Premier Węgier miał ugotować psa w mikrofalówce. Potem prezes PiS Jarosław Kaczyński mówi, że z tego powodu go nie lubi. Możemy tego głośnego fake newsa rozebrać na części pierwsze?
To bardzo ciekawa historia, ponieważ idealnie pokazuje, jak wielopoziomowo można doprowadzić do sytuacji, w której fałszywa wiadomość – trochę dziwaczna i pierwotnie wcale nieskierowana na nasz rynek czy do naszej infosfery – dociera tutaj właśnie za sprawą dyskusji okołopolitycznych.
Ta dezinformacja w rzeczywistości dotyczyła wyborów na Węgrzech i była wymierzona w przewodniczącego opozycyjnej partii TISZA, Petera Magyara. Cała intryga polegała na tym, że ponoć była partnerka Magyara napisała książkę wspomnieniową, w której bardzo krytycznie odniosła się do ich relacji i zarzuciła mu właśnie, że włożył psa do mikrofalówki i go uśmiercił.

Ta informacja pojawiła się na węgierskojęzycznej stronie, która celowo została tak zaprojektowana, by układem kafelków i odniesień do innych tekstów udawać zwyczajny, renomowany portal informacyjny.
Do artykułu dodano nawet drastyczne zdjęcia psa w mikrofalówce. Ponieważ wybory na Węgrzech budziły ogromne emocje w całej Europie – wszyscy przyglądali się, czy po kilkunastu latach uda się odsunąć Viktora Orbána od władzy – dyskusja wyszła daleko poza węgierskie granice.
Osoby prowadzące konta w mediach społecznościowych w różnych krajach, w tym w Polsce, zaczęły podpinać się pod ten nośny temat. U nas tę historię podał najpierw członek Ruchu Narodowego Witold Tumanowicz, a potem powtórzył ją prezes Jarosław Kaczyński.
Czy ta strona zawierała więcej spreparowanych treści?
Tak, twórcy celowo ją rozbudowali i dodali inne materiały, aby na pierwszy rzut oka budzić wrażenie normalnego portalu. Kiedy jednak węgierska organizacja fact-checkingowa Lakmusz zaczęła "kopać" głębiej, szybko okazało się, że to całkowita fałszywka.

Wspomniana książka z bolesnymi wspomnieniami w ogóle nie istniała – wygenerowano jedynie za pomocą sztucznej inteligencji fragmenty tekstu, które miały ją udawać. Tożsamości autora artykułu nie dało się znaleźć nigdzie poza tą jedną witryną, sama domena została zarejestrowana na krótko przed wyborami, a w formularzu kontaktowym strony ukryto cytaty z amerykańskiego serialu "Law & Order".
Czy to częsta praktyka?
Lakmusz zwrócił uwagę, że nie jest to pierwszy taki przypadek na Węgrzech. Wcześniej w identyczny sposób zaatakowano wiceprzewodniczącą partii TISZA, oskarżając ją na podobnym, fałszywym portalu o udział w przemycie dzieci w ramach afery Epsteina. Schemat był ten sam: postawienie strony-wydmuszki i zalanie jej tekstami wygenerowanymi przez AI, by zdyskredytować polityków.
Czyli wkręcenie tak szerokiego grona odbiorców, w tym najważniejszych polityków w kraju, wcale nie jest trudne?

I tak, i nie. Kiedy słyszymy coś tak szokującego, w głowie uruchamia się mechanizm emocjonalny, który nakazuje nam podać to dalej jak najszybciej. Z drugiej strony, nie trzeba było wielkiego wysiłku, by zorientować się, że to nieprawda. Można było na przykład przeczytać węgierskie źródła fact-checkingowe.
Choć węgierski nie jest najpopularniejszym językiem świata, dzisiejsze translatory maszynowe radzą sobie z tłumaczeniem takich treści całkiem nieźle na potrzeby zwykłego użytkownika internetu. Można było też sprawdzić, czy ta rzekoma książka w ogóle jest gdzieś w sprzedaży – no ale jej nie ma, nie da się jej kupić.
Politycy starszego pokolenia mogą nie znać realiów internetu, ale zaskakuje brak doradców weryfikujących takie informacje przed ich powieleniem.
Ten przykład pokazuje, że wszyscy – bez względu na wiek, wykształcenie czy poglądy – jesteśmy podatni na dezinformację. Kiedy widzimy informację sensacyjną, a w dodatku zgodną z naszymi politycznymi sympatiami – w tym przypadku Prawo i Sprawiedliwość stało raczej po stronie Orbána, a nie Magyara – wpadamy w pułapkę efektu potwierdzenia i wyłączamy krytycyzm.

Co jeszcze sprawia, że tak łatwo wierzymy w fałszywe informacje?
Ogromne znaczenie ma dziś łatwość dostępu do informacji. Kiedyś wiadomości wymagały wysiłku – trzeba było sięgnąć po gazetę, włączyć program informacyjny lub samodzielnie wyszukać źródło w internecie. Dziś smartfony i media społecznościowe sprawiają, że informacje, zwłaszcza krótkie materiały wideo, docierają do nas bez przerwy. W tym natłoku obok treści wartościowych pojawiają się także te wprowadzające w błąd.
Nikt nas nie nauczył, jak poruszać się po tym nowym środowisku informacyjnym. Czy należałoby wprowadzić taki przedmiot do szkół?
Nie jestem ekspertem od spraw edukacyjnych ani pedagogiem, ale zdarza mi się jeździć po szkołach w ramach działalności Akademii Fact Checkingu Demagoga. Wiem jedno: dzieci są już teraz skrajnie przeciążone ilością materiału, który muszą opanować. Wprowadzenie zupełnie nowego, osobnego przedmiotu mogłoby wywołać opór i przynieść odwrotny skutek.

Uważam jednak, że te elementy dałoby się z powodzeniem wpleść w obecnie nauczane przedmioty. Na języku polskim można przecież prowadzić krytyczną analizę wypowiedzi, sprawdzać źródła tekstów i pytać uczniów, co zwraca ich uwagę, gdzie dany tekst powstał. Podobnie na informatyce.
Nawet przedmioty ścisłe można konstruować w oparciu o realne przykłady – zamiast abstrakcyjnych opowieści w zadaniach z treścią, można odnieść się do konkretnych manipulacji wokół zmian klimatu, zdrowia, migracji i nie tylko. Każdy z tych obszarów da się dopasować do lekcji szkolnych.
A jak w praktyce wyglądają wyjazdy Demagoga do szkół? Kto je finansuje i jakie placówki Was zapraszają?
Akademia Fact Checkingu to jeden z trzech filarów naszej działalności. Warsztaty finansują albo same szkoły, albo partnerzy zewnętrzni – firmy i grantodawcy. Wszystkie informacje o źródłach finansowania publikujemy na naszej stronie, bo transparentność jest dla nas kluczowa.

Co ciekawe, niemal zawsze trafiamy do szkół publicznych. Sam nie pamiętam, żebym prowadził zajęcia w placówce prywatnej.
Czyli wszystko zależy od dyrektora, który dostrzeże taką potrzebę?
W dużej mierze tak. Prowadzimy rocznie wiele warsztatów, ale to wciąż niewielki ułamek wszystkich szkół w Polsce. Jako organizacja pozarządowa nie jesteśmy w stanie zastąpić systemowych działań państwa.
Uczniowie zwykle bardzo dobrze reagują na takie zajęcia. Stawiamy na praktykę i elementy grywalizacji, dzięki czemu mogą samodzielnie ćwiczyć weryfikowanie informacji.
Jak młodzi ludzie przyswajają tę wiedzę? Czy jedno szkolenie wystarczy, by nauczyć ich rozpoznawania fake newsów?
Naszym celem nie jest przekazanie gotowej recepty, lecz zaszczepienie zdrowego sceptycyzmu.
Pokazujemy, że w internecie intuicja często nie wystarcza i warto sprawdzać źródła oraz dane.Chcemy też uświadomić młodym ludziom, że nie każdy, kto publikuje treści w sieci, działa w dobrej wierze. Niektórzy próbują wykorzystać naszą uwagę, zaufanie, a nawet pieniądze.

Kto na przykład?
Choćby internetowi szarlatani promujący niesprawdzone metody leczenia i sprzedaż suplementów. Albo politycy i grupy interesu, którzy świadomie rozpowszechniają fałszywe informacje, by zdobyć poparcie i wpłynąć na decyzje wyborców.
A co z seniorami? Czy jest sposób, by wyedukować i ochronić przed kłamstwem starsze osoby, którym z natury może być trudniej w cyfrowym świecie?
Zawsze rekomenduję przede wszystkim rozmowę. Moja babcia jest ucyfrowiona – aktywnie korzysta z mediów społecznościowych, lajkuje moje zdjęcia na Instagramie i przegląda TikToka. Zdarzało się, że trafiała na treści, które mogły wprowadzać w błąd. W takich przypadkach po prostu siadam z nią i rozmawiam.
Pytam: "Babciu, czy wiesz, czy ta osoba ma kompetencje do tego, żeby mówić to, co mówi?", "A skąd to wiesz?", "A czy może to sprawdziłaś gdzieś indziej?" Wszystko sprowadza się do tego samego, co w szkołach – do zaszczepienia w bliskich nawyku stawiania znaku zapytania przy wiadomościach, na które trafiają.

Tylko jak znaleźć ten złoty środek, by przy tym ciągłym powątpiewaniu nie popaść w paranoję?
Sam mam z tym problem, bo z racji wykonywanego zawodu mam skrzywienie w drugą stronę i sprawdzam niemal wszystko. Na całe szczęście moja żona skutecznie mnie hamuje i dba o naturalną równowagę w domu.
Złoty środek polega na tym, by nie sprawdzać rzeczy, które potencjalnie są potoczne i niegroźne. Czujność powinniśmy wzmóc wtedy, gdy trafiamy na informacje wpasowujące się w duże narracje dezinformacyjne. Istnieją konkretne obszary wiedzy, w których stale mamy do czynienia z powracającymi nieprawdziwymi przekazami, i to przy nich należy zachować szczególną ostrożność. W swojej książce wyznaczam cztery takie główne obszary w polskim kontekście.
Jakie konkretnie?

Pierwszy to migracja, ze szczególnym uwzględnieniem wojny w Ukrainie i tego, jak migranci zachowują się u nas. Na początku pełnoskalowej inwazji w 2022 roku zalała nas fala fake newsów opartych na tzw. dowodach anegdotycznych – na przykład dramatyczne historie o tym, że moja kuzynka nie została przyjęta do szpitala, bo Ukraińcy mają pierwszeństwo. W książce poświęcam cały rozdział temu, jak potężną siłę mają anegdoty w naszym życiu.
Taka opowieść niesie silny przekaz, wzbudza niepokój, włącza poczucie niesprawiedliwości i zachęca nas do działania, zmieniając sposób myślenia o migrantach, mimo że od początku jest fałszywa.
Jakie są kolejne obszary?
Drugim obszarem są kwestie zdrowotne i medyczne. To nie tylko ruchy antyszczepionkowe czy dezinformacja wokół pandemii strasząca rodziców i seniorów. To także promowanie alternatywnych i niesprawdzonych metod terapii, którymi stara się zastąpić te już znane nauce.

W książce przytaczam ciekawe badanie Skylera B. Johnsona z 2017 roku, które pokazywało, jak drastycznie pogarsza się przeżywalność pacjentów (śmiertelność rosła o kilkanaście procent), którzy rezygnowali ze sprawdzonych metod naukowych, takich jak radioterapia czy chemioterapia na rzecz metod alternatywnych na przykład w leczeniu raka. Za promowaniem tych teorii stoją gigantyczne zyski szarlatanów, którzy nakręcają ludzi na swoje produkty.
A trzeci temat?
Trzeci temat to klimat – szeroka dyskusja od negowania globalnego ocieplenia, bo w grudniu spadł śnieg, po sianie paniki wokół samochodów elektrycznych, odnawialnych źródeł energii, zmian w rolnictwie czy naszej żywności. Nawet unijny nakaz przytwierdzania nakrętek do butelek jest wykorzystywany w prześmiewczy sposób do budowania narracji, że walka z ociepleniem klimatu to absurd, co wrzuca wszystkie polityki klimatyczne do jednego worka.
I jeszcze ostatni obszar – wszystkie sytuacje kryzysowe w Polsce, czyli powódź, pożary, ataki dronów. W momencie, gdy zaczyna się pustka informacyjna, bo oficjalne władze dopiero prowadzą dochodzenie i nie ma jeszcze komunikatów, ludzie gorączkowo szukają wyjaśnień. Wtedy najłatwiej wmówić im cokolwiek, np. że zagrożenie zostało spowodowane przez jakiś ośrodek badawczy w Stanach, który manipuluje pogodą. Ludzie cierpiący i pozbawieni w tym momencie pomocy łatwo to podchwycą i podadzą dalej.
Często w dobie mediów społecznościowych bywa tak, że ludzie sieją te informacje nieświadomie. Nie stoją za nimi boty, polityka ani wielkie pieniądze. Ktoś po prostu lubi udawać eksperta, "najmądrzejszego we wsi", rzuca niesprawdzoną tezę w sieć i trafia na podatny grunt.
Absolutnie tak. Opisuję to w pierwszym rozdziale książki, chcąc pokazać odbiorcy, jak zróżnicowany jest świat fake newsów. Jeśli nasza ciocia wrzuci na rodzinną grupę fałszywą informację, to nie znaczy, że jest rosyjskim trollem. Mogła mieć dobre intencje, np. chciała ochronić bliskich przed niebezpieczeństwem. Mechanizm dezinformacji żeruje na naszych naturalnych potrzebach i emocjach, takich jak strach, gniew czy troska o rodzinę.
Wspomniana przez panią potrzeba wypowiadania się na każdy temat i bycia "najmądrzejszym we wsi" to potężny motor napędowy dezinformacji. O ile na samej górze mamy zorganizowane akcje mające niszczyć wizerunki polityków, o tyle na dole ten przekaz niosą zwykli ludzie, reagujący pod wpływem impulsu. Stajemy się wtedy nieświadomymi amplifikatorami kłamstwa, pomagając twórcom tych narracji dotrzeć do nowych odbiorców.
Dlaczego mimo wielu ostrzeżeń wciąż dajemy się nabrać na oszustwa finansowe?
Wydawałoby się, że skoro o metodach oszustów mówi się tak długo i intensywnie, skala powinna maleć. Statystyki jednej z komórek Komisji Nadzoru Finansowego, które cytuję w książce, pokazują jednak coś przeciwnego – co roku mnóstwo osób daje się oszukać. Cały czas działają metody na przejęte konta i wyłudzanie pieniędzy "na Blika", fałszywe oferty inwestycyjne czy fikcyjne sklepy internetowe.
To wydaje się nierealne, dopóki nie trafi na nas lub naszych bliskich.
Ludzie myślą z tyłu głowy: "mnie to by się nigdy nie przytrafiło". Sam – choć w pracy zawodowej opisywałem po kilka takich schematów tygodniowo i doskonale znałem ich mechanizm, bo był ich ogromny zalew – w momencie pośpiechu o mało nie podałem swoich danych na fałszywej stronie. Wystarczy chwila rozproszenia uwagi, zmęczenia. To może spotkać każdego z nas i sprawić, że podejmiemy czynność dla nas szkodliwą.
Co robić, żeby nie dać się okraść?
W książce staram się to uszeregować w paru prostych krokach: sprawdzać źródło, czas publikacji, czy piszą o tym tylko w social mediach, czy też renomowane redakcje, weryfikować zdjęcia i kompetencje ekspertów.
Jaki był najtrudniejszy fake news, z którym musiał się Pan zmierzyć?
Przychodzą mi do głowy dwa przypadki. Pierwszy zakończył się sukcesem. W sieci krążyło zdjęcie kobiety w mundurze, rzekomo lekarki z rosyjskiej Grupy Wagnera zabitej przez Ukraińców. Dołączono do niego drastyczne fotografie ofiar, które szybko zidentyfikowałem jako zdjęcia z tragedii w Tajlandii, niezwiązanej z wojną.
Większym wyzwaniem było ustalenie tożsamości samej kobiety. Wyszukiwarki obrazów nie pomogły, więc zacząłem przeszukiwać rosyjskie portale społecznościowe. Trafiłem na zdjęcia z wojskowego konkursu piękności dla żołnierek rosyjskiej armii. Na jednym z nich znalazłem tę samą kobietę, a dzięki nazwie jednostki na szarfie dotarłem do artykułu z jej prawdziwymi danymi. Okazało się, że nie miała nic wspólnego z Grupą Wagnera. Cała weryfikacja zajęła mi około czterech godzin.
A ta druga historia?
To sprawa z 2024 roku. W internecie pojawiło się nagranie nastolatek śpiewających pieśń ku czci Stepana Bandery. Opis sugerował, że film nagrano w szkole w Lublinie. Postanowiłem odnaleźć jego pierwotne źródło i trafiłem na kanał w Telegramie, który go rozpowszechnił.
Problem polegał na tym, że Telegram nie umożliwia wyszukiwania filmów według podobieństwa. Musiałem ręcznie przeglądać archiwum liczące tysiące materiałów. Spędziłem nad tym wiele godzin, także po pracy i w weekendy. Ostatecznie nie udało mi się odnaleźć oryginalnej wersji nagrania.
To jedna z niewielu spraw, które do dziś mnie frustrują. Nauczyła mnie jednak, że czasem nawet przy dużej determinacji trafiamy na technologiczne ograniczenia, których nie da się obejść.
Czy zawodowemu fact-checkerowi zdarza się dać nabrać na fake newsa na "pierwszy rzut oka"?
Zauważyłem, że moją największą słabością jest... futbol. Wynika to z faktu, że jestem w te kwestie mocno zaangażowany emocjonalnie. Na początku roku, podczas Pucharu Narodów Afryki, wydarzyła się przedziwna sytuacja, gdy po finale zmieniono decyzją federacji zwycięzcę turnieju.
Ktoś wrzucił nagranie, na którym reprezentacja tego pierwszego kraju chowa puchar w jednostce wojskowej, nie chcąc go oddać żołnierzom. Moja pierwsza myśl: "O kurczę, sensacja, ale skoro stało się już jedno szaleństwo z werdyktem, to to też mogło się wydarzyć". Dopiero potem sprawdziłem, że wideo było stare i pokazywało zwyczajną wizytę u żołnierzy w ramach tournee z trofeum po kraju.
Czy zorganizowane grupy specjalistów są w stanie zweryfikować wszystko?
Kolektywnie ludzie potrafią zdziałać bardzo dużo. W internecie użytkownicy potrafią skrzyknąć się, by wytropić np. osobę znęcającą się nad kotami, o czym powstał głośny dokument na Netflixie. Pokazuje on jednak również ograniczenia – będąc zbyt zapatrzonym na cel, można wskazać niewłaściwą osobę jako odpowiedzialną. Pamiętam też historię, gdy aktor Shia LaBeouf zawiesił flagę na pustyni i transmitował ją na żywo na Twitchu. Ekipa w internecie zlokalizowała ją na podstawie układu gwiazd, rozkładów lotów samolotów widocznych w kadrze i czasu transmisji. Ktoś tam jeździł i trąbił, a internauci pisali mu, czy jest bliżej, czy dalej.
To jednak wyjątkowe przypadki. Prawdziwą, systematyczną pracę wykonują grupy profesjonalistów, takie jak serwis Bellingcat, prowadzące śledztwa na otwartych źródłach danych (OSINT). Przy odpowiednich zasobach i czasie profesjonalistom udaje się znaleźć i zweryfikować większość rzeczy.
Dużo mówi się o rosyjskiej propagandzie i dezinformacji. Czy rzeczywiście stamtąd pochodzi znacząca część fake newsów, które zalewają nasz internet?
Nie potrafię precyzyjnie ocenić skali, ale bezsprzecznie rosyjskie narracje przenikają do naszej infosfery. W Demagogu prowadzimy projekt w formie newslettera – "Radar na dezinformację". Mamy dostęp do specjalnego narzędzia monitorującego konta w mediach społecznościowych i sprawdzamy, czy dana treść nie pojawiła się najpierw na prorosyjskim profilu na platformie X, na Telegramie lub bezpośrednio u tamtejszych propagandzistów.
Jakiś przykład?
Tak było ze wspomnianym wcześniej zdjęciem opublikowanym przez Olgę Skabiejewą z pierwszego programu rosyjskiej telewizji. Pokazała rzekomy wniosek o PESEL dla Ukraińców z pytaniem o kultywowanie Bandery. Sam dokument oczywiście istnieje, ale nie ma w nim takiego pytania, a zdjęcie z jej Telegrama przeszło do polskiej sieci i wywołało ferment.
Mamy też do czynienia z polskimi obywatelami wplecionymi w tę sieć, jak słynny "Polak na Donbasie" – były żołnierz z Polski, obecnie ochotnik w rosyjskiej armii. Nagrywa on filmiki na Telegram, strasząc, że po wojnie ukraińscy naziści przyjdą do Polski odebrać obiecane im tereny. Te materiały zyskują ogromne zasięgi, bo ludzie podają je dalej. Nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek żołnierz mógł swobodnie nadawać takie komunikaty bez zewnętrznego pozwolenia i nadzoru rosyjskich służb.
Jak generatywna AI wpłynęła na dezinformację w ostatnich latach?
AI drastycznie obniżyła próg wejścia. Technika komputerowa pozwalała na manipulacje już wcześniej, ale dziś narzędzia są powszechne, tanie i generują wideo wystarczająco dobrej jakości. Nie muszą być perfekcyjne – efekt skali zrobi swoje. Jak wygenerujesz trzydzieści takich filmików, co nie zajmuje dużo czasu ani środków, to na któryś z nich ktoś się w końcu nabierze.
To potężne zagrożenie, ponieważ sztuczna inteligencja tworzy nam fałszywe dowody anegdotyczne na żądanie, a one – jak już mówiłem – świetnie rezonują z ludźmi i łatwo zmieniają opinie. Jeszcze parę lat temu wszyscy śmialiśmy się z filmiku, na którym Will Smith w pokraczny sposób zjada spaghetti. Dziś nikomu już nie jest do śmiechu, bo modele generują obrazy idealne, które nie wyglądają jak koszmar przy 40 stopniach gorączki.
Czy to oznacza, że profesjonalnym fact-checkerom będzie coraz trudniej odróżnić prawdę od fałszu?
Wydaje mi się, że tak. Może nastąpić moment, w którym technologicznie nie zdołamy prześcignąć algorytmów generatywnych. Kłamstwo zawsze będzie o krok przed nami, bo to ono wymyśla nowe kierunki ataku, a my jedynie na nie reagujemy.
Dlatego uważam, że zamiast ślepego wyścigu technologicznego musimy postawić na tradycyjny fact-checking, czyli badanie kontekstu wokół informacji: analizowanie źródeł, sprawdzanie, czy dany film pojawia się tylko na jednym profilu, czy piszą o tym wiarygodne redakcje i czytanie rzeczy "dookoła" tematu.
Drugim filarem muszą być rozwiązania systemowe i decyzje polityczne – odgórne zobowiązanie twórców modeli do implementacji trwałych znaków wodnych, aby dla każdego było jasne, że treść powstała przy pomocy AI.
Młode pokolenie wychowuje się dziś z chatbotami w ręku. Czy to nie zabija ich krytycznego myślenia, które dawniej rozwijało się choćby podczas samodzielnego szukania wiedzy w bibliotekach?
Istnieje takie ogromne ryzyko i mam nadzieję, że moja książka zwróci na to uwagę. Chatbot przygotowuje wygodną odpowiedź na każdą kwestię, ale trzeba pamiętać o jego mechanizmie działania: on jest nagradzany za to, że daje nam odpowiedź, a nie za to, że się do czegoś nie przyzna. Jeśli dany model nie znajdzie prawdziwych źródeł, to woli wymyślić sobie odpowiedź i zmyślić fakty, niż nie dać jej wcale.
Nie cofniemy rozwoju tej technologii, sam czasami używam jej w pracy i bywa pomocna. Odpowiedzialność za weryfikację wciąż jednak spoczywa na nas. Możemy traktować model językowy jako wyszukiwarkę źródeł, ale te źródła i tak musimy potem otworzyć i przeczytać samodzielnie, bo to, co wygrzebał bot, może okazać się nieprawdą. Krytyczne myślenie w erze maszyn, które myślą za nas, to nadal kluczowa sprawa.
Jaki będzie ostateczny efekt tego zalewu kłamstw? Czy ludzie po prostu nie machną ręką, bo proces weryfikacji jest zbyt czasochłonny?
To zmęczenie informacyjne już się dzieje. W zeszłym roku "The Guardian" opublikował tekst zwracający uwagę na to, że ludzie są już po prostu zmęczeni wiadomościami. Jest tego za dużo, więc wylogowują się z tego świata, przestają czytać i się interesować.
Weryfikacja bywa niezwykle skomplikowana i nikt nie oczekuje, że przeciętny obywatel będzie po godzinach przeczesywał rosyjski Telegram. Dlatego my musimy pokazywać proste metody działania i upraszczać przekaz.
Naukowcy i politycy działający w dobrej wierze powinni czasem zejść ze swojego wielkiego, pięknego stołu nauki i ułatwić odbiór informacji szerszemu gronu.
Dezinformatorzy doskonale wiedzą, że prosty komunikat niesie się świetnie, nie muszą niczego niuansować. Choć niuanse są bardzo istotne, musimy umieć obudować je dobrą komunikacją. Dla zwykłego użytkownika najważniejsze powinno być opanowanie prostych nawyków: sprawdzenie, czy dane źródło nie oszukało nas w przeszłości, a w razie wątpliwości – zdanie się na pracę organizacji fact-checkingowych i zgłoszenie im takiego tematu.











