Alicja Molenda to dziennikarka i wydawca tygodnika "Przełom" z Trzebini, leżącej między Krakowem a Katowicami. Ten magazyn to jeden z ważniejszych periodyków prasy lokalnej. Ukazuje się od 1990 roku i opisuje ważne sprawy dla mieszkańców powiatu
Jednak burmistrz Trzebini Jarosław Okoczuk stwierdził, że nie chce, by dziennikarka przysłuchiwała się dyskusji na temat planów dotyczących komunikacji publicznej.
Było to zapowiedziane wcześniej robocze, otwarte spotkanie w urzędzie miasta, w którym wzięli udział eksperci, pracownicy Związku Komunalnego "Komunikacja Międzygminna", radni, burmistrz, wiceburmistrz oraz rzeczniczka prasowa urzędu.
Po powitaniu uczestników burmistrz Okoczuk oświadczył, że nie życzy sobie obecności przedstawicielki "Przełomu". Stwierdził, że nie chce, by przysłuchiwała się planom i dyskusji radnych. Burmistrz zapowiedział, że po spotkaniu zostanie wydany oficjalny komunikat. "Jedynie słuszny, wiarygodny" – napisała Alicja Molenda w "Przełomie".

Jak relacjonuje wydawczyni "Przełomu" przed wyjściem zapytała burmistrza, czy rzekomo otwarte spotkanie jest objęte klauzulą tajności i czy jej obecność przeszkadza wszystkim radnym.
Twierdzi, że poza jednym wyjątkiem nie było żadnych odpowiedzi: ani twierdzących, ani przeczących. Zobaczyła jedynie zmieszanie na twarzach koalicjantów burmistrza. Jedynie niezrzeszony radny Piotr Dusza odpowiedział, że nie przeszkadza mu obecność dziennikarki.
Molenda: Nigdy przez 35 lat nie miałam takiej sytuacji
– Nigdy w 35-letniej karierze dziennikarki nie miałam takiej sytuacji. Myśałam, że będzie to ciekawe spotkanie, na którym radni z ekspertami będą ścierać się na koncepcje i poglądy. Komunikacja publiczna jest niedoinwestowana. Burmistrz promuje oszczędnościową koncepcję opartą na przesiadkach. Dworzec w mieście to bardziej atrapa – tłumaczy Alicja Molenda w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Jak twierdzi Alicja Molenda, to w obecnej kadencji samorządu demokratyczna dyskusja się skończyła.
– Kiedyś rozmawiało się na ważne tematy, dziś rządzi lider, którym jest burmistrz, a radni pełni funkcję maszynki do głosowania. To patologiczne zjawisko, które nie ma nic wspólnego z samorządnością i nigdy tego nie ukrywałam. Burmistrz mnie nienawidzi z tego powodu – przyznaje wydawczyni "Przełomu" w rozmowie z naszą redakcją.
Burmistrz Jarosław Okoczuk odniósł się na Facebooku do zarzutów o wyproszeniu dziennikarki. Twierdził, że spotkanie otwarte nie było. Mediom chce przedstawić ostateczną propozycję zmian. Jak zapewnia w najbliższym czasie odbędzie się konferencja prasowa, w której będą mogli wziąć udział również przedstawiciele mediów.

"Zaprosiłem na spotkanie radnych i szefa ZKKM, spotkanie nie było posiedzeniem komisji czy sesją rady - spotkań tego typu, roboczych, konsultacyjnych w tygodniu organizujemy pewnie kilkanaście w najróżniejszych tematach. To było spotkanie na które zostały zaproszone konkretne osoby, a nie "otwarte" - to nie ta formuła i nie wiem dlaczego ktoś z zewnątrz miałby w nim uczestniczyć. Omawialiśmy różne scenariusze, wnioski opracowania zewnętrznej firmy - typowo robocze spotkanie, z którego wnioski posłużą nam do przedstawienia ostatecznej propozycji zmian w komunikacji. A te bedą rewolucyjne. Ale przedstawiać, Państwu i mediom, będziemy finał prac, a nie wersje robocze, to przecież oczywiste" – przekazał.
"Dziennikarze zawsze mają dostęp do wszystkich oficjalnych posiedzeń komisji rady miasta albo sesji, biorą udział w spotkaniach z mieszkańcami - przecież regularnie się z Państwem spotykam i każdy może ze mną porozmawiać, zadać pytanie. W najbliższym czasie przedstawimy opracowaną i podliczoną propozycję zmian i o niej opowiemy - wtedy, kiedy będzie można mówić o konkretach, a nie plotkach" – zapowiedział burmistrz Okoczuk.

"Mamy XXI wiek, a to wszystko trąci jakoś gomułkowszczyzną. (...) W efekcie nie dowiecie się Państwo, jak przebiegała dyskusja na temat komunikacyjnej przyszłości gminy Trzebinia, co na początku zaznaczył burmistrz. A przecież nie jest ona oderwana od swoich partnerów komunikacyjnych – Chrzanowa i Libiąża. I naprawdę trudno zrozumieć, jak można prowadzić tak strategiczną debatę bez udziału partnerów i bez obecności mediów. Najwyraźniej jest coś do ukrycia. Coś, czego publicznie przekazać nie można" – dodała Alicja Molenda na łamach "Przełomu".













