Krzysztof Stanowski w zeszłym roku wycofał się z jednego ze swoich projektów – rozwijanego przez półtorej dekady serwisu sportowego Weszło. Jak opisywaliśmy, żona Stanowskiego sprzedała wszystkie 55 proc. posiadanych walorów firmy, zaś udział samego Stanowskiego zmalał z 45 do 20 proc. Na przełomie 2025 i 2026 roku Stanowski i jego bliski współpracownik Rafał Romaniuk odeszli z zarządu Weszło.
W rozmowie z Żurnalistą Krzysztof Stanowski na opinię prowadzącego, że w Kanale Zero tematyka sportowa jest słabo obecna, stwierdził, że mógłby odkupić z powrotem Weszło. Wskazał jednak, że nie jest już właścicielem tego serwisu "także dlatego, że doba ma 24 godziny".
– Czasami jest tak, że nawet jak ktoś się opłaca i wiesz, że w rok ileś tam na tym zarobisz, to jednocześnie wiesz, że wysiłek energetyczny będzie niewspółmierny i że lepiej by było tę samą energię albo mniejszą skoncentrować jeszcze na projekcie, który wymaga dopieszczenia – opisał.

– Sport ma swoje ograniczenia. Poza tym ja lubię robić rzeczy, które mnie kręcą. Sport mnie już nie kręci, nie ekscytuje. Za dużo wiem o sporcie, za dobrze znam tych ludzi, za dobrze rozumiem mechanizmy – wyliczył Stanowski.
Kanał Zero nie planuje przejęć
Nie zanosi się też, żeby Kanał Zero przejmował inne podmioty internetowe. – Nie widziałem jeszcze takiego projektu, który by mi na tyle zaimponował, a jednocześnie byłby w moim zasięgu finansowym, żebym stwierdził, że chcę to mieć – wyjaśnił Krzysztof Stanowski.
– Zresztą te akwizycje w internecie nie kończyły się wielkimi sukcesami – dodał.
Kanał Zero inwestuje za to w swój zespół. Krzysztof Stanowski zgodził się z tezą Żurnalisty, że kanał płaci bardzo dużo. – Rozmawiałem kiedyś z szefem jednej telewizji o zarobkach jego gwiazd. I uśmiechałem się tylko. Jak on usłyszał o naszych stawkach, no to spadł z krzesła – stwierdził.

– Nie będę wchodził w stawki, ale ja po prostu dzielę się sukcesem. I jeśli ktoś jest w stanie wygenerować duże pieniądze z AdSense’a, to ja bardzo chętnie mu je dam – zapewnił. Zaznaczył, że w Kanale Zero są różne modele rozliczeń z autorami: stawka za każdy odcinek lub część wpływów z reklam przy materiale.
– Niektórzy mają podstawę, niektórzy mają stawkę za odcinek, ale ja wiem, że jeśli stawka za odcinek wynosi X, a ja zrobię na tym X plus 10 dolarów z samego AdSense’a, a do tego jeszcze mam sponsorów, to mi się to opłaca. A jeśli ktoś nagrywa dużo i regularnie, to jeszcze bardziej mi się opłaca – wskazał.
– Więc tym tortem wszyscy się mogą najeść, o ile zdobędą regularną, lojalną publikę i będą mieli w sobie taką systematyczność – dodał.

Na YouTube rządzi algorytm
W zdobywaniu widowni na YouTube kluczowe jest podążanie za jego algorytmem. – Zasada jest prosta: rządzi nami algorytm. I bezpośrednie wejścia – to jedno, reklama w mediach społecznościowych, gdziekolwiek – to jedno, ale bez algorytmu sobie nie poradzisz – przyznał Krzysztof Stanowski.
– Każdy twój film, jeśli na niego ludzie trafiają, to trafiają przez algorytm, przez to, co jest im polecane przez samego YouTube'a. A dlaczego jest im to polecane? Bo kiedyś nagrałem jakiś film, który obejrzało nie wiem, 13 milionów osób i już algorytm uznał, że jak obejrzałeś i oglądałeś to długo, to już będziesz oglądał następne moje filmy – opisał.
Zaznaczył, że to niesprawiedliwe. – Bo dzisiaj ktoś może nagrać 10-krotnie lepszy, mądrzejszy, fajniejszy film niż ja i wrzucić go na YouTube'a i mieć nawet konto zasięgowe na Twitterze, które będzie to polecać i obejrzą to trzy osoby, bo algorytm tego po prostu nie podstawi ludziom pod nos. A ja nagram, że piję wodę, i algorytm to poda dalej, jeszcze poda to tysiąc razy dalej i za tysiąc pierwszym, jak się okaże, że to już nie grzeje, to przestanie podawać – opisał.

– Ale nie startujemy dzisiaj w równych zawodach – podkreślił.
Niewypał tylko za 100 tys. zł
Krzysztof Stanowski nie przypomniał sobie programu lub serii w Kanale Zero z niską oglądalnością, który kosztował 500, 300 lub 200 tys. zł. A taki projekt za 100 tys. zł? – Jakaś seria musiałaby to być, chodziłoby o wynagrodzenie dla autora. Wiesz co, dość racjonalnie do tego podchodzimy – powiedział.
Jako niepowodzenie finansowe ocenił serię materiałów, w której razem z Kizo i Grzegorzem Krychowiakiem pokazywali najdroższe hotele na Półwyspie Arabskim. – Ale nawet jeśli wydamy na wyjazd zagraniczny dużo pieniędzy i on nie przyniesie wielkich wyświetleń, to budujemy pewien prestiż, markę kanału. Budujemy wizerunek, że jesteśmy medium, które wszędzie jest, albo wszędzie chce być, albo które nie jest takie przewidywalne do końca – wyliczył.

Podkreślił, że daje dość dużo czasu każdemu programowi na zdobycie widowni. – Wydaje mi się, że mamy dużo programów, gdzie wyniki są takie sobie, ale uważamy, że te programy mają pewną misyjność, albo że dopełniają naszego takiego portfolio – stwierdził.
– Uważam, że dobry projekt medialny musi mieć także rzeczy, które ma dla zasady, dlatego że nie idzie tylko po kliki, tylko zawsze może powiedzieć: "No zobaczcie, mamy także to. To, że wy tego nie oglądacie, to jest wasza sprawa. My to dajemy, my to produkujemy, my wydajemy na to pieniądze. Ale nie mówcie nam, że funkcjonujemy tylko po to, żeby zdobywać wyświetlenia, bo tak nie jest, bo robimy te rzeczy po to, żeby ludzie mogli się czegoś dowiedzieć" – dodał.
Wyjaśnił też, dlaczego Kanał Zero ma program poranny mimo silnej konkurencji telewizyjnej. – Jest stała widownia, jest to kontent łatwy do pocięcia na różnego rodzaju rolki, bo jest mnogość tematyki wszelakiej. Masz łatwość lokowania produktów w porankach, różnorakich znowu. Masz to, co jest przez wielu sponsorów dobrze widziane, czyli taki trochę lifestyle, a nie jakaś hardkorowa tematyka. I ten lifestyle jesteś w stanie zapewnić tym sponsorom w trybie przewidywalnym, to znaczy codziennie dostaną wyświetlenia – wymienił szef kanału.

– Teraz poza tym jesteśmy telewizją jako taką już prawdziwą, więc niekoniecznie musimy rywalizować YouTube vs. telewizja, bo to działa razem – zaznaczył.
Kanał Zero nie tworzy natomiast wielu programów rozrywkowych, przypominających reality show. – Nie zaczepiliśmy się dobrze póki co o algorytm rozrywkowy. I jak ludzie szukają tego typu treści, to u nas akurat one tak sobie żrą, ale szukamy pomysłu na to. Bo cały czas mamy lepsze, gorsze – wyjaśnił Stanowski.
Stwierdził, że program "Zero Presji" wypadł z ramówki przede wszystkim dlatego, że tworzący go stand-uperzy mają napięte grafiki.
Prokop, Wojewódzki i Szpakowski nie u Stanowskiego
Według Żurnalisty propozycję współpracy z Kanałem Zero odrzucił Marcin Prokop. – Żeby było jasność: Marcin Prokop jest super zdolny i bardzo chciałbym go w Kanale Zero. Tylko po prostu mnie zaskoczyłeś, bo wydawało mi się, że on był za wysoko, żebyśmy się odważyli taką ofertę mu złożyć. Ale może – skomentował to Krzysztof Stanowski

Przyznał natomiast, że cztery lata temu, gdy współtworzył jeszcze Kanał Sportowy, rozmawiano o współpracy z Kubą Wojewódzkim, po tym jak Wojewódzki i Piotr Kędzierski przestali realizować swój podcast w newonce. – Nawet te rozmowy były obiecujące, ale nie wiem, czy to nie była kokieteria ze strony Kuby, a tak naprawdę wiedział, że to będzie Onet – opisał Stanowski (niedawno ogłoszono koniec podcastu Wojewódzkiego i Kędzierskiego w Onecie).
Najbliżej współpracy z Kanałem Sportowym był Dariusz Szpakowski, po tym jak parę lat temu przeszedł na emeryturę i nie był już zatrudniony na etacie w Telewizji Polskiej. – Z Dariuszem Szpakowskim już mieliśmy nagrane odcinki. I chyba on był przekonany, że zrobi u nas program, jednocześnie wyda z nami książkę. I był przekonany, że to nie będzie mu kolidowało z Telewizją Polską, gdzie on przeszedł na inne zasady rozliczania – zrelacjonował Krzysztof Stanowski.

– Ale się okazało, że na tę współpracę nie wszyscy tak patrzą życzliwie. I on chyba uznał, że chciałby jeszcze ileś tam meczów skomentować w życiu i się wycofał z tej współpracy – dodał.
Umowy reklamowe Kanału Zero nawet na blisko 10 mln zł
Krzysztof Stanowski stwierdził, że najwyższe kontrakty reklamowe Kanału Zero opiewają na "wysokie miliony złotych". – Nie podpisaliśmy jeszcze jednorazowego kontraktu, który wszedłby w dziesięć w górę – zaznaczył.
Kanał Zero odrzucił natomiast umowę na 10 mln zł, której wartość w negocjacjach można by podbić do 12 mln. – Tylko to był konkurent firmy, która z nami pracowała od dwóch, trzech lat. Znamy właściciela i wiemy, że jak my będziemy w kłopocie, to ten sponsor nas nie porzuci, a ten drugi przychodzi tylko po to, żeby tamtego zrzucić sanek, zająć miejsce i gdzieś tam trochę bardziej ten rynek sobie zawłaszczyć. Ta kilkumilionowa przebitka została odrzucona – opisał Stanowski.

Jego zdaniem dla reklamodawców Kanał Zero jest lepszy od stacji telewizyjnych. – Mamy dotarcie na najwyższym poziomie do grupy docelowej, do ludzi z pieniędzmi, do świadomych konsumentów – wyliczył. – W każdym razie nasze zasięgi pozwalają nam sprzedawać reklamy w stawkach telewizyjnych, a nie internetowych – podkreślił.
Według Stanowskiego sukces Kanału Zero jest oparty na bliskiej relacji z widzami. – Wokół nas jest masa zaangażowanej społeczności, której moim zdaniem nie ma wokół tradycyjnych mediów. To jest nasza przewaga. Tylko musimy teraz z tej przewagi zrobić coś jeszcze większego – stwierdził.
Przyznał, że trudno mu wskazać górną granicę rozwoju kanału. – Zawsze myślałem, że sufit zaraz nadejdzie, i potem się okazywało, że akurat w tym miejscu go nie ma. Dużo jeszcze pracy przed nami. Nie jestem do końca zadowolony z tego, jakie materiały robimy, jak często je robimy, jak to wszystko wygląda. Jest masa rzeczy do poprawy – przyznał.

– Udało się zrobić fajne rzeczy, ale my nawet nie otarliśmy się o zwycięstwo w tym wyścigu. My jesteśmy dobrze postrzeganym debiutantem. I wszyscy mówią, że myśleliśmy, że będzie trudniej, ale do rekordu daleko – podkreślił Krzysztof Stanowski.













