O śmierci dziennikarki poinformował w portalu społecznościowym jej syn, Alexander.
"Z przykrością informuję, że dzisiaj, zmarła moja Mama. Renate Marsch-Potocka, wybitny Korespondent DPA i Bardzo Dobry Człowiek" – napisał Alexander Potocki i dodał: "do końca swoich dni w swoim łóżku z kotkiem i palącym się kominkiem w naszym rodzinnym domu w Gałkowie".
Renate Marsch-Potocka urodziła się 21 czerwca 1935 r. w Beeskow. Jej ojca, leśniczego zastrzelili żołnierze Armii Czerwonej w kwietniu 1945 r. W 1952 jej rodzina przeniosła się z NRD do Berlina Zachodniego. Tam zdała maturę i studiowała prawo na Wolnym Uniwersytecie Berlina. Po studiach wyjechała do Paryża.
"W Niemczech nie czułam się najlepiej – wszędzie pełno było nazistów, nie rozmawiano o przeszłości. Bez grosza przy duszy pojechałam autostopem do Paryża. Chciałam przeżyć przygodę. Żyłam zgodnie z maksymą – pracuj tylko tyle, żeby ci starczyło na życie. Spędzałam większość czasu na rozmyślaniu, przesiadując w paryskich kawiarniach. To były czasy (Jeana Paula) Sartre'a i Simone de Beauvoir. Ludzie mojego pokroju byli prekursorami ruchu hipisów" – wspominała w wywiadzie dla PAP w 2014 roku.

Gdy przyszłej dziennikarce zabrakło pieniędzy na życie wróciła do Niemiec i zatrudniła się w agencji prasowej DPA.
"Polacy nie pozwalali mi się nudzić"
Agencja w maju 1965 roku wysłała ją do Polski, gdzie odbywały się Międzynarodowe Targi Książki. "Od razu wybuchała jakaś afera ze skonfiskowanymi książkami Dedeciusa (tłumacz literatury polskiej na niemiecki – PAP). Polacy nie pozwalali mi się nudzić. Wkrótce rozpoczęły się uroczystości tysiąclecia chrztu Polski – kazania kardynała Wyszyńskiego, aresztowanie obrazu Matki Boskiej, partyjne wiece. Wpadłam w wir pracy" – opowiadała w wywiadzie dla PAP.
Renate Marsch-Potocka w swoim biurze na Saskiej Kępie urządziła rodzaj salonu, w którym spotykali się przedstawiciele opozycji i władz PRL. Deklarowała, że była zaprzyjaźniona z Władysławem Bartoszewskim, Jerzym Turowiczem, środowiskiem KIK-u. Znała też Janusza Onyszkiewicza, Jacka Kuronia, Tadeusza Mazowieckiego.

Mówiła, że nauczyła się polskiego, bo jej tłumacze mieli kłopoty ze strony SB. "Poleciłam nauczycielce, żeby nie zawracała sobie głowy gramatyką. +Chcę tylko rozumieć kardynała Wyszyńskiego i móc czytać +Trybunę Ludu+" - powiedziałam. Skutki tej metody odczuwam do dziś - do końca życia będę na bakier z polską gramatyką" - mówiła PAP.
Marsch-Potocka zasłynęła szerzej zadawaniem rzecznikowi komunistycznego rządu Jerzemu Urbanowi trudnych pytań na cotygodniowych konferencjach prasowych.
"Nie chciałam prowokować Urbana"
"Nie chciałam prowokować Urbana, to byłoby nieprofesjonalne. Chciałam się po prostu jak najwięcej dowiedzieć. Urban czasami okłamywał nas, nawet się zastanawialiśmy, czy nie bojkotować jego konferencji, ale w końcu zwyciężył realizm. Był interesującym źródłem. Zadaniem dziennikarzy jest zdobywanie informacji, a nie wygłaszanie komentarzy" - wspominała po latach.

Renate Marsch - Potocka nie kryła, że wynik wyborów w 1989 roku ją zaskoczył, bo nie przewidziała aż takiego zwycięstwa opozycji.
W 1995 roku odeszła na wcześniejszą emeryturę i zamieszkała na Mazurach - najpierw w Kosewie, potem w Gałkowie. "Dla dziennikarza Polska stała się nudna, stała się normalnym krajem. Walka o wolność skończyła się, zaczęła się proza życia, problemy gospodarcze" – oceniała.
Na Mazurach zaangażowała się m.in. w upamiętnianie współzałożycielki gazety "Die Zeit" hrabiny Marion Dönhoff. W Gałkowie urządziła salon jej poświęcony, angażowała się w działalność mikołajskiego liceum imienia hrabiny. Marsch - Potocką zachwycały mazurskie lasy, przestrzeń, krajobraz.
Dziennikarka w 1989 dostała niemiecką nagrodę dziennikarską im. Theodora Wolffa za artykuł dotyczący utworzenia pierwszego niekomunistycznego rządu w Polsce oraz jego twórcy Tadeusza Mazowieckiego.

W 2013 r. prezydent Bronisław Komorowski nadał jej Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.
W 2019 r. otrzymała Nagrodę im. Biskupa Ignacego Krasickiego za całokształt pracy dziennikarskiej.
Źródło: PAP












