tym 13 trudnych egzaminów w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego.
To wszystko wymaga samozaparcia i uczenia się całymi dniami. Przydał mi się długi zakaz konkurencji: miałem czas na naukę i egzaminy. Dobrze mieć pasję i cały czas się uczyć, bo to pobudza szare komórki i – przepraszam za określenie – nie dziadziejesz.
Wracając do pytania: chcę skutecznie przejść całą ścieżkę i po prostu móc kiedyś zasiąść za sterami Boeinga. Powiedzmy, że najtrudniejsze w tym procesie za mną. Natomiast teraz wystarcza mi latanie awionetką w wolnej chwili i o zmianie branży w ogóle nie myślę.












