SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Porzucił "Gazetę Wyborczą" dla szkoły. Orliński: nie ma działu HR, wszystkie interakcje są z ludźmi

Wojciech Orliński ponad rok temu zrezygnował z pracy w mediach i poświęcił się nauczaniu chemii w szkole. Jak ocenia zmianę? - Życie w korporacji to mnóstwo mikrowojenek. W szkole jest płaska hierarchia. Nie ma kto z kim wojować - zaznacza.

Wojciech Orliński (screen: YouTube/Dom Literatury)Article

Niemal ćwierć wieku spędził w „Gazecie Wyborczej”. Był tam etatowym dziennikarzem, pisał felietony. Przez ostatnie dziewięć lat - od jego założenia - był też przewodniczącym związku zawodowego NSZZ „Solidarność” działającego w Agorze.

I to działalność związkowa przyczyniła się do odejścia Wojciecha Orlińskiego z „Wyborczej”. W październiku 2020 roku Agora zwróciła się do „Solidarności” z wnioskiem o wyrażenie zgody na rozwiązanie umowy z jej szefem. Powodem miały być m.in. „obraźliwe i wykluczające komentarze” pod adresem dyrektor ds. pracowniczych Ewy Zając, a także „straszenie pracowników rzekomymi zwolnieniami grupowymi”.

W obronie Orlińskiego stanęli inni związkowcy, dziennikarze i ludzie kultury. List protestacyjny podpisało blisko sto osób, w tym Agnieszka Holland, Zbigniew Bujak, Piotr Ikonowicz, Adrian Zandberg, Artur Domosławski, Magdalena Kicińska, Mariusz Szczygieł czy Cezary Łazarewicz. Agora odpuściła i zawarła ze związkowcami porozumienie, w którym obie strony podkreśliły chęć współpracy.

Ale kilka miesięcy później Orliński odszedł z „Wyborczej”. „Na moją decyzję jakiś wpływ oczywiście miała tamta nieudana próba zwolnienia mnie, ale to był tylko katalizator” - zaznaczył na swoim blogu. - W mediach sytuacja źle wygląda, gdybym widział jakąś nadzieję, jakieś światełko w tunelu, to może bym czekał, aż nadejdzie jakaś dobra wiadomość, ale przecież nie nadejdzie. Od dawna jako publicysta wyrażam swój pesymizm i jest on szczery. Będziemy szli coraz bardziej w kierunku węgierskim, a ja nie chcę być prorządowy - mówił wtedy w rozmowie z Wirtualnemedia.pl.

Choć nie zerwał całkowicie z branżą (w dalszym ciągu pisze felietony do „Dużego Formatu”, reporterskiego dodatku „Wyborczej”), postanowił zostać etatowym nauczycielem chemii. Ukończył wszak chemię na Uniwersytecie Warszawskim, od ponad 30 lat ma uprawnienia pedagogiczne. Do szkoły wrócił już jesienią 2020 roku, a od lutego kolejnego roku jest już wyłącznie nauczycielem („okazjonalnie pisującym do mediów” - jak sam podkreślał).


Jak się żyje poza dziennikarstwem od ponad roku?

Wojciech Orliński: Dwóch lat, jeśli liczyć na lata szkolne, od jesieni do wakacji. Bardzo przyjemnie! Nie wiem, jakie doświadczenie mają dziennikarze, którzy nie pracują w środowisku korporacyjnym, ale praca w korporacji sama w sobie jest nieprzyjemna. Człowiek czuje się tak zwanym zasobem ludzkim, human resource - zdehumanizowaną rubryczką w excelu korpomenedżmentu. W szkole nie ma działu HR i to jest super. Wszystkie interakcje są z ludźmi, żywymi istotami, a nie z jakąś machiną bez twarzy.

W korporacji dużo energii marnuje się na rozwiązywanie problemów, które korporacja sama sobie wymyśla. Patrzyłem na tę groteskową wojnę między zarządem Agory a naczelnymi „Wyborczej” i cieszyłem się, że patrzę z zewnątrz. Z punktu widzenia całości interesów firmy to katastrofa, że do takiej wojny w ogóle doszło. To był właśnie wyjątkowo spektakularny przypadek ogona machającego psem, korporacji stwarzającej sobie sztuczne problemy, jakby miała za mało realnych.

Życie w korporacji to mnóstwo mikrowojenek, że dyrektor X nie dogadał się z kierownikiem Y i robią sobie nawzajem na złość. W szkole jest płaska hierarchia, horyzontalna struktura, przynajmniej w mojej. Nie ma kto z kim wojować. A w korporacji to absolutna wieża Babel.

Ale to na poziomie podstawowym, a potem wchodzą przecież inni aktorzy, jak chociażby kuratorium...

WO: To inna instytucja, z istnieniem której trzeba się liczyć, ale bezpośrednio nie odczuwam jej obecności. To raczej problem dyrekcji.

Jak z dystansu ocenia pan teraz media?

WO: Tradycyjne media niespecjalnie obecnie wygrywają, bo mogłyby dostarczać lepsze materiały na temat wojny w Ukrainie. Niewielu mają korespondentów na froncie, zazwyczaj to oddolni entuzjaści, którzy przy okazji coś do kogoś piszą. Efekt jest taki, że najświeższe rzeczy są wrzucane na Twittera, więc moje główne źródła o wojnie to media zachodnie („Guardian”, BBC, CNN) albo rosyjskie, które czytam dla porównania.

To kolejna zmarnowana szansa polskich mediów. Nie ma właściwie medium, przy którym powiedziałbym: och, jak wspaniale, że są tu unikalne, rewelacyjne analizy sytuacji czy reportaże prosto z linii frontu. Żadnego nie mogę wskazać.

Zmienił się u pana sposób „żywienia się” wiadomościami? Wciąż ma pan głód informacji?

WO: Mam ogromny, właściwie od początku pandemii, wpadłem jak wielu ludzi w doomscrolling, obsesyjne przeglądanie złych wiadomości. Wojna to tylko pogorszyła.

Jest coś w zawodzie dziennikarza, czego panu brakuje?

WO: Jako dziennikarz żyłem praktycznie bez budzika. Teraz ta szkoła rano... no wszystko w tym lubię, ale dlaczego to musi być o takiej godzinie? Jeszcze się nie przyzwyczaiłem. Więc głównie tęsknię za dłuższym snem.

Nie palił pan za sobą mostów, wciąż pisze felietony dla „Dużego Formatu”.

WO: Niczego jednak aktywnie nie szukam. I w związku z tym, że nie szukam, to raczej nie znajdę. Jakby ktoś zadzwonił jutro...

...z „Guardiana”?

WO: ...albo gdyby złota rybka dała mi szansę stworzenia medium, o jakim marzę, z nieograniczonym budżetem, że mógłbym robić wszystko, co chcę, pewnie mógłbym wrócić. Ale złotej rybki nie ma.

Teraz muszę wystawić stopnie, tym raczej żyję. I martwię się, bo ktoś jest zagrożony, ktoś nieklasyfikowany, bo nie przychodził. Kogoś mi szkoda. To teraz moje główne myśli.

Stres większy niż w mediach?

WO: Nie nazwałbym tego stresem. Najważniejsze, że to prawdziwi ludzie, których mi szkoda, widzę, że ktoś zasługiwał na lepszy stopień, ale ma dużo nieobecności... Bardzo chciałbym wszystkim stawiać dobre stopnie, rozpacz polega na tym, że nie wszyscy dają mi tę szansę.

Czuje pan gravitas, że wychowuje kolejne pokolenia?

WO: Gdzie tam wychowuję, przecież mówię o wiązaniach chemicznych. Ale kiedy dzieją się takie rzeczy, jak teraz, nawiązuję do tego w lekcjach. Zrobiłem na przykład lekcję o szczepionkach. Czym są, jak działają, co to znaczy, kiedy w komunikatach medialnych mówiono, że pozwolono skrócić pierwszą czy drugą fazę badania. Co to są te fazy, na czym polegają. Czym się różni szczepionka atenuowana od wektorowej, jakie są generacje szczepionek. Przecież nie napiszę o tym artykułu do „Gazety”, bo wszyscy powiedzą, że to nudne. Ale ja jestem takim dziwolągiem, że dla mnie to wszystko bardzo ciekawe.

Dołącz do dyskusji: Porzucił "Gazetę Wyborczą" dla szkoły. Orliński: nie ma działu HR, wszystkie interakcje są z ludźmi

11 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
Pytanie
Bez stazu zawodowego? Po prostu przyszedl sobie do szkoly i zostal zatrudniony? Po 50tce? Mozna tak? 25 lat po studiach, bez kontaktu z zawodem?
odpowiedź
User
Czytelnik GW
Kiepski dziennikarz, w zasadzie nie dziennikarz a natrzasywacz. Nigdy niczego z jego tekstow sie nie dowiedzialem.
odpowiedź
User
Dziwadlo.
Naturalna sciezka kariery w gazecie jest: 1. Staz 2. Reporterka 3. Szefowanie dzialowi 4. Ewentualnie sekretariat redakcji. 5. Ewentualnie publicystyka. Wytlumaczcie mi prosze jak mozna zaczynac prace w mediach od pisania felietów? Co ma do powiedzena facet po chemii?
odpowiedź