Sprzedałeś Gremi Media, a spotykamy się w ich siedzibie. Jak to możliwe?
To było przyjazne rozstanie. Biznesowo jestem w Polsce od 10 lat, czuję się tutaj jak w drugim domu i przyjeżdżam co miesiąc. Mam sporo spotkań i po prostu korzystam z gościnności nowego właściciela Gremi Media.
Co to za spotkania?
Jestem zaangażowany nie tylko w media, robię fuzje i przejęcia, planuję kolejne inwestycje w Polsce. Nie boję się polityki, z tej perspektywy Polska jest dużo lepsza niż Węgry, bo wpływ państwa nie jest tak duży. Nigdy nie spotkałem się tu z korupcją. Według mnie Polacy są pracowici, bywają trochę skomplikowani, jeśli chodzi o rozwiązywanie problemów, ale mają w sobie zdrowy rodzaj dumy narodowej.
Czy to znaczy, że chcesz przejąć jeszcze jakieś polskie medium?
Taki jest plan, ale nie na przyszły tydzień czy miesiąc. To jest w toku i bardzo chętnie eksploruję tu możliwości. Aktywnie szukam nowych firm do kupienia.

Przecież dopiero co wyszedłeś z Polski.
Czuję, że nie mogę pomijać polskiego rynku medialnego, który jest bardzo konkurencyjny. A ja właśnie takie lubię najbardziej. Tu trzeba koncentrować się na klientach, a nie reklamodawcach. Oczywiście krajobraz się zmienia, trzeba być gotowym na szybką zmianę kursu, ale jeśli ktoś chce poważnie budować portfel mediów w regionie, a ja chcę to robić, to obecność na polskim rynku jest konieczna.
To dlaczego pozbyłeś się "Rzeczpospolitej"?
Szczerze mówiąc nie byłem zadowolony z tego, jak rozwijał się biznes. Na szczęście nowy właściciel już rozmawiał z większościowym graczem, czyli funduszem Pluralis i jasno ustaliliśmy, że gdybym został, miałbym bardzo mały udział, co nie miałoby sensu. Nadal chcę być tu obecny, ale najlepiej w stu procentach, żeby robić coś większego i konsolidować rynki V4 (wschodnioeuropejskie). Przy takim podejściu jest za mało miejsca dla dwóch osób.

Skoro jesteśmy przy "dwóch osobach", jak Ci się współpracowało z Grzegorzem Hajdarowiczem?
Nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt często.
Dlaczego?
Powiedzmy to tak: mamy inne wartości i jesteśmy bardzo daleko od siebie, jeśli chodzi o to, jak prowadzić biznes i traktować ludzi. Nie chciałbym być postrzegany jako jego przyjaciel. Mamy zupełnie inne rozumienie tego, jak traktować partnerów biznesowych. Nasze interesy nie były zbieżne i szczerze mieliśmy kompletnie różne rozumienie mediów.
Możesz podać jakiś przykład?
Wolałbym nie.
To co chciałbyś kupić w Polsce?
Działam szeroko: w druku, onlinie i wydawnictwach książkowych, ale po transakcji z Gremi wyciągnąłem wnioski. "Rzeczpospolita" to fantastyczna marka, ale muszę przyznać, że sama firma była za mała.
Za mała na co?
Na moje ambicje w Polsce, szukam czegoś dużo większego. Skala ma znaczenie. Kiedy chcesz wykorzystać synergie, skonsolidować koszty i wiedzę, jest ogromna różnica, czy przychody spółki wynoszą 300 czy 20 milionów euro. Dlatego szukam czegoś większego.

Byłeś lub byłbyś zainteresowany kupnem TVN?
Powiem ci nawet, że w zeszłym roku byłem częścią jednego z konsorcjów, które poważnie chciały go kupić.
Którego?
Nie mogę powiedzieć.
Tego z Wirtualnej Polski czy z RASP?
Naprawdę nie mogę, ale mogę powiedzieć, że jeśli TVN wróci na rynek, na pewno będę nim zainteresowany.
Co poszło nie tak z "Rzeczpospolitą"? Wyszedłeś z tego ze stratą.
Finansowo jesteśmy na minusie, ale nie przeszkadza mi to, bo wiele się nauczyłem z tej transakcji. Nazwijmy to kosztem edukacji. Natomiast przez parę lat byłem właścicielem wydawnictwa WSiP, z którego zrobiliśmy świetne wyjście i zarobiliśmy dużo pieniędzy. Sumarycznie moja przygoda w Polsce wychodzi na plus.
Okej, ale co tam nie zagrało, że wyszło jak wyszło?
Spodziewałem się, że model subskrypcyjny odniesie większy sukces, a strukturę właścicielską uda się uporządkować dużo szybciej.

Liczyliśmy, że uda się wcześniej dogadać z panem Hajdarowiczem w sprawie jego wyjścia, ale to nie wypaliło. Szczerze mówiąc, gdybym był w stanie go wykupić po odpowiedniej cenie w odpowiednim momencie, to byłaby zupełnie inna historia.
Jak patrzysz na przejęcie Gremi przez Grupę PTWP?
To bardzo logiczne posunięcie. Wojciech Kuśpik ma szeroki portfel, ambicje i potrzebował perły w koronie, a Rzeczpospolita jest taką perłą. Finansowo pewnie niekoniecznie, ale marka jest świetna. Podobnie jak ludzie, którzy tu pracują. Dla niego to był naturalny wybór. Poza tym był bardzo szybki i konkretny w tej transakcji.
Czy uważasz się za flippera?

Tak, ale nie szybkiego, nie w mediach. Swoje aktywa medialne kupiłem już dwanaście lat temu. Gremi Media to był pierwszy zasób mediowy, który sprzedałem, ale jeśli nie widzę swojej roli w czymś, to po co mam tam być?
Jak człowiek ze świata twardych finansów i private equity staje się misjonarzem wolnej prasy?
Kiedy wszedłem w biznes medialny, traktowałem to jako szybki zysk. Od fińskiej Sanomy przejęliśmy bardzo fajne portfolio druku i online, dwa kanały telewizyjne. Byliśmy właścicielami turystycznego Szallasa, który lata później trafił do Wirtualnej Polski, mieliśmy największy portal z ofertami pracy na Węgrzech, który sprzedaliśmy Axel Springerowi. To też było bardzo dobre wyjście.
Szybko zorientowałem się jednak, że media to nie tylko pieniądze – to wpływ, w dobrym sensie. Zakochałem się w możliwości zmieniania życia ludzi na lepsze i ochrony wolnych mediów. Zawsze miałem w sobie coś z misjonarza, ale tutaj poczułem, że znalazłem swoje miejsce. Rząd na Węgrzech atakował mnie wiele razy. Im bardziej próbowali kupić moje aktywa i mnie zastraszyć, tym bardziej rozumiałem, że muszę to zachować. Nie zamierzam sprzedawać moich mediów rządowi, bo w ten sposób zniszczyłbym demokrację.

Ile oferowali?
Dużo. Gdy rząd na Węgrzech chciał przejmować coś w mediach, robił to w białych rękawiczkach i po prostu przepłacał do tego stopnia, że trudno było odmówić.
O ile?
O ponad 50 procent.
Ciebie też chcieli przepłacić?
Tak, absolutnie.
To czemu akurat Ty nie sprzedałeś?
Bo tu nie chodzi o pieniądze. Gdyby chodziło tylko o nie, powinienem był sprzedać to wszystko już sześć lat temu węgierskiemu rządowi, ale tego nie zrobiłem. Natomiast szczerze, rozumiem, dlaczego inni sprzedali swoje węgierskie aktywa.
Jeśli ktoś jest obcokrajowcem, posiada coś niewielkiego na Węgrzech i ma ostatnią szansę, żeby stąd uciec, to mieli nie skorzystać? To były często międzynarodowe korporacje, niektóre notowane na giełdzie, więc miały obowiązek dobrze wypadać wobec akcjonariuszy.
To o co Ty dziś walczysz? O wolne media na Węgrzech czy zdrowy biznes?

Mam luksus i wolność, że poważne pieniądze zarabiam gdzie indziej, ale jestem całkowicie przekonany, że jeśli w mediach nie jesteś rentowny, to zdajesz się na łaskę innych ludzi, organizacji, rządu, więc musisz na siebie zarabiać.
Nam się to udaje, dużo inwestujemy, więc to nie jest tylko walka o przetrwanie. Nie wierzę, że ktokolwiek jest naprawdę gotów płacić rachunki za media, tylko dlatego, że tak mu się podoba – to nie zadziała w dłuższej perspektywie.
Czyli jednak trochę chodzi o pieniądze.
Często słyszę narzekania od moich współpracowników: "Dlaczego nie możesz podnieść pensji? Jesteś bogaty, stać cię." Ale co się stanie, jeśli zysk w mediach nagle zniknie i przez dwa lata muszę finansować bieżące funkcjonowanie, a w międzyczasie inne biznesy też zaczną źle iść? To droga donikąd.
Nie żałujesz wejścia w media? Ani to dla Ciebie przyjemne, ani wybitnie zyskowne.

Nie. Czuję, że naprawdę zrobiłem coś dobrego dla kraju i często słyszę to od ludzi.
Ale za dobre słowo biznes się nie utrzyma.
Włożyłem sporo wysiłku w to, żeby to było rentowne. Prowadzenie biznesu medialnego z zyskiem to ciężka praca. Spędzam osiemdziesiąt procent czasu w moich mediach, a mógłbym poświęcać czas i pieniądze na coś innego. Byłem oskarżony przez węgierską prokuraturę.
Nękano mnie i moją rodzinę. Przez moją osobę pokazowo chciano zastraszyć innych węgierskich biznesmenów, żeby pokazać "jeśli nie będziecie po naszej stronie, możecie być w tych samych butach". A ja wziąłem to na klatę, bo nie zrobiłem nic złego, więc powiedziałem "zróbmy to".

Podasz kilka przykładów nękania?
Na przykład moja żona i dziecko siedzieli na tarasie w naszym domu w ogrodzie, a oni wlecieli helikopterem.
Do ogrodu?
Tuż nad, tak.
Po co?
Żeby nas zastraszyć. Albo o godzinie 23:00 dziennikarz z mediów prorządowych z dwoma ochroniarzami kręcił się wokół mojego domu i robił zdjęcia. Takie zachowania to po prostu wiadomość. Albo innym razem ktoś siedział przez wiele godzin w samochodzie zaparkowanym pod naszym domem. Nie mogę im powiedzieć, żeby sobie poszli, bo to przestrzeń publiczna, ale obserwowali, by dać znać: "Jesteśmy tu, wiemy wszystko".
Masz lub miałeś osobistą ochronę po tych zdarzeniach?
Mój dom jest trochę na obrzeżach Budapesztu, blisko lasu. Mam ochronę posesji, ale to tyle. Osobiście nie mam kierowcy ani ochroniarza, bo po co mam się martwić? Mimo wszystko nadal nie jesteśmy w Rosji. Muszę przyznać, że w Rosji czy Turcji nie byłbym taki odważny. W Unii Europejskiej czuję się bezpiecznie. Dlatego naprawdę podziwiam ludzi, którzy w Rosji stawiają się władzy i sprzeciwiają Putinowi.

Nadal mieszkasz na Węgrzech?
Tak. Mam mieszkanie w Wiedniu, latem mieszkam w Chorwacji, ale to normalne życie, a nie jakieś przesadnie chronione, które wyglądało tak samo już wcześniej.
Jak to jest być niechcianym we własnym kraju?
Nie czuję tego w ten sposób, bo większość społeczeństwa jest w porządku. Od bliskich dostaję dużo lojalności i sympatii, zwłaszcza gdy ukazują się jakieś prasowe doniesienia na mój temat. A one idą szeroko, bo jeśli coś pojawi się w jednym medium prorządowym, to szybko jest dystrybuowane po reszcie, więc jest wrażenie, jakby nagle wszyscy mówili o tym samym. Fidesz w pewnym sensie porwał kraj, przejął ważne stanowiska i wykorzystał je w złym celu.
Znasz osobiście Viktora Orbána? Rozmawialiście kiedyś?
Spotkałem go raz. To było dość zabawne, bo to on chciał się ze mną zobaczyć, ja nie byłem specjalnie zainteresowany. Zadzwonił do mnie szef jego gabinetu, że organizuje spotkanie z premierem. Powiedziałem: okej, ale dziękuję. Potem zadzwonił drugi raz, że premier chce się spotkać. A ja: przepraszam, ale mam posiedzenie zarządu – jestem inwestorem w dużej firmie biotechnologicznej, mieliśmy posiedzenie w Budapeszcie, ludzie z Japonii, z USA itd. I wtedy ten facet zmienił ton i powiedział: "Radziłbym panu skorzystać z tej okazji". Spotkanie było za dwie godziny i już wtedy musiałem z tego "zaproszenia" skorzystać.
O czym rozmawialiście?
Trwało godzinę i premier po prostu chciał mnie wyczuć. Zobaczyć, jakie mam podejście do ewentualnej transakcji itd.
Kiedy to było?
W 2017 roku, ale już wtedy szpiegowali mnie Pegasusem, więc i tak wiedzieli praktycznie wszystko.
Boisz się, biorąc pod uwagę wszystko, co cię spotkało?
Nie. Czuję się bezpiecznie. Węgry to jeden z najbezpieczniejszych krajów Unii. Pewnie przez masę kamer, ale to inna kwestia. W pewnym sensie muszę nawet podziękować Viktorowi Orbánowi, bo lata temu to on umożliwił mi przejęcie tych medialnych aktywów i odegranie roli w historii Węgier.
Jak to?
W 2014 roku Węgry nie zatwierdziły fuzji Ringiera z Axel Springerem. To była sprawa europejska, a Węgry były jedynym krajem, który się na to nie zgodził – w zasadzie szantażowali Ringiera, więc faktycznie otworzył mi drzwi do wejścia na rynek.
Co za ironia losu.
Tak. Na początku nikt nie wierzył, że robię to sam. Byłem traktowany jako czyjaś prawa ręka, ale w końcu ludzie zrozumieli, że naprawdę działam "na swoje". A potem, stawiając mi zarzuty i nękając, właściwie sam zrobił ze mnie bohatera.
Wcześniej nikt nie wiedział, kim jestem, a nagle zobaczyli i stwierdzili, że ktoś ma odwagę się przeciwstawiać. Pomógł mi, ale nie jestem mu wdzięczny, bo zniszczył ten kraj i jego przyszłość. Mieliśmy najlepszy czas, mnóstwo pieniędzy z UE, niskie stopy procentowe, świat się otwierał. A co my z tego zrobiliśmy? Jesteśmy jednym z najbiedniejszych krajów Unii Europejskiej.
Widziałeś niedawny wywiad Mathiasa Döpfnera, CEO Rignier Axel Springer z Viktorem Orbánem?
Niestety tak.
I co pomyślałeś?
Nie podobał mi się. To przedwyborczy wywiad PR-owy dla Orbána. Ewidentnie chcieli nadać temu wagę, bo przeprowadził go osobiście Döpfner. W mojej ocenie Döpfner jest fantastycznym właścicielem mediów i biznesmenem. Zna się na rzeczy, jest po dobrej stronie, więc to ciekawe, że podjął się tej roli. Ja bym tego na jego miejscu nie zrobił. Nie wiem, czy wiesz, ale jego syn jest szefem biura Petera Thiela. I gdy połączy się te kropki, to już coś to mówi.
Czy mógłbyś podać przykład, jak wygląda proces przejmowania mediów przez rząd na Węgrzech? Kiedyś węgierski dziennikarz opowiedział mi historię, że ludzie wyszli z biura w piątek wieczorem, a kiedy próbowali wrócić w poniedziałek, ich karty nie działały.
Dokładnie tak było. Chodzi o "Nepszabadság", największy dziennik w kraju od wielu lat. Orbán– nie wiem dlaczego – go nie znosił i w zasadzie polecił go zamknąć, gdy należał do jednego brudnego austriackiego biznesmena, który tak naprawdę był słupem. To była demonstracja, że może wszystko.
Jeszcze jakieś?
Przyznawanie częstotliwości radiowych zaprzyjaźnionym ludziom. Jest taka stacja Club Radio, która wygrała nawet sprawę w Strasburgu. Prawnie są zwycięzcami, ale nie mogą zostać przywróceni do nadawania. Jest mnóstwo takich przypadków, ale najgorsze jest coś innego.
Co?
KESMA. Aktywa medialne były przejmowane przez oligarchów i przyjaciół Fideszu, a potem pewnego ranka wszyscy się budzą z informacją, że muszą wesprzeć swój prawicowy rząd i przekazać w darowiźnie aktywa "Fundacji na rzecz wolnej prasy Europy Środkowo-Wschodniej", czyli KESMA. Posiada łącznie około pięciuset tytułów i jest największym medium w kraju.
I jak to wygląda?
To czysta propaganda w rosyjskim stylu. Jest jedno centrum, które wysyła komunikaty, a reszta je dystrybuuje na swoich łamach. Jeśli chodzi o treści polityczne, dziennikarze mają zero wolności. Gdy atakowali mnie, ten sam artykuł był powielany kilkadziesiąt razy. Ludzie mają wrażenie, że dostają ten sam komunikat zewsząd.
A przeciętny Węgier rozróżnia media zależne od Fideszu od tych niezależnych?
Dzisiaj już tak, ale są też tytuły z ukrytą propagandą. Index.hu, największy portal w kraju, który zmienił właściciela. Grają niby na niezależnych, ale kiedy publikują fałszywy program opozycji i przegrywają w sądzie, który potwierdza, że to fejk, to widać, że rząd ich wykorzystuje. Ludzie myślą: to solidne medium, a w kluczowych sprawach stoi po stronie rządu.
Co Twoim zdaniem stanie się z mediami na Węgrzech po wyborach?
Dziś media na Węgrzech to nie jest sexy praca. Jeśli wygra Orban, pójdziemy jeszcze bliżej białoruskiego czy tureckiego krajobrazu mediowego. Będzie trudno działać, zresztą już jest. Słyszałeś o "podatku RTL"?
Nie.
To podatek od reklam. Nazywamy go w ten sposób, bo rząd chciał zniechęcić w ten sposób potencjalnych kupców RTL.
Ile wynosi?
7,5 procent. Z każdych zarobionych 100 euro musisz oddać extra 7,5. To bardzo ciężki podatek. RTL, który ma 40 miliardów forintów przychodów z reklam, to 3 miliardy dodatkowych kosztów do strat, które i tak ponoszą. Takie aktywo prawdopodobnie nie będzie zbyt atrakcyjne dla potencjalnego kupca.
A jeśli wygra opozycja?
Na pewno KESMA, która jest finansowana reklamami państwowymi, wyschnie bardzo szybko. Nie wiem, czy będą w stanie działać w takiej skali. Bliscy Orbanowi oligarchowie mogliby to finansować, ale czy to zrobią? Wydaje mi się, że potraktują je jak w Polsce tzn. zamkną i uruchomią od nowa.
Sęk w tym, że w Polsce nowa władza niczego faktycznie nie zamknęła. Łatwo jest deklarować, ale co innego zrobić coś, gdy faktycznie poczuli, że mogą też z tego korzystać.
Nie wykluczam, że tutaj też tak będzie.
Czy w Polsce miałeś jakiekolwiek rozmowy z politykami, osobiście lub przez kolegów? Krążyły plotki, że PiS chciał przejąć Gremi.
Słyszałem te plotki i właśnie dlatego wkroczył Pluralis ze swoistą akcją ratunkową. Chodziło o Orlen, który mógł być potencjalnym kupcem. Wiem, że były nawet pewne rozmowy, ale mnie przy nich nie było, więc nie mogę potwierdzić. Ale skoro później kupili Polska Press, to faktycznie mogli to zrobić i z Gremi.
No i widzisz. Polska Press wciąż nie jest sprzedana przez Orlen.
Myślę, że chcą to zrobić, ale nie mogą. To bardzo trudna marka, która przynosi straty.
To może to okazja dla Ciebie?
Skala może byłaby interesująca, ale trzeba by mocno restrukturyzować.
Robią to od dwóch lat.
No i ciągle mają straty. Nie wierzę, że firma naftowa jest w stanie zrestrukturyzować firmę medialną.
W Polska Press nie ma dobrej marki medialnej, bo tak naprawdę nie ma jednej wielkiej, tylko wiele małych. Do tego czujesz pewnego rodzaju toksyczność, bo wmieszała się w to polityka. Ktokolwiek przejmie Polska Press, ma przed sobą wielkie zadanie. To nie będę ja.
Czy widzisz jakieś podobieństwa między polskim a węgierskim rynkiem mediowym?
Polski rynek jest znacznie zdrowszy, większy i bardziej konkurencyjny, a PiS nie był w stanie przejąć poważnych aktywów, podczas gdy Orbán to zrobił.
Uważasz, że próbowali powtórzyć ten sam węgierski schemat?
Tak, próbowali, ale się nie udało. Ten schemat pochodzi z Rosji.
A co ze Słowacją, gdzie też masz media? Bo jest Robert Fico, który robi w zasadzie to samo co Orbán na Węgrzech.
Nie do końca, w inny sposób. Po pierwsze, rynek jest dużo mniejszy i bardzo rozdrobniony. Nie sądzę, żeby udało mu się stworzyć tak monopolistyczną pozycję jak Orbánowi.
Więc nie odczuwałeś żadnej presji na Słowacji?
Nie, absolutnie. Mam tam przyjaciół. Na przykład Peter Bardy, który jest wielkim krytykiem rządu, napisał książkę o Fico. Są ludzie, którzy zdecydowanie nie są lubiani przez rząd, ale jest tam większa wolność, tak samo jak w Czechach.
A co z Twoją misją budowania grupy medialnej w krajach V4?
Jesteśmy obecni na Węgrzech, w Czechach i wciąż w niewielki sposób na Słowacji. Polska jest nadal do zdobycia. Myślę, że to tylko kwestia czasu, aż znajdę odpowiedni zasób w odpowiedniej cenie. Nie chcę przepłacać. Pytałeś o bycie flipperem, flipperzy nie kupują za wielkie pieniądze.
A był moment, gdy poważnie rozważałeś odejście z mediów?
Nie.
Nawet jak odkryłeś, że byłeś celem Pegasusa?
Nie, bo poważnie nie mam nic do ukrycia.
Jak się o tym dowiedziałeś?
Zadzwonili do mnie dziennikarze z "Süddeutsche Zeitung", których poznałem przy okazji jakiegoś wywiadu. Było to trochę dziwne, bo rozpaczliwie chcieli się spotkać. Przyjechałem specjalnie z Chorwacji. Wiedzieli bardzo dużo o moim życiu i wszystko było prawdziwe. Przetestowali mój telefon i obawy się potwierdziły.
Jak człowiek reaguje na taką informację? Jest jakiś rodzaj PTSD, że boisz się rozmawiać z bliskimi?
Nie, prowadzę porządne życie, czemu mam się martwić?
Masz pojęcie, w ile spraw sądowych byłeś zaangażowany wobec swojego rządu?
Pewnie koło pięciu. Teraz to my pozywamy rząd węgierski.
O, czyli bitka jest też w drugą stronę?
Tak, zrobiłem to już trzy razy. Teraz zaczynamy nową sprawę. Nie boję się pozywać rządu węgierskiego.
Ile kosztowała Cię ta walka prawna?
Moja duma i integralność są ważniejsze niż pieniądze.
A jeśli chodzi o Twój biznes jako całość – jaką część stanowią media?
Mniej więcej jedną czwartą, ale inwestuję głównie poza krajem, bo bycie węgierskim właścicielem biznesu z ekspozycją medialną na Węgrzech nie jest opłacalne. Wchodzili do mojego biura, mieliśmy mnóstwo kontroli podatkowych, w których nie znaleźli niczego. Miałem drukarnię, ale największa drukarnia książek w kraju jest własnością państwa.
Dostają darmowe finansowanie, miliardy forintów od państwa i mnóstwo zleceń. Jak mam z kimś takim konkurować? Zamknąłem ją w grudniu zeszłego roku. Mieliśmy dostać dofinansowanie z Unii Europejskiej – wygraliśmy przetarg na program oszczędności energii, zainstalowaliśmy panele słoneczne na dachu. To był milion euro, a na końcu nie dali nam pieniędzy i powiedzieli: "Pozwijcie nas". W międzyczasie ukończyliśmy projekt za własne pieniądze.
Czy firmy nie boją się u Was reklamować? To czytelny sygnał i wystawienie się na strzał.
Ale nas potrzebują. W magazynach drukowanych mamy 65 procent udziału w rynku. Jeśli chcą dotrzeć do klienta, nie mogą nas pominąć. Jesteśmy też drugim największym podmiotem online w kraju. Jeśli jest kampania, potrzebują nas.
Macie jakieś kalkulacje, ile pieniędzy państwo wydaje na reklamy w mediach prorządowych?
Tak. Szacujemy, że w sumie to około 600 miliardów forintów. Wyliczyliśmy, ile tracimy według naszego udziału w rynku – brakuje nam prawdopodobnie dziesięciu milionów euro rocznie.
Ale czy nie uważasz, że sam fakt, że mówimy o pieniądzach od firm państwowych trafiających do mediów, jest zły?
Tak, to toksyczne, nie tylko na Węgrzech. Kiedy jesteś przyzwyczajony do pieniędzy od firm państwowych i nagle przepływ się zatrzymuje, co możesz zrobić? Musisz zwalniać ludzi i dostosowywać model biznesowy. Fajnie mieć te pieniądze na dobrym rynku, ale ja zawsze mówiłem, że nie powinniśmy na nich polegać, bo to czyni nas wygodnymi i leniwymi.
Jak oceniasz transakcję między Paramountem a Warner Bros. Discovery?
Szaleństwo.
Bo?
Paramount bardzo się napiął, zdecydowanie przepłacili. Z drugiej strony, patrząc z perspektywy politycznej, Paramount jest bardzo blisko administracji Trumpa, dlatego przepłacają. Jeśli porównasz to z rynkiem węgierskim, to widać tu analogię. To z pewnością nie jest tylko transakcja ekonomiczna, ale też polityczna.
Czy Komisja Europejska może jakoś zablokować taką transakcję?
Polski rząd może ją zablokować. Już to zrobili – wprowadzili dekret, że to aktywo strategiczne i każdy nabywca musi uzyskać zgodę polskiego rządu.
Wiedząc to, co wiesz teraz, wszedłbyś ponownie w biznes medialny?
Tak. Przez pewien czas czułem, że to pułapka i moralne zobowiązanie, że nie mogę tego sprzedać. Ale teraz czuję, że przyciągnęło to w moje życie dobrych ludzi i wzmocniło moje wartości. Stałem się silniejszy dzięki tej przygodzie. I zrobiłbym to ponownie.
Bio: Zoltán Varga to węgierski inwestor i właściciel mediów, który zbudował majątek głównie poza branżą medialną – na private equity, inwestycjach kapitałowych oraz transakcjach fuzji i przejęć realizowanych przez swoją grupę Central Group. Był też pierwszym zewnętrznym akcjonariuszem węgierskich linii Wizz Air. Do mediów wszedł w 2014, przejmując Central Médiacsoport, jedno z największych niezależnych wydawnictw na Węgrzech. W Polsce był właścicielem WSiP, a następnie udziałowcem Gremi Media, wydawcy "Rzeczpospolitej" i "Parkietu". Od lat pozostaje w ostrym konflikcie z obozem Viktora Orbána, oskarżając władze o naciski i próby zastraszania; był inwigilowany Pegasusem.












