Zaryzykuję twierdzenie, że jesteśmy w najbardziej specyficznym momencie historii gospodarczej. Nikt nie może powiedzieć, że jesteśmy krajem biednym, bo przecież należymy już do grona najszybciej rozwijających się krajów świata. Ale z drugiej strony widzimy, co dzieje się z cenami paliw i cenami w sklepach oraz że warunki ekonomiczne mogą nawet doprowadzić do zamieszek we Włoszech czy Francji.
Ekonomiczna niepewność dotyka dziś, jak mało kiedy w historii, zwykłych ludzi, konsumentów i najmniejszych przedsiębiorców (może jeszcze nie inwestorów na rynku finansowym). Tymczasem tematyka ekonomiczna nie dominuje w mediach. Chowa się za tematami politycznymi i sensacjami. Jest tu jakiś paradoks. Im bardziej pieniądze nas dotykają, tym mniej o nich słyszymy. A jak już to w taki najbardziej uproszczony sposób, z trywialnym pytaniem, czy "będzie dobrze".

Tu rodzi się pytanie, czy wynika to z tego, że tematy ekonomiczne są niepotrzebne. Chyba raczej nie, skoro dotyczą naszej codzienności. A więc może są zbyt specjalistyczne. Też chyba niekoniecznie, bo przykładowo tematy dotyczące chociażby zdrowia, które też nie są łatwe, mają mocną pozycję w głównych programach informacyjnych i powstaje o nich coraz więcej ciekawych podcastów. Więc nie o to chodzi. Pieniądze nie są trudniejsze od medycyny.
Problem z językiem
Rzecz chyba tkwi w języku i regularności. Ekonomii i prawa nie da się sprowadzić do tak prostych komunikatów jak wspomnianych tematów zdrowotnych, bo jeśli coś drożeje lub tanieje, to zwykle ma to wiele przyczyn. W zdrowiu komunikaty są proste: kogoś uratowano, kogoś wyleczono, jest sukces. Mechanizm w sumie prosty, bo wiadomo, co i kogo pokazać lub opisać. A w gospodarce nigdy tak nie będzie.

Paliwo nie będzie na zawsze tańsze, bo ktoś jest utalentowanym architektem polityki gospodarczej, a raty kredytów nie będą niższe, bo dobre serce będzie miał szef banku centralnego. Tak to nie działa. Wszystko jest ze sobą powiązane. Gospodarka jest zresztą z natury cykliczna. Nie ma jednego trendu, jednej cudownej recepty i jednego rodzaju dochodowej inwestycji. Ale koniec końców to co dzieje się w gospodarce przekłada się na nasze codzienne życie i bezpieczeństwo finansowe.
Prawo bez widowni
Jeszcze gorzej jest z prawem. Ono u nas zostało sprowadzone wyłącznie do pokazywania polityków skaczących sobie do gardeł. Albo do ogólnych haseł dotyczących wybranych ustaw. A Sejm pracuje statystycznie dwa razy w miesiącu i tam, na sali posiedzeń obok sejmowego korytarza, decyduje się los wielu poważnych spraw. Niestety często takich, które spędzają sen z powiek przede wszystkim mniejszemu biznesowi.

Tymczasem relacje z Sejmu skupiają się nie na tym, co Sejm uchwala, tylko na tym, co złapani w biegu politycy powiedzieli, przeważnie w związku z jakąś sprawą partyjną lub osobistą. A prawo to nie komentarze, tylko ustawy i ich konkretne konsekwencje finansowe. Strach jest tylko większy, gdy politycy złapani na korytarzach mówią coś o gospodarce.
Można wreszcie powiedzieć, że ekonomia i prawo to po prostu nudne tematy. Nie ma tu takich emocji jak w politycznych sporach, społecznych interwencjach czy kolorowych relacjach ze świata artystycznego. Ale czy emocją samą w sobie nie jest to, że ktoś traci lub zyskuje, kiedy czyjeś możliwości zakupowe się zmieniają? Że może stracić pracę, a z nią finansowe oparcie dla najbliższych? Czy naprawdę trzeba pokazać milionera albo bankruta, żeby tematy ekonomiczne stały się widoczne? Utrata pracy to dramat nie mniejszy niż ten pokazany w programie interwencyjnym.

Tylko czekanie na kryzys
Serwisy gospodarcze stały się dzisiaj dodatkami do relacji o innych wydarzeniach. Z przerażeniem obserwuje, jak ustępują one (nawet w specjalistycznych mediach) ogólnym newsom. A historia jakiegoś polityka, influencera czy aktora nie ma dla społeczeństwa tak dużego znaczenia jak oprocentowanie kredytów, ceny wody, prądu i jajek albo trendy na rynku pracy. Wszystko to ma tym większe znaczenie, że być może jesteśmy przed ogromnym kryzysem.
Takim, który sprawi, że rządy zaczną obcinać wydatki, surowce podrożeją bardziej, koszty życia wzrosną, a raty kredytów będą znowu wysokie. W przeszłości o gospodarce mówiło się w mediach głośniej właśnie tylko wtedy, gdy przychodził kryzys. Gdy wzrost kursu franka niemal zrujnował posiadaczy kredytów walutowych, gdy pojawiła się obawa, że zabraknie węgla i gdy inflacja nagle zbliżyła się do 20%. Czy jednak trzeba czekać na nadzwyczajne wydarzenia, aby mówić o tym, co naprawdę ważne?











