SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Kultowe audycje radiowe z lat 90., które do dziś wspominają słuchacze

Zetka jako pierwsza postawiła na codzienną listę przebojów, ale to w RMF-ie wymyślili, by głosować na "hop" i na "bęc". Janusz Weiss dzwonił w "bardzo nietypowej sprawie", czym bawił nie tylko słuchaczy, ale i urzędników. Z kolei DeDektyw Inwektyw z Radia Wawa zmieniał głos i używał dziwacznych pseudonimów, a jego audycje wydano nawet na płytach. Nocą słuchacze "JW23" nie mogli zasnąć, bo prowadzący wymyślali takie rzeczy na antenie, że trudno było się oderwać od radia.

W latach 90., gdy w Polsce dopiero powstawały prywatne rozgłośnie, dużo się słuchało radia. Nie było alternatywy. Nadawało jedynie kilka kanałów telewizyjnych, nie było telefonów komórkowych, a internet dopiero raczkował. Nie bardzo też było co robić na mieście. Dlatego wiele osób spędzało czas przy radiu, a stacje biły się o słuchaczy. Ramówki były gęsto zapełnione różnymi propozycjami programowymi, audycje trwały krócej, było ich za to więcej niż dziś. I zdecydowanie stacje radiowe nie przypominały szaf grających, jakimi dziś są prywatne rozgłośnie.

Oto pięć kultowych audycji z lat 90., które przyciągały do radia słuchaczy, a stacjom komercyjnym zapewniały ogromną popularność.

Komputerowa Lista Przebojów

"Zero - siedem zero zero - siedem trzy - trzy zera. Komputerowa Lista Przebojów" - ten dżingiel w drugiej połowie lat 90. nuciło sobie mnóstwo osób słuchających Radia Zet. Na antenie śpiewali go m.in. Edyta Górniak i Mietek Szcześniak, którzy na początku 1999 r. nagrali wielki przebój "Dumka na dwa serca" promujący film Jerzego Hoffmana "Ogniem i mieczem". Piosenka stała się zresztą jednym z hitów "Komputerowej Listy Przebojów".

Program zadebiutował na antenie Zetki w 1995 r. Jej pierwszym prowadzącym był Rafał Biskup, ale dość szybko zastąpił go w tej roli Mariusz Rokos. I to on stał się "głosem" listy. Do dziś słuchacze wspominają jego unikatowy styl prowadzenia, z odpowiednią dynamiką w głosie, dostosowaną do tempa prezentowanych na antenie piosenek. - Miałem poczucie, że to jest coś skrojonego na moją miarę i moje oczekiwania wtedy i stąd się brało moje tak nieprawdopodobne emocjonalne zaangażowanie w rywalizację między piosenkami - wspominał kilka lat temu w nagraniu dla Radia Zet Mariusz Rokos. - Gdy widać było, że jest coraz więcej głosów, a słuchacze coraz bardziej się angażują, to i ja się coraz mocniej angażowałem emocjonalnie i z każdym notowaniem temperatura rosła jeszcze bardziej.

Założenie programu było proste: słuchacze głosują telefonicznie (0 700 73 000 - to był ten śpiewany w dżinglach numer) w trakcie trwania piosenki, która im się podoba. Gdy utwór się kończył, prowadzący mówił na antenie, ile zebrał głosów. Pod koniec notowania było wiadomo, w jakiej kolejności będzie można usłyszeć piosenki następnego dnia. Ta, która miała najwięcej głosów, stawała się numerem jeden i była prezentowana na finał listy.

"Komputerowa" była pierwszą, codzienną listą przebojów w Radiu Zet i w polskiej radiofonii. Prezentowano w niej najpopularniejsze aktualnie piosenki. Program początkowo trwał tylko godzinę, później wydłużono go o kolejną godzinę, aż docelowo zaczynał się o godz. 17:45, a kończył o godz. 20. W audycji często pojawiali się polscy wykonawcy, którzy razem z Mariuszem Rokosem prowadzili listę. Słuchacze mogli dzwonić do studia, zadawać pytania artystom, a w zamian wygrać płytę.

"Komputerową Listę Przebojów" odwiedzili m.in. Kasia, Kowalska, Kora, Maryla Rodowicz, Artur Gadowski czy Kasia Stankiewicz. Jak przyznał po latach Mariusz Rokos, ówczesna wokalistka zespołu Varius Manx bała się przyjść do "Komputerowej Listy Przebojów". - Dla mnie priorytetem było to, żeby rywalizacja wykonawców i piosenek utrzymywała się cały czas na takim samym poziomie, który byłby interesujący dla odbiorców, więc tak fokusowałem gości, żeby pełnili ściśle określoną rolę, nawet jeśli nie do końca byli do tego przekonani - mówi w nagraniu archiwalnym Radia Zet Mariusz Rokos. - Skutek był niestety taki - i tu muszę przeprosić Kasię Stankiewicz - że tak ją przycisnąłem, że bała się pojawić w "Komputerowej", bo jej powiedziałem, że to jest tak mega ważny projekt, kluczowy dla całego świata, że ona nie może zawalić. Nie do końca rozumiała swoją rolę w tamtym projekcie, ale musiała się dostosować i jakoś się udało.

W 1997 r. wydano składankę CD z największymi przebojami programu. "Komputerowa Lista Przebojów" przetrwała na antenie Zetki pięć lat. Jej ostatnie wydanie nadano w czerwcu 2000 r. Po wakacjach Radio Zet uruchomiło nową listę przebojów ("Czysta Lista") z innym prowadzącym (niedawno zmarły Krzysztof Żurek), ale nie cieszyła się już taką popularnością. Mariusz Rokos wspominał, że gdy w latach 90. Zetka w ramach żartu zapowiedziała, że z anteny znikają wszyscy prezenterzy, a audycje będą prowadzić jedynie politycy, do stacji wydzwaniali wściekli słuchacze. Chcieli, żeby Rokos wrócił na antenę. - Dajcie mu wszystkie pieniądze, jakie macie, byle został i prowadził "Komputerową" - mieli mówić.

Lista Hop-Bęc

Wystartowała 16 czerwca 1997 r. na antenie RMF FM. - To była nasza odpowiedź na "Komputerową Listę Przebojów". Prezes Tyczyński zdecydował, że musimy w tym paśmie konkurować - przyznał niedawno w rozmowie z nami Marcin Jędrych, prowadzący "Listę Hop-Bęc". Doszło do tego, że dwie największe komercyjne rozgłośnie ogólnopolskie w tym samym czasie nadawały listę przebojów.

Prace nad programem zaczęły się na początku 1997 r. Stanisław Tyczyński, ówczesny prezes RMF FM, chciał, by nowa lista przebojów wprowadziła sporo zamieszania w eterze. No i tak się stało. Rewolucyjnym pomysłem okazał się sposób głosowania. Można było popierać piosenki, głosując na "hop", albo próbować je wyrzucić z notowania, wybierając "bęc". Dla każdej z tych możliwości zarezerwowany był inny numer telefonu, a poparcie bądź dezaprobatę dla konkretnego utworu można było wyrazić jedynie w czasie, gdy piosenka była prezentowana na antenie. Dzięki temu "Lista Hop-Bęc" wzbudzała ogromne emocje wśród słuchaczy. Wielokrotnie zdarzało się tak, że piosenka z miejsca pierwszego od razu z niej znikała, a utwór z propozycji momentalnie debiutował w notowaniu na najwyższej pozycji.

- Wtedy ta formuła głosowania zbudowała popularność programu. Taka jest ludzka przekora i natura Polaków, że nie tylko chcemy kogoś wesprzeć albo lubimy też komuś dokopać. Były takie zespoły, które miały swoich wiernych fanów i zdecydowanych przeciwników. Tak było choćby z Backstreet Boys. Ich hity najczęściej lądowały jako nowość na miejscu pierwszym i potrafiły następnego dnia już nie pojawić się w zestawieniu. Jedni kochali Backstreet Boys, a inni tylko N Sync. I trwała walka na głosy między fanami obu boysbandów - przypominał w rozmowie z nami Marcin Jędrych.

Program wylansował sporo piosenek. "I'll Be Missing You" Puffa Daddy'ego i Faith Evans stał się największym przebojem "Listy Hop-Bęc". Piosenka od razu zadebiutowała na miejscu pierwszym i była najdłużej obecnym na liście utworem. Spadła po 161 wydaniach, zresztą z miejsca pierwszego. Była tam od czerwca 1997 r. do lutego 1998 r. Zaliczyła aż trzy pory roku.

Jak mówił nam Marcin Jędrych, stacja bardzo szybko zaczęła zyskiwać słuchaczy: - Na początku było skromnie, bo przychodziło po kilkanaście głosów na jeden utwór. Natomiast w czasach świetności "Listy Hop-Bęc" liczyło się je w tysiącach. A pamiętajmy, że wtedy nie każdy miał telefon i mógł oddać głos. Dopiero po kilku miesiącach od premiery wyniki słuchalności w czasie listy były świetne. Rok 1998 i 1999 to był szczyt popularności "Hop-Bęca". Dla sporej części naszych słuchaczy czas między godz. 18 a 20 był najważniejszym w ciągu dnia. Lista była popularniejsza niż poranna audycja, co było ewenementem i sytuacją niezgodną z zasadami radiowymi.

W czasie listy organizowane były konkursy, codziennie można było wygrać nagrody. Co jakiś czas Marcin Jędrych w audycji rozmawiał z artystami, których piosenki trafiały na "Hop-Bęca". Studio RMF FM w tamtych czasach odwiedzili m.in. Scooter, Reamonn, R’N’G, DJ BoBo oraz Enrique Iglesias. Ta ostatnia wizyta spowodowała ogromne zamieszanie pod Kopcem Kościuszki, gdzie znajduje się siedziba rozgłośni.

- Przyjazd do radia światowej gwiazdy popu gromadził dzikie tłumy pod radiem. Pod Kopcem Kościuszki ustawiono tzw. płotki papieskie, bo zakochane w Enrique dziewczyny pojawiły się tam już w południe, choć on miał do nas przyjechać dopiero w trakcie programu. Gdy podjechał pod radio, fanki mało nie oszalały z wrażenia, mimo że widziały go przez szybę auta. Tak to wtedy działało. Duża w tym zasługa wytwórni muzycznej, którą udało nam się przekonać, żeby sprowadzić artystę do Krakowa, a nie zrobić spotkanie w Warszawie. W tamtych czasach takie rzeczy nie działy się w innych stacjach radiowych - mówił Marcin Jędrych. Wspomniał, że potrzebny był konwój policyjny, by Iglesias mógł wyjechać spod radia. - O mały włos, a by się spóźnił na samolot. Spędził u nas dużo czasu i chyba nie przypuszczał, że ma tu tyle fanek. Jeden z moich dobrych przyjaciół w policji załatwił artyście asystę i na sygnale odwieziono Iglesiasa na lotnisko.

Duży sukces "Listy Hop-Bęc" to nazwisko prowadzącego. Większość dżingli promujących program nawiązywała do Marcina Jędrycha. "335 słów na minutę, czasem więcej" - tak mówił lektor w jednej z zajawek "Listy Hop-Bęc". Z tego też powodu Jędrycha zaproszono do programu "Na każdy temat" Mariusza Szczygła w Telewizji Polsat. - Zrobiono z tego wydarzenie, jakbym miał co najmniej dwie głowy i cztery ręce, tylko dlatego, że jest facet, który w radiu mówi dużo i szybko. A to, że mówiłem szybko na antenie, wynikało z tego, że program trwał dość krótko, między piosenkami trzeba było je zapowiedzieć, rozwiązać konkurs, coś ogłosić czy wspomnieć o artystach. Czasem mówiłem też wolno, gdy była taka potrzeba. Ale faktycznie ten sposób mówienia stał się moim znakiem rozpoznawczym w tamtym czasie - wspomina Marcin Jędrych.

Wraz z pojawieniem się na antenie "Listy Hop-Bęc" raz na kwartał do sklepów muzycznych trafiały składanki z największymi przebojami z audycji sygnowane nazwą programu. W sumie ukazało się 21 płyt "Listy Hop-Bęc".

Jesienią 2001 r., gdy RMF FM zdecydowało się, by adresować program do starszych słuchaczy, "Listę Hop-Bęc" przeniesiono na weekend. W tygodniu zastąpiła ją "Poplista", w której było mniej tanecznych utworów i dominowały piosenki z codziennej playlisty. - "Lista Hop-Bęc" kojarzyła się z nastolatkami i rozrywkowo-zabawowym klimatem. "Poplista" miała trafiać do ludzi bardziej ustatkowanych, 30-latków. Taką wtedy prezes Tyczyński wyznaczył grupę słuchaczy, do której RMF miało trafiać - wyjaśniał nam Marcin Jędrych.

Po tej zmianie program dość szybko zniknął z anteny. 10 lutego 2002 r. nadano 1096. ostatnie, notowanie "Listy Hop-Bęc" w RMF FM. Po kilku latach listę reaktywowano w siostrzanej stacji RMF MAXXX, gdzie jest nadawana do dziś (pojawia się raz w tygodniu).

- Mamy zupełnie inne czasy i inną rzeczywistość. Gdyby obecnych nastolatków przenieść do tamtych czasów z pewnością ten klimat audycji, by im nie odpowiadał. Ćwierć wieku to przepaść emocjonalna, muzyczna, radiowa. Wyprała się już formuła codziennego kontaktu z przebojami. Nikt dziś nie będzie się emocjonował tym, że piosenka spadła z miejsca piątego na dziesiąte. To już nikogo nie kręci, to już nie ten poziom zabawy - przyznaje Marcin Jędrych.

Dzwonię do Pani, Pana w bardzo nietypowej sprawie

Audycja Janusza Weissa, którą nadawano w Radiu Zet niemal od początku istnienia stacji. Wystartowała jesienią 1990 r. I od pierwszego programu można było usłyszeć tytułowe słowa, które prowadzący wypowiadał, łącząc się telefonicznie ze swoimi rozmówcami. Pomysłodawcą audycji był Andrzej Woyciechowski, założyciel Radia Zet, który zainspirował się podobnym formatem realizowanym przez francuskie rozgłośnie radiowe.

Przez pierwszych kilka lat Janusz Weiss głównie robił sobie żarty. Dzwonił pod losowo wybrane numery telefonu i "wkręcał" swoich rozmówców. Za każdym razem miał do załatwienia "nietypową sprawę". Z czasem jego charakterystyczny, niski głos stawał się coraz bardziej rozpoznawalny, szczególnie w Warszawie, gdzie wówczas nadawało Radio Zet. Dzwonił też do instytucji, podając się za różne osoby, czasem wymyślając miejsca, z których telefonuje. Jedną z pierwszych "bardzo nietypowych" spraw była płeć orła w godle - tematem na poważnie zajęli się heraldycy, ornitolodzy i urzędnicy.

W początkowych latach chodziło głównie o to, by rozśmieszyć ludzi po drugiej stronie radioodbiornika. Z czasem, gdy słuchacze przekonali się, że Janusz Weiss lubi rozmawiać przez telefon i zawsze coś załatwi, sami zaczęli zgłaszać sprawy. Dotyczyły podatków, prawa czy złego funkcjonowania urzędów. Audycja zyskała wówczas charakter interwencyjny. Dziennikarz zajmował się wtedy przede wszystkim poważnymi sprawami, wśród najgłośniejszych były m.in. walka z warszawską mafią taksówkarską czy nieżyciowy przepis prawny, który traktuje kradzież mienia do wartości 500 złotych tylko jako wykroczenie. Po wielu latach program Janusza Weissa stał się symbolem wykpiwania absurdów nieżyciowych przepisów i obnażania bezmyślności urzędniczej.

"Dzwonię do Pani, Pana w bardzo nietypowej sprawie" najczęściej emitowano we wczesnych godzinach popołudniowych. Program trwał ok. 20 minut. W tym czasie Janusz Weiss załatwiał kilka spraw, a czasem jeden temat wymagał kilku odcinków, by wyjaśnić go do końca. Audycja zniknęła z ramówki Radia Zet w czerwcu 2011 r. Przez 21 lat Janusz Weiss odbył dziesiątki tysięcy rozmów telefonicznych.

DeDektyw Inwektyw

Audycja satyryczna nadawana w Radiu Wawa przez 25 lat. Prowadzący zmieniał głos, używał dziwacznych pseudonimów, często też wykorzystywał wieloznaczność popularnych słów i dzwonił do różnych osób. Rozbawiał nie tylko tych po drugiej stronie słuchawki, ale i po drugiej stronie radia. Choć na antenie zawsze podkreślano, że to audycja śledczo-detektywistyczna.

Tytułowym DeDektywem Inwektywem był Tomasz Łysiak - satyryk, pisarz, scenarzysta i aktor. Można też dodać, że radiowiec, bo gdy audycja wystartowała latem 1996 r., był już znany słuchaczom. Do Radia Wawa, które na początku lat 90. grało klasycznego rocka, dołączył w 1993 r. Początkowo pracował jako prezenter i felietonista. Najpierw audycja "DeDektyw Inwektyw" pojawiała się na antenie Radia Wawa dwa razy w tygodniu, później zagościła codziennie w porannym paśmie.

Audycja była nadawana na antenie Radia Wawa do maja 2021 r., gdy stacja zmieniła nazwę na SuperNova. Przy tej okazji Tomasz Łysiak przypomniał, że na pomysł "DeDektywa Inwektywa" wpadł po rozmowach z Ryszardem Wojciulem, ówczesnym dyrektorem programowym Radia Wawa. "Po felietonach 'Jaka głowa taka mowa' przyszła pora na żarty telefoniczne. W ciągu 25 lat wykonałem wiele tysięcy telefonów. Dodzwoniłem się do wielu nieprawdopodobnych miejsc, choćby do premiera Kamerunu czy do selekcjonera reprezentacji Czech w piłce nożnej, z którym rozmawiałem jako Leo Beenhakker" - wspominał we wpisie na Facebooku.

"Przeżyłem jako DeDektyw niezwykłe przygody - wykonywałem badanie USG przez telefon, prosiłem, by pani w sklepie do zlewu wylewała Colę, gdyż pod nią pracują spragnieni pracownicy metra drążący tunel, a jako astronauta ze stacji kosmicznej załatwiłem, by szybko wyniesiono materac na trawnik, bo niechcący wypadł mi bidon z ręki i spada płonąc przez atmosferę. Byłem czarnoskórym przybyszem z Afryki, babcią, starcem, Kmicicem, Niemcem, idiotą, kobietą która panikuje, bo ma dioptrię w oku, lekarzem, kierowcą, lordem Vaderem, aniołem, księdzem, pacjentem, uczniem, profesorem (to oko puszczone do Grzesia Bendy - kto wie dlaczego?), pijakiem, kryminalistą, żołnierzem, Szopenem, Mickiewiczem, Yodą, Wałęsą, śpiewakiem, rybakiem, rybą, kurczaczkiem, knechtem krzyżackim a także E.T. Ten ostatni dzwonił i prosił, że chce 'go home'... Dzisiaj ten telefon notabene byłby niezrozumiały, jak wiele innych, bo minęło ćwierć wieku: zmienił się w tym czasie świat. Ale dla mnie to była cudowna przygoda, w której przeżyłem tyle wspaniałych chwil" - podsumował 25 lat na antenie autor "DeDektywa Inwektywa.

Audycja była tak popularna, że w 2011 r. ukazał się album "15 lat Dedektywa Inwektywa". Na trzypłytowym wydawnictwie znalazło się 50 rozmów Tomasza Łysiaka, które cieszyły się popularnością wśród słuchaczy Radia Wawa.

JW23

Dla wielu dzisiejszych czterdziestolatków to kultowy program, którego archiwalne nagrania do dziś krążą po sieci, a wiele osób przyznaje w mediach społecznościowych, że ma na kasetach nagrane kolejne odcinki audycji. To, co działo się w niedzielne wieczory na antenie RMF FM, nie łatwo jest opisać. Najkrócej: "absolutne wariactwo". Autorzy mieli nawet na to swoje określenie: "jechanka".

Oficjalnie program pod kryptonimem "JW23" wystartował 5 grudnia 1994 r. Głównymi postaciami było dwóch Marcinów: Jędrych i Wrona. Ten pierwszy do dziś jest prezenterem żółto-niebieskiej stacji, drugi od 25 lat jest dziennikarzem TVN i korespondentem stacji w Waszyngtonie. To Edward Miszczak, ówczesny dyrektor programowy RMF FM, zdecydował, że to, co obaj robili wcześniej nieregularnie na antenie w nocy z niedzieli na poniedziałek, powinno mieć swoje stałe miejsce w ramówce. Przez ponad rok panowie co tydzień prowadzili "JW23" w tym samym nocnym paśmie. Gdy okazało się, że słuchacze uwielbiają ich słuchać i specjalnie dla nich "zarywają nocki", Miszczak przeniósł ich na niedzielne wieczory (od stycznia 1996 r. w godz. 20-0).

Już wcześniej dwóch Marcinów postanowiło wykorzystać nocny czas w radiu na realizowanie najbardziej zwariowanych pomysłów na antenie. Audycja była oparta w dużej mierze na absurdalnym humorze prowadzących, ale także kontakcie ze słuchaczami, którzy dzwonili do radia i pisali listy oraz przesyłali różne przedmioty. Z czasem "JW23" doczekało się stałych elementów programu, m.in. Czułe Ucho, Amfiteatr Montera, Konkurs Językowy, Konkurs Tele-8, Kącik Poetycki Onej. W trakcie programu bardzo często pojawiały się przerywniki, które były krótkimi fragmentami z kultowych filmów z okresu PRL, jak "Seksmisja", "Rejs" czy "Kingsajz".

W "JW23" pojawiała się także bardzo różnorodna muzyka, często z najdziwniejszych zakątków świata. Jednak każdą audycję otwierała piosenka Erica Claptona "I Wanna Make Love To You", od 1997 r. jako drugi utwór prezentowano The Offspring z "All I Want". Na koniec sięgano za to po piosenkę czeskiego zespołu Buty "Leti Vrana", a tuż przed pożegnaniem wypuszczano cytat z filmu "Psy": "no, kończcie flaszkę i do domu".

Oprócz Marcina Jędrycha i Marcina Wrony audycję tworzyli też producent występujący na antenie jako Amfi (Tomasz Sarba), realizator i producent w studiu nagraniowym RMF FM - Monter (Wawrzyniec Sierosławski) oraz ekspert od internetu Grzegorz WWWójcik. W programie pojawiała się także tajemnicza Ona, która czytała na antenie poezję oraz listy od słuchaczy (była to Katarzyna Tuleja, pracująca w dziale muzycznym stacji, od roku żona Piotra Metza, wówczas szefa muzycznego RMF FM).

Gdy we wrześniu 1997 r. Marcin Wrona odszedł z rozgłośni do TVN, do ekipy "JW23" dołączył Witold Odrobina (zmarł w zeszłym roku). - Przywitałem go w pierwszej audycji hasłem z filmu "Rejs": "Przedstawiam państwu naszego nowego kolegę, który razem z nami będzie płynął" - wspominał na naszych łamach Marcin Jędrych. Dodał, że decyzję o tym, by to popularny "Wito" dołączył do grona prowadzących "JW23" podjął ówczesny prezes RMF FM Stanisław Tyczyński. - Uznał, że Witek z takim temperamentem, stylem, klasą, inteligencją i oryginalnym głosem nadaje się do tego programu idealnie. Bardzo szybko złapaliśmy ze sobą świetny kontakt, co było słychać na antenie, mimo że wcześniej nie prowadziliśmy wspólnie programu. Okazało się, że "JW23" z Witkiem było tak samo dobre, jak audycje z Marcinem Wroną. Każdy miał swój odrębny styl i obaj bardzo dużo do tego programu wnieśli. I na tym polega sukces "JW23". Audycja miała dwa odcienie, ale nadal ten sam klimat, który cenili słuchacze - opowiadał Marcin Jędrych.

Przyznaje, że dla niego "robienie programu 'JW23' było najwspanialszym czasem pracy z Witkiem". - Niedawno ktoś na Facebooku chwalił się, że otwiera konserwę sprzed lat. Pragnę przypomnieć, że w 1998 r. z Witkiem otworzyliśmy w programie na żywo 18-letnią puszkę z potrawką z kurczaka, którą przesłał nam słuchacz. My tego nie pokazywaliśmy, bo nie było gdzie, ale opowiadaliśmy w radiu o tym, co dzieje się w studiu. Takich akcji z Witkiem mieliśmy w programie znacznie więcej - wspominał Marcin Jędrych.

Program był na tyle popularny, że ukazała się nawet kaseta z piosenkami śpiewanymi przez ekipę "JW23". Latem 1998 r. audycję skrócono do trzech godzin, a ostatnie wydanie "JW23" nadano 3 stycznia 1999 r.

Dołącz do dyskusji: Kultowe audycje radiowe z lat 90., które do dziś wspominają słuchacze

60 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
K2101
A teraz? Optymalizacja kosztów, szafy grające
odpowiedź
User
Strumień Zdumień
"DeDektyw Inwektyw" - nie rozumiem z czego było się tam śmiać. Żałosne poczucie humoru na poziomie szopa pracza. Audycja dla idiotów. Leciało to w busie, którym wtedy dojeżdżałem do pracy. DRAMAT !
odpowiedź
User
.
Aktualnie na FMie mizeria ale w necie są ciekawe radia i audycje.
odpowiedź