SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Czy serial „Fallout” jest tylko dla graczy? Dwugłos o nowym hicie streamingu

Premierowe odcinki serialu Prime Video toczącego się w uniwersum kultowej gry „Fallout” stawiają wymagania widzom, którzy graczami nie są. O tym, kto obejrzy nową produkcję Jonathana Nolana i Lisy Joy, oraz czy warto po nią sięgać, nie wiedząc, czym jest brahmin, G.E.C.K. albo Mieszkaniec Krypty, opowiadają Jacek Stawiany i Małgorzata Major.

„Fallout”, Prime Video„Fallout”, Prime Video

Musimy wyjaśnić we wstępie, że Jacek na grach się praktycznie wychował (od czasu gdy „CD-Action” w 1999 roku dało pełną wersję jedynki), a Małgorzata oglądała serial będąc neofitką. Uznaliśmy, że perspektywa fana i profanki bez doświadczenia fenomenu „Fallouta” uzupełnią się i dadzą wgląd w to, czym właściwie jest nowy projekt Prime Video i kto ma szansę docenić jego wielowymiarowość.

UWAGA: W tekście są drobne spojlery z pierwszego sezonu „Fallouta”!

„To dom. Twój dom”

Małgorzata Major: Zacznijmy od tego, że serial nie jest ekranizacją gry, tylko dzieje się w jej uniwersum. Domyślam się, że jako gracz nie doświadczyłeś dokładnie takich przygód, jakie przytrafiają się Lucy (w tej roli Ella Purnell) i Maximusowi (Aaron Clifton Moten) ani nigdy wcześniej tych postaci nie spotkałeś?

Dla osoby nieznającej gry wszystko jest nowe i obce, ale z perspektywy ośmiu odcinków mam wrażenie, że po pierwszym sezonie widz nowicjusz na tyle pozna serialowy świat, że będzie czuł się tam dosyć swobodnie. Mówię to jako osoba, która bardzo sceptycznie podchodziła do konieczności obcowania z „Falloutem”.

Jacek Stawiany: Akcja serialu toczy się pod koniec XXIII wieku, już po wydarzeniach, w których braliśmy udział w dotąd wydanych grach. Pojawiają się tu miejsca z nich znane jak np. Cieniste Piaski, zwane w oryginale Shady Sands (chociaż w grach los tego miasta był nieco lepszy). W pierwszym sezonie nie uświadczymy konkretnych postaci znanych z gier (czekam na Harolda!), ale są organizacje, miejsca, sprzęty, zmutowane zwierzęta czy roboty z którymi mieliśmy do czynienia szczególnie w nowszych odsłonach serii. No i oczywiście wątek, bez którego porządny „Fallout” nie pokazuje się na mieście, czyli pies towarzysz o imieniu Dogmeat (w polskim tłumaczeniu to bodaj Ochłap).

Pojawiają się również znane z gry humanoidy, czyli ghule. To ludzie, których mało estetyczna fizjonomia była efektem choroby popromiennej, w serialu ich pochodzenie nie jest do końca wyjaśnione. Mamy więc nowe wątki i nową fabułę osadzoną w świecie gier, z wieloma odwołaniami do nich. Widać, że pieczołowicie oddano realia, szczególnie najnowszych części „Fallouta”. Dizajn miast i krypt jest wiernie odtworzony. Miasto Filly mocno przypomina Megatonę z trzeciej części czy Diamond City z czwartej. A to tylko jeden z wielu przykładów podobieństw. Gry – część trzecią i czwartą oraz przeznaczony dla wielu graczy „Fallout 76” – robiła ta sama firma (Bethesda Game Studios i jej producent wykonawczy Todd Howard), która współtworzyła serial, nie jest zatem tak, że ktoś kupił sobie prawa i zrobił coś po swojemu.

Co traci widz, który nie grał w grę?

Jacek Stawiany: Na początek disclaimer. Dlaczego świat w retrospektywach, które cofają nas do roku 2077, wygląda jak wyjęty z lat 50. XX wieku? Jest to wizja przyszłości, którą snuli Amerykanie w tamtych czasach. Estetyka roku 2077, tuż przed wojną nuklearną, budowana jest na kanwie obrazów, jakie w złotym wieku, po wygranej wojnie, w czasach nuklearnej przewagi Stanów Zjednoczonych tworzyli mieszkańcy Ameryki, wyobrażając sobie odległą przyszłość. Historia świata znanego z gry jest do lat 50. XX wieku zbieżna z naszą, a potem ma miejsce dywergencja (rozbieżność) i w uniwersum gry nigdy nie zostaje wynaleziony choćby mikroprocesor, telewizory plazmowe czy telefony komórkowe, ale są za to mobilne roboty-lokaje napędzane energią atomową, noszone na rękach komputery Pip-Boy i stimpacki w trymiga leczące nawet śmiertelne obrażenia.

Małgorzata Major: Serialowy „Fallout” stanowi wyzwanie dla widza nieznającego gry, ponieważ na przestrzeni ośmiu odcinków nie otrzymujemy słownika pojęć, wyjaśnienia, dlaczego właśnie Pustkowie jest miejscem bezprawia, jak ten świat się zmieniał i degenerował. Wszystko to jest zagadką, wkraczamy w bardzo hermetyczne uniwersum. W pierwszym odcinku nie pojawia się informacja, że oglądane ujęcia przed wybuchem pokazują rok 2077, a nie lata 50. XX wieku. Próg wejścia może być trudny dla widza, który nie jest graczem.

Przed seansem musiałam zaznajomić się ze statusem ontologicznym bohaterów, spróbować dowiedzieć się kim są, skąd przybyli - zorganizować sobie prywatne korepetycje na temat „Fallouta”. Dopiero wyposażona w minimum wiedzy mogłam czytać poszczególne postacie. To nie jest „Rodzina Soprano” ani „Breaking Bad”, gdzie emocje bohaterów są w sposób organiczny przyswajane przez widza, tutaj potrzebny jest zastrzyk encyklopedycznej wiedzy, żeby nie znając gry, jakoś się w świecie bohaterów odnaleźć. Chociaż można by w kontrze rzec, że chcąc w pełni zrozumieć historię Tony’ego Soprano też warto znać klasykę kina amerykańskiego i kino gangsterskie, a żeby zrozumieć Waltera White’a warto przeczytać sonet Shelley’a „Ozymandias”.

Jacek Stawiany: Chciałem zgłosić weto, że w grach też nie wszystko jest od razu wyjaśnione. Słynne już intra, których narratorem jest Ron Perlman, dają pigułę na temat nuklearnej zagłady, która spotkała świat 23 października 2077 roku (Wielka Wojna), ale można być graczem tabula rasa. Gdy zaczynałem grać, nie wiedziałam, jak działa ten świat (nie pomogła marna znajomość angielskiego za czasów mej dwunastoletniości). Nie potrafię teraz wczuć się w rolę widza, który nie zna całego kontekstu, ale myślę, że da się kupić całą tę otoczkę, nie znając gruntownie zasad tam panujących. I może taki też był zamysł twórców. Inaczej zwrot akcji pod koniec sezonu kupi ktoś, kto nie wie, że Krypty nie miały służyć przetrwaniu ludzkości, a wymyślnym eksperymentom w kontrolowanych warunkach.

Co autor miał na myśli

Małgorzata Major: To co powiem, może być jak kij wsadzony w mrowisko, ale czy nie jest trochę tak, że gdyby odjąć wszystkie dekoracje budujące w serialu postapokaliptyczny świat, czyli zrujnowane budynki, bezkres Pustkowia, kilometry torów kolejowych, obskurne miasteczka, to wymowa płynąca z opowieści stanie się banalna? Krytyka wojen i walki klas, rządów manipulujących masami, akceptacja prymatu natury nad kulturą itd. Nie ma tam wielopiętrowych rozważań mających zmusić widza do złożonych rozmyślań. Nie mówię, że jest to konieczne, ale staram się zrozumieć fenomen i odkryć, co dokładnie mi umyka.

Jacek Stawiany: Cały ten serial jest dla mnie bardzo przyjemny jako dla fana komputerowych „Falloutów”, spełnił moje oczekiwania. Podczas gdy netfliksowy „Wiedźmin” czy „Pierścienie władzy” Prime Video są dość powszechnie krytykowane przez hardkorowych fanów za zbyt mocne odbieganie od kanonu, „Fallout” dobrze oddaje rzeczywistość gier. Co prawda w kontraście do „The Last of Us”, gdzie dostrzegam więcej głębi, „Fallout” wydaje się po prostu dobrze odwzorowywać, to wszystko co stanowi zaletę gry. Akcja zagęszcza się z biegiem czasu, ostatnie trzy odcinki wciągnąłem w jedno nocne posiedzenie. „Fallout” to jakościowa rozrywka, ale nie są to filozoficzne rozprawy. To nieco banalne konstatacje, ale na wysokim poziomie wykonania.

Bohaterowie. Dziewczyna z podziemnego sąsiedztwa

Małgorzata Major: Najważniejszą bohaterką jest dla mnie mieszkająca w Krypcie Lucy, która sprawia wrażenie dziewczyny z sąsiedztwa, naiwnej, żyjącej pod kloszem, po raz pierwszy konfrontującej się z brutalną rzeczywistością Pustkowia. Ciekawą sceną jest moment z piątego odcinka, gdy Lucy prosi Maximusa o to, żeby opowiedział jej ostatnie 200 lat, a później odkrywa, że to, w co wierzyli mieszkańcy Krypty 33, czyli budowanie nowego świata po Dniu Powrotu, nigdy się nie ziści.

Jacek Stawiany: Mieszkańcy Krypt – przeciwatomowych schronów zbudowanych przed Wielką Wojną - byli przekonani, że apokalipsa zabiła wszystkich na powierzchni, a oni mają dokonać repopulacji ludzkości i tworzyć nowy świat. Ale okazuje się, że nie wszyscy zginęli i ludzkość cały czas lepiej lub gorzej funkcjonuje.

Małgorzata Major: Lucy jest (zwłaszcza w pierwszym odcinku) bohaterką sitcomu. Zresztą w przewrotny sposób przypomina Lucy Ricardo (postać z kultowego sitcomu „I Love Lucy”), sympatyczną gospodynię domową, której determinacja i upór często sprowadzają na nią kłopoty, ale równocześnie dają szansę robić coś wbrew otoczeniu, nie zgadzać się z zastanym porządkiem świata. Koniec końców, Lucy zderza się z największymi mitami swojego życia i odchodząc ku zachodzącemu słońcu mówi, jak ma to w zwyczaju, „okey-dokey”.

Tej zabawy gatunkami jest więcej. Sytuacja bohaterów na Pustkowiu przypomina western, a życie w kryptach czerpie z estetyki sitcomu. Eksperymenty z klasyką filmową i telewizyjną są ważnym budulcem serialu i dla „cywilnych” widzów okazją do złapania równowagi w czasie wyczerpującej wędrówki po powierzchni.

Jacek Stawiany: Pierwszy odcinek oglądałem, może nie z zażenowaniem, ale ze sceptycyzmem. Estetyka sitcomu jest nieco odstraszająca – wszyscy w Krypcie są mili jak Świadkowie Jehowy i opowiadają nieśmieszne żarty. Do czasu aż bandyci (ang. raiders) nie urządzą im jesieni postapokaliptycznego średniowiecza. Ciekawie sytuuje się w tym postać brata Lucy, Norma (Moisés Arias). Początkowo wydaje się bohaterem drugoplanowym, obawiałem się, że będzie spełniał li tylko funkcję kontrastującego z odważną Lucy comic relief, czyli pozostanie głupkowatym bratem z dużym nosem, lekceważonym przez innych, ale z czasem staje się postacią o większej sprawczości i dość fundamentalnym dla fabuły serialu znaczeniu.

Z kolei Lucy jest bohaterką, z którą widz może się utożsamiać, bo ona też nie do końca orientuje się w tym świecie. Jest jak alter ego widza, które dopytuje „co tu jest grane”. Jej także nie jest wszystko wprost wyjaśniane. Zastanówmy się, na ile widz musi wszystko wiedzieć już teraz, a na ile, jak już wspominaliśmy, jest to koncepcja twórców, żeby nie zdradzać od razu wszystkiego.

W pierwszej, trzeciej i czwartej części gry każdy zaczyna jako mieszkaniec krypty i Lucy wydaje się postacią przeniesioną wprost z tamtej mechaniki. Ma swój Quest, misję do wykonania (Lucy szuka swojego ojca). Podobnie jak w grach RPG gracz ma główne zadania, ale i poboczne misje. Żeby zrobić X, musisz najpierw wykonać Y. Ona nie może stracić głowy (w sensie dosłownym, ale nie chodzi o jej głowę), żeby mieć szansę odnaleźć ojca. Serial bardzo mocno pokazuje przez to, że wywodzi się z gry.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że w grach możesz tworzyć własną postać, która może być kobietą albo mężczyzną, może być rasy białej, czarnej czy żółtej. To, że główną protagonistką produkcji Prime Video jest kobieta, nie powinno nikogo dziwić. A oczywiście pojawiają się głosy, że to kolejny przykład machlojek strasznego, postępowego i lewackiego Hollywood.

Rycerz ze skazą

Małgorzata Major: Co możemy powiedzieć o giermku Bractwa Stali Maximusie, jest koniunkturalistą i oportunistą? Poza tym, że czarnoskóry aktor wzbudził już negatywne emocje wśród części graczy czekających na serial.

Jacek Stawiany: Mam wrażenie, że Maximusa nie da się lubić, bo podejmuje kilka kontrowersyjnych decyzji. Najpierw jego współbracia nim pomiatają, ale on mści się ponad miarę. Choćby uśmiercając pośrednio swojego niemiłego przełożonego. Pochodzi z nizin społecznych, przed niechybną śmiercią uratowało go właśnie Bractwo Stali, ale to typ karierowicza, giermek, który chce być rycerzem. Wydaje się najmniej ciekawy z trójki głównych bohaterów.

Małgorzata Major: Maximus może nie wzbudzać sympatii, bo jest zbyt chciwy i zdesperowany, a mimo wszystko najmniej wyrazisty. Nie jest w stanie zaimponować widzowi etycznym zachowaniem, ale nie jest też cyniczny do szpiku kości. Bywa impulsywny i natarczywy, bo wie, że może liczyć tylko na siebie. Jego frustracje, czasami małostkowość, niskie pobudki wynikają z tego, że nikt nie stoi w jego narożniku. Wydaje się postacią, która dobrze odzwierciedla hasło „każdy orze jak może”. Nie zyska szacunku, ale bywa skuteczny w świecie „Fallouta”.

Przy tej okazji rodzi się kolejne pytanie, co chcą nam powiedzieć twórcy, pokazując nikczemnych bohaterów, niosących ze sobą przemoc albo desperację. Dobro, które usiłuje rozsiewać wokół siebie Lucy jest towarem deficytowym. Co więc o współczesnym świecie mówi nam Jonathan Nolan i Lisa Joy?

Jacek Stawiany: „Wojna nigdy się nie zmienia” – to już niemal zastrzeżone hasło „Fallouta”. Mamy więc po raz kolejny historię o tym, że ktoś chce zacząć od nowa, zbudować nowy wspaniały świat, ale dobrymi intencjami Pustkowie jest wybrukowane i kończy się jak zwykle, czyli kolejnymi trupami. Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie. Brzmi to jak krytyka wojen religijnych czy każdej walki o przywództwo.

Ghul, czyli Cooper Howard, przypomina Mężczyznę w czerni, którego w „Westworld” grał Ed Harris. Nie dziwota, bo Jonathan Nolan to jeden z twórców tamtego serialu. W „Falloucie” mamy do czynienia z podobną postacią, czyli cynicznego łowcy nagród, który wszystkich bez skrupułów zabija. I czasem nawet zjada. To bohater, którego chroni pancerz fabularny (ang. plot armor), cokolwiek by się nie działo, wyjdzie z każdej opresji. To szczególnie boli w scenie z ostatniego odcinka, kiedy dochodzi do konfrontacji z Bractwem Stali. Coop radzi sobie na powierzchni od 200 lat, więc bezcelowość jego egzystencji jest ciekawym elementem serialowego świata. To także przykład „cool bad guy”, postać, którą widz zapewne ma lubić nie lubić.

Małgorzata Major: Ghul daje Lucy twardą lekcję życia, gdy nie pozwala jej napić się wody do momentu, aż sama nie zrozumie, że może po nią sięgnąć. Bohaterka otrzymuje przyspieszony kurs dorosłości i znowu uczy się od kolejnego cynicznego mężczyzny, jak radzić sobie w świecie, gdzie nie panują tak pluszowe warunki jak w Krypcie. Jest to ciekawe rozwiązanie, ale szkoda, że bohaterka uwieszona jest na ramieniu dwójki mężczyzn, a przecież sama – mimo pokładów naiwności wyniesionej po latach życia w Krypcie – ma wiele atutów i zasobów, żeby radzić sobie na powierzchni. Jest słabą stroną jest ufność i wiara w dobre intencje, ale w pewnym momencie pozbywa się części tego balastu.

Ghul zyskuje sympatię widzów nowicjuszy po obejrzeniu całego sezonu, ponieważ dopiero ostatnie trzy odcinki mówią nam o tragizmie tej postaci i ujawniają moment, w którym życie Coopera Howarda zostało złamane.

Absurd i groteska zamiast patosu

Jacek Stawiany: Brak nadęcia to cecha charakterystyczna gry, oddaje to dobrze klimat wszystkich „Falloutów”. W serialu trafnie odtworzono nierzadko brutalny czarny humor. Bałem się na początku żartów rodem z sitcomu, jakimi raczył nas pierwszy odcinek, ale faktycznie była to parodia tego typu produkcji, dodatkowo mająca na celu pokazanie kontrastu między idylliczną (pozornie) atmosferą Krypty a okrucieństwem panującym „na górze”. Kanibalizm, bezczeszczenie zwłok, wody płodowe odchodzące podczas stosunku czy postaci umierające w fantazyjny sposób godny filmów gore (perk „bloody mess” z gier) – wszystko to sprawia, że każdy fan serii poczuje się jak w domu.

Małgorzata Major: Jestem fanką odcinka szóstego, pt. „Pułapka”, w którym oglądamy świat gwiazdora Coopera Howarda w oderwaniu od tego, co dzieje się po 2077 roku. Jako osoba będąca na bakier z grami, doceniam uchwycenie obyczajowości udającej znane nam lata 50. ubiegłego wieku. To wentyl bezpieczeństwa dla widowni nie mającej doświadczenia gry.

Podobnie jak w głośnym trzecim odcinku „The Last of Us”, gdzie skupiamy się na historii romansowej dwójki bohaterów (więcej przeczytacie tutaj – przypis red.), w „Pułapce” poznajemy Coopera w „cywilnych ciuchach”, jako gwiazdora filmu, wkraczającego w świat reklamy. To, co bohater reklamuje, czyli prototypową Kryptę 4, przypomina mi inteligentny dom XX wieku, w którym mieszkał Ronald Reagan. W czasach, gdy był czynnym aktorem, reklamował usługi firmy oferującej „okablowanie domu”, co w latach 50. było powiewem nowości. Reagan miał elektryczne rolety, sprzęty kuchenne i wiele udogodnień zasilanych prądem, niedostępnych wówczas dla zwykłego Amerykanina. Kolejny ukłon do gwiazd kina lat 50. to dobra wiadomość dla widzów niekoniecznie chcących wykonywać misję razem z Lucy.

Dla widowni poszukującej odniesień popkulturowych dużym polem manewru jest interpretowanie piosenek Binga Crosby’ego i Nat King Cole’a jako komentarzy do bieżących wydarzeń. Równie ciekawe są wątki melodramatyczne z życia Coopera Howarda i jego żony, które przywodzą na myśl filmy Douglasa Sirka, jak choćby kultowe „Wszystko, na co niebo zezwala”. Zarówno estetyka serialu, oprawa muzyczna, jak i nawiązania do amerykańskiej klasyki filmowej, to elementy pozwalające manewrować pomiędzy kolejnymi przygodami Lucy i dające oddech na coś poza „questami”, bo te nie każdemu przypadną do gustu. To jest rzecz godna podkreślenia, że z jednej strony bohaterka niesie w plecaku głowę innego człowieka, z drugiej oglądamy wspominki z życia bohaterów, którzy mogliby wskoczyć do uniwersum filmowego Sirka i dobrze by się w nim odnaleźli. Niektórzy nazywają to magią kina.

Jacek Stawiany: Ja w każdym razie czekam na kontynuację questów polegających nie tylko na dostarczaniu różnych części ciała. I mam nadzieję, że poza deathclawami (pol. szpony śmierci), co zapowiadają ostatnie kadry sezonu, spotkamy się tam z supermutantami.

Serial „Fallout” dostępny jest na platformie Prime Video.

Dołącz do dyskusji: Czy serial „Fallout” jest tylko dla graczy? Dwugłos o nowym hicie streamingu

3 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
galmash
tldr.

Sam serial - mocne 5/10. Dużo efektów, ciekawa sceneria, zero fabuły.
odpowiedź
User
Uhhh?Duh
Jako gracz - wolałbym historię zaczynającą się od początków gry i rozwijaną, a tak po pierwszym odcinku obawiam się dostosowania świata gry do czegoś pomiędzy serialami o superbohaterach z D+, a czymś ala LoU czy The Boys. Jest inne dzięki temu, że świat jest inny, ale to za mało. Pierwszy sezon Westworld był świetny, a to będzie chyba jeden z wielu niezłych, całkiem wysokobudżetowych seriali do zapomnienia.
odpowiedź
User
Hmmm
Redakcjo! Naprawdę wypada uprzedzać o spoilerach w tekście...
odpowiedź