Odpaliłam się.
Znów na portalu plotkarskim skriny z profilu Lewandowskich. Kilkuletnie dziewczynki na wideo biegają w… bikini. Odsłaniające ciała ujęcia lecą w świat. Niezły absurd swoją drogą, kilkuletnim dzieciom mama i tata składają życzenia w formie rolki na Insta, zamiast po prostu zrobić to w domu, w swoim gronie. Głód sławy silniejszy niż "kulki mocy".
Celebryci-rodzice podzielili się zasadniczo na dwie grupy. Jedni strzegą prywatności maluchów – albo ich wcale nie pokazują na swoich social mediach, albo, jeśli już, to zakrywają twarz. Jest i druga grupa, która leci z tematem na całego. Tam wszystko jest odsłonięte, dzieci nierzadko są częścią biznesu familii, bo uwagę się "monetyzuje", bo choć dziecko małe, to warto by było, żeby już "zarabiało" – i rodzice bez cienia wstydu się tym chwalą.

Po tej drugiej grupie celebrytów nie spodziewam się już niczego dobrego. Ich mentalność jest z góry określona i nie mam żadnych wątpliwości, że w ich słownikach słowo "sharenting" nie występuje, a epatowanie zdjęciami i filmami z dziećmi jest dla nich równie naturalne jak stwierdzenie, że po wtorku jest środa. Pod pozorem chęci zapewnienia pociechom bytu sięgają po łatwy i bezwysiłkowy pieniądz łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej w historii.
Ale media mogą się jeszcze ogarnąć i nie muszą w tej sharentingowej machinie uczestniczyć.
Z twarzyczką w roli głównej
Dla wielu ludzi sharenting jest czymś, czym nie warto w ogóle zaprzątać sobie głowy. Może dlatego, że to tak naprawdę nie jest historia o dorosłych? Bo prawa dzieci do prywatności w przestrzeni publicznej są ważne tylko na poziomie deklaracji, a nie realnego działania?

Celebryci, wszyscy dorośli, wchodzili do social mediów jako dorośli ludzie, z ukształtowanym mentalem, wiedzą i życiowym doświadczeniem. Tego wszystkiego nie mają jeszcze dzieci – dlatego wszystko, co negatywne w sieci, uderza w nie bardziej niż w dorosłych. Dwa, dla nich nie ma czegoś takiego jak "świat online" i "świat realny". Jest jeden świat.
Dlatego każdy wredny komentarz, filmik z przerobioną w AI twarzą, wyśmiewająca rolka nagrana z ukrycia TikToka, zaboli dziecko sto razy mocniej. Żadne upokorzenie, żenada, potknięcie, nie ogranicza się do bliskiego otoczenia.
Wszystko ustawione na "publiczne"
Jean M. Twenge w swojej rewelacyjnej książce "iGen" pisze, że dla dzisiejszych Zetek ("iGenów") nie ma w życiu nic gorszego niż ośmieszenie w mediach społecznościowych. Dlatego kiedy tylko JUŻ mogą, to nie chcą wstawiać swoich zdjęć na Facebooka, na Instagrama. Popytajcie rodziców 10-latków, 12-latków i starszych, kiedy dostali od dzieci zakaz publikowania ich zdjęć i filmów.

Zetki wolą chronić swoją prywatność tak jak się da, stąd popularność filtrów na twarz, multiplikowanych sieciowych tożsamości (osobne konta "dla rodziny" i "dla kolegów").
Mogę się domyślać, że jeszcze dalej pójdą dzisiejsze maluchy biegające po placach zabaw. Jak zareagują, kiedy dowiedzą się, że zadebiutowały na Fejsie jako zdjęcie ciążowego USG? Albo ich wizytę w szpitalu mama relacjonowała na Instagramie?
Dzieci, których debiuty w mediach społecznościowych miały miejsce jeszcze na etapie życia płodowego. Dzieci fotografowane w żłobkach w kolejnych latach życia mogą po prostu nie chcieć takiego życia.
Nie inaczej będzie z dziećmi celebrytów. Dodatkowo, gdy zorientują się, że ich wizerunki lądowały na portalach z plotkami obok relacji z patogal MMA i dram z nabotoksowanymi damami, powiedzą dość i włączą w to prawników. Czy media w 2026 roku są tego świadome?

Możliwe, że i media, i celebryci tego nie rozumieją. Albo nie chcą rozumieć. Lub naiwnie sądzą, że sytuację będzie można załagodzić.
Jeszcze jedno zdjęcie
Sharenting to pozbawienie dziecka prawa do wyboru: chcę albo nie chcę być w mediach społecznościowych; chcę albo nie chcę, żeby ten konkretny moment z mojego życia został sfotografowany i upubliczniony. Wszystkie te decyzje są poza dzieckiem, bo jest od dorosłego całkowicie i w każdej sferze życia uzależnione. Nie ma też psychicznych narzędzi, żeby się ochronić przed prośbami: jeszcze jedno zdjęcie, zrób jeszcze raz taką minkę, uśmiechnij się.
Dzisiejsze słodko wyglądające kadry wrócą do tych dzieci jak bumerang — i to nie wtedy, kiedy ty, rodzicu, będziesz tego chciał. Tylko w najmniej spodziewanym momencie.
Może na jakichś urodzinach, na nocowaniu u koleżanki, może między lekcjami, w szatni po treningu. Wszyscy zobaczą te zdjęcia, na których dziecko nigdy nie chciałoby, żeby ktokolwiek je oglądał. I będzie przerobione w AI, zniekształcone, z dorobioną muzyką. Trafi na klasowy komunikator, poleci w świat na socjalach. Wystarczy jeden rówieśnik ze smartfonem.

Uczucia po takim doświadczeniu dziecko nie zapomni do końca życia.
Media, dziennikarze, redaktorzy — nie musicie do tego przykładać ręki. Naprawdę można podjąć decyzję nie na podstawie statystyk z Google Analytics, ale w oparciu o dobrze pojęte prawa dziecka. Można powiedzieć: stop.












