"Bycie ‘always on’ tępi naszą kreatywność". Jakie problemy z ekranami mają dziennikarze

– Telefon i stałe podłączenie do internetu, social mediów, feedu newsów to codzienność ludzi pracujących zawodowo w mediach. To bycie "always on" tępi jednak naszą kreatywność i skupienie – mówi nam Magdalena Bigaj, prezeska Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa, edukatorka higieny cyfrowej.

Justyna Dąbrowska-Cydzik
Justyna Dąbrowska-Cydzik
Udostępnij artykuł:
"Bycie ‘always on’ tępi naszą kreatywność". Jakie problemy z ekranami mają dziennikarze
Magdalena Bigaj, fot. PatMic

Prezes Audioteki Michał Brański powiedział nam ostatnio, że korzysta z telefonu przez 6 godzin dziennie. To dużo czy mało?

Zależy, co robi na tym telefonie. Przez 6 godzin można scrollować X i LinkedIn. Można też wykonywać pracę polegającą na odbieraniu maili i kontakcie z pracownikami. Trzeba też pamiętać, że menedżerowie wysokiego szczebla to kadra, która jest bardzo przeciążona informacyjnie i ekranowo. Trudno od tego uciec.

Higienę cyfrową, czyli zdrowy styl życia związany z technologiami, zawsze rozpatrujemy w kontekście konkretnej osoby, jej wieku, etapu rozwoju czy pracy, którą wykonuje. Dlatego jestem daleka od prostych rozwiązań w stylu: "10 zasad dla każdego". Osobom wystawionym na smog informacyjny – a to jest jakiś rodzaj nowego, szkodliwego środowiska życia – sugeruję tym bardziej przemyślenie strategii świadomego odpoczywania.

Świadomego, czyli jakiego?

Takiego, które nie odbywa się przed żadnym ekranem – telefonu, komputera czy telewizora. To nie jest intuicyjne, bo w sytuacji zmęczenia czy napięcia odruchowo sięgamy po telefon. Nasz umysł kojarzy go z tanią, łatwo dostępną strategią szybkiego obniżenia napięcia.

Co się dzieje z mózgiem po 6-8 godzinach scrollowania?

Może doprecyzuję, że "scrollowanie" możemy różnie rozumieć. Oczywiście "infinity scroll" jest uważany za najbardziej szkodliwy dla naszej percepcji, ale ja zachęcam do tego, by zwracać uwagę na ogólną dobową ekspozycję na ekrany, która najczęściej polega na szybkim przerzucaniu uwagi z treści na treść. Nieważne, czy pochodzą one z maila, narzędzia analitycznego, aplikacji do wystawiania faktur, czy z pracowego Slacka. Dla naszego umysłu to jest to samo: strumień zwykle bardzo krótkich informacji, często niezwiązanych ze sobą kontekstowo.

Czyli kotki z social mediów…

Metaforyczne "kotki" i ich wpływ na nasze kompetencje badane są od kilku lat. Uniwersytet w Monachium w lutym 2023 roku publikował wyniki badań, z których wynika, że platformy takie jak TikTok i X, ale także YouTube czy Instagram, mogą negatywnie wpływać na naszą pamięć, ponieważ serwują nam krótkie treści niezwiązane ze sobą kontekstowo. Pamięć prospektywna – najprościej rzecz ujmując – to nasza umiejętność codziennego planowania i pamiętania o rzeczach do zrobienia.

Czyli ja i pani zapewne mamy po tej rozmowie coś na swojej "to do list". Jeśli będziemy "przeskrolowane", to jest duże prawdopodobieństwo, że będziemy o tym zapominać. Oczywiście powodem takiego zapominania z przeciążenia może być nie tylko ekran, ale również nadmiar obowiązków czy tempo życia. Jeśli jednak notorycznie o czymś zapominamy, sugerowałabym w pierwszej kolejności przyjrzeć się swojej higienie cyfrowej, zwłaszcza dziennej liczbie odblokowań telefonu oraz godzinom snu.

Zresztą objawy technostresu, który już w 1984 roku został zdefiniowany jako współczesna choroba adaptacyjna, mogą być rozmaite: od zmęczenia fizycznego przez problemy z koncentracją aż po poczucie, że "wszystko jest na mojej głowie".

To uczucie może być potęgowane nie tylko dlatego, że nowe technologie przyspieszyły tempo pracy i skróciły deadline'y. Paradoks nowych technologii polega na tym, że im szybciej dzięki nim wykonujemy codzienne zadania, tym więcej mamy do zrobienia.

Poproszę o konkrety: co się dzieje z koncentracją i jakością pracy dziennikarza, który wrzuca dziennie 30-40 tweetów i od świtu do nocy jest online?

Mam bardzo niepopularną opinię, która nie spodoba się wielu czytelnikom.

Śmiało.

Cóż, nie ufam osądom ludzi, którzy są bardzo aktywni w mediach społecznościowych. Jeśli interesuje cię bycie wybitnym w swojej dziedzinie, musisz znaleźć czas na pracę głęboką. A to jest po prostu niemożliwe, gdy kilka razy na godzinę zaglądasz do social mediów. Co więcej, nawet sama obecność telefonu w zasięgu wzroku podczas pracy sprawia, że możemy mieć problemy z koncentracją.

Kwestią często pomijaną jest też fakt, że chcąc nie chcąc budujemy swoje poglądy na podstawie docierających do nas informacji. Jeśli spędzasz czas na czytaniu, co zasięgowi liderzy opinii w sieci mają do powiedzenia, to na tym budujesz swój zasób wiedzy. Nie mówiąc już o przepalaniu czasu na internetowe dyskusje.

Kiedy widzę jak dojrzali ludzie, czasem nawet z tytułami naukowymi, biegają po fejsbukach i linkedinach spalając się na dyskusjach, jestem zażenowana.

Magdalena Bigaj

Oczywiście, jeśli czyimś celem jest bycie komentatorem rzeczywistości, to jest to słuszna strategia. Mnie jednak interesuje nie budowa własnej pozycji, ale rozwijanie organizacji oraz czegoś, co nazywam szkołą myślenia. Dlatego wykorzystałam media społecznościowe jako narzędzia na pewnym etapie, ale zareagowałam, gdy bilans zaczął być ujemny i zaczęły więcej zabierać niż dawać. W końcu postanowiłam przestać do nich zaglądać.

Czy tak się da?

Jak widać, żyję i mam się świetnie. Ale przygotowywałam się do tego od początku 2024 roku. Najpierw szukałam innych, skuteczniejszych narzędzi i coraz rzadziej postowałam. Kiedyś robiłam to niemal codziennie, reagując na bieżące wydarzenia. W ubiegłym roku zeszłam średnio do jednego posta tygodniowo. Przestałam czytać komentarze, usunęłam aplikacje z telefonu. Wchodziłam przez przeglądarkę w komputerze, by odebrać prywatne wiadomości, co nadal robię raz na kilka tygodni. Jest to tak niewygodne, że stanowi świetny odwyk (śmiech).

Game changerem okazał się czytnik, który teraz zawsze noszę przy sobie w podręcznej torebce. Odegrał kluczową rolę, gdy miałam jeszcze kompulsje sięgania po telefon. Brałam wtedy czytnik i kompulsywnie czytałam. W życiu w takim tempie nie pochłaniałam książek jak w tym pierwszym etapie odstawiania sociali.

Magdalena Bigaj

Jako osoba dawniej głęboko w nich zanurzona, która czerpała z tego różne frukta, jak choćby budowanie rozpoznawalności naszej fundacji, naprawdę rozumiem, że wiele osób tkwi w pułapce myślenia, że na pewno wydarzy się coś złego, jeśli przestaną wchodzić do social mediów. Wyzwanie polega na tym, by przestawić swoje myślenie z tego, co stracisz, na to, co zyskasz.

Wykorzystywanie mediów społecznościowych w pracy zawodowej do budowania swojej pozycji często daje złudne przekonanie o wpływie. W rzeczywistości zasięgi dają wyłącznie informację o widoczności, a ich celem nie jest pomoc w osiągnięciu wpływu, tylko spowodowanie u nas utraty kontroli nad uwagą.

To nie my mamy Linkedina, tylko Linkedin ma nas. Sean Parker, pierwszy prezes Facebooka, nazwał to "sprzężeniem zwrotnym walidacji społecznej" i wprost mówił już w 2009 roku, że to właśnie postanowili wykorzystać z Zuckerbergiem, by przykuć nas do swoich produktów. Pozostałe platformy tylko powieliły model.

W ramach ostatnio opublikowanego międzynarodowego Barometru Szczęścia przeprowadzono eksperyment. Grupa osób odłączyła się całkowicie od Facebooka. Po miesiącu odczuwali wzrost dobrostanu – mniej napięcia, więcej czasu, czuli się bardziej szczęśliwi. Ale i tak nie zamierzali porzucić Facebooka. Czy to nie jest pułapka, w którą wszyscy wpadliśmy – trudno sobie wyobrazić, że może mnie nie być tam, gdzie "są wszyscy"?

Myślę, że nie da się obronić ani sformułowania, że każdy musi tam być, ani że każdy może tam nie być. Żadna z tych skrajności nie jest prawdziwa w każdym przypadku. Nie każdy ma przywilej czy moment w życiu, w którym może sobie powiedzieć: nie będę tam.

Zachęcam, by patrzeć na media społecznościowe jak na narzędzia wysokiego ryzyka przeznaczone do codziennego użytku. Możemy, ale nie musimy z nich korzystać. Mnie to dzisiaj na maksa kręci, że usunęłam je ze swojej cyfrowej diety i z ciekawością obserwuję, jak zmienia się moje zachowanie, myślenie o świecie, ocena sytuacji zawodowych.

Najwybitniejsi dziennikarze, jakich poznałam, bardzo rzadko zabierają głos w mediach społecznościowych. To jest crème de la crème dziennikarstwa – Jan Niedziałek z TVN czy Agnieszka Jucewicz z "Gazety Wyborczej". Nie jest tak, że ich nie używają, ale robią to bardzo oszczędnie i na pewno nie zajmują się relacjonowaniem swojej pracy w social mediach – a trudno odmówić im kariery w dziennikarstwie.

To są dziennikarze z ogromnym doświadczeniem i dorobkiem, więc mogą sobie na to pozwolić.

Jasne, ale przecież nie spadło im to z nieba, tylko cierpliwie na to pracowali. W dzisiejszych czasach zasięgi oferują drogę na skróty i bardzo często nie chcemy czekać na uznanie, które wypracujemy swoim piórem czy mikrofonem – chcemy szybko. Bo widzimy, że inni nas w tej zasięgowej grze wyprzedzają: ktoś nie jest dziennikarzem, ale prowadzi ciekawy profil i nagle jest liderem opinii w kwestiach geopolitycznych. To na pewno frustrujące.

Druga strona medalu jest taka, że to redakcje często zmuszają swoich pracowników do prowadzenia profili w mediach społecznościowych, co uważam za niezgodne z prawem pracy. Redakcja nie ma prawa żądać od dziennikarza wykorzystywania wizerunku w celu promowania jego własnej pracy. Jeśli ma takie oczekiwanie, to powinna uwzględnić to w umowie i dodatkowo płacić za świadczenie usług promocyjnych.

Częścią higieny cyfrowej w mediach powinna być też zmiana po stronie samych redakcji? Czy da się to w ogóle ustalić odgórnie? Bardzo często dziennikarze z własnej woli promują się w social mediach. Chcemy uznania i uwagi, a jak widzimy to u innych – tym bardziej.

Jako dziennikarze zaczęliście być rozliczani bardzo precyzyjnymi KPI, jakimi są liczba odsłon artykułu, liczba udostępnień, liczba lajków. To bezpośrednio łączy się z modelem biznesowym. Nie jestem naiwna, rozumiem, że na tym zarabiają redakcje internetowe. Ale to powinno być zadanie działów promocji. Nie jest winą dziennikarza, że jego doskonały tekst słabo się klika. Przecież najlepiej klikają się clickbaity. Wystarczy wejść na duże portale, by zobaczyć, co z nich zostało. Teksty kilku rasowych dziennikarzy pływają w wytworach ludzio-slopów w stylu "Czy dzisiaj jest niedziela handlowa?"

Mam nadzieję, że nadchodzi renesans klasycznego, jakościowego dziennikarstwa, który oczywiście nie sprawi, że ludzie masowo wrócą do tego typu treści. Ale że przybędzie odbiorców redakcjom dziennikarskim, a co nieco poprawi ich sytuację, zrujnowaną – warto to otwarcie powiedzieć – przez VLOPy typu Meta i Google.

Ale w przeciwieństwie do AI, o dziennikarza musisz dbać. Elementarną rzeczą jest tu higiena pracy, której elementem jest higiena cyfrowa. Jeśli chcę, żeby moi utalentowani dziennikarze pisali dobre teksty, to nie mogę od nich wymagać jednoczesnego wykonywania pracy promocyjnej w mediach społecznościowych i stałej dostępności.

Bo to za bardzo rozprasza?

Rozprasza, stresuje, zaburza ogląd sytuacji, zabiera czas, dezinformuje, wprawia w podenerwowanie, powoduje zmęczenie i problemy ze snem. Oczywiście to potencjalne ryzyko. Ale ja jednak podziękuję.

Co dziennikarz może zrobić, żeby poprawić własną higienę cyfrową?

Przede wszystkim zachęcam do tego, żeby patrzeć na AI i media społecznościowe jak na zestaw narzędzi, a nie "świat wirtualny", w którym "trzeba być". Hasło "jeśli nie ma cię na Facebooku, to cię nie ma" wymarło razem z social media ninja w ubiegłej dekadzie.

Cal Newport w swojej koncepcji głębokiej pracy nazywa to rzemieślniczym kryterium przydatności: odetnij się na chwilę od wszystkiego, przeanalizuj, czego ci brakuje, a potem zostaw sobie tylko te narzędzia, które są kluczowe. Przeanalizuj, które medium performuje ci najlepiej. Może dla ciebie to będzie X, dla kogoś innego Facebook, a może Instagram, bo jesteś dziennikarzem modowym. Naprawdę nie każdy musi pajacować na TikToku. Co więcej, gdy czasem widzę, jak szanowany ekspert wrzuca rolkę, gdy tańczy w piżamie albo zapis swoich wzmożeń intelektualnych, to myślę, że wielu karierom dobrze by zrobiło odcięcie od mediów społecznościowych.

Ostra selekcja na początek. Co dalej?

Przestać żywić błędne przekonanie, że muszę być w mediach społecznościowych, żeby być na bieżąco. Algorytmy treści nie chcą twojego rozwoju zawodowego. Bardzo często nie można być za ich pośrednictwem na bieżąco z najważniejszymi informacjami z branży – a jedynie z opiniami różnych ludzi, którzy są aktualnie popularni zasięgowo. Nie mówiąc już o dezinformacji.

Nasza uwaga jest walutą o konkretnym, ograniczonym dobowo nominale. Postanowiłam wydawać ją mądrze. Odkąd wycofałam się z mediów społecznościowych, nie zmalała ani liczba zaproszeń na konferencje i wykłady, ani zapytań od mediów. Za to ja szybko odczułam poprawę samopoczucia. Była tak spektakularna na wielu polach, że wprawiło mnie to w zaskoczenie i totalny entuzjazm.

Magdalena Bigaj

Stała dostępność online i wewnętrzne przekonanie, że jesteśmy ludziom winni odpowiedzi na ich pytania czy zaczepki, sprawiają, że jesteśmy mentalnie ciągle w pracy i nie możemy odpocząć. To prosta droga do wypalenia zawodowego. I rodzaj auto-wyzysku: nie pilnujesz granicy, dokąd sięga twoja praca. Internet te granice zaciera, więc tym bardziej jest dzisiaj ważne, żeby ich pilnować.

W kontekście własnej higieny cyfrowej – jak sobie z tym poradzić?

Po pierwsze, nie myśl o sobie w kategoriach marki osobistej, bo to powoduje samouprzedmiotowienie. Polecam myślenie o marce osobistej zamienić na dbanie o reputację – brzmi oldskulowo, ale działa.

Reputację budujesz poprzez efekty swojej pracy, mądre wybieranie miejsc, w których zabierasz głos, a nie rozdawanie siebie na prawo i lewo. Po drugie: to, co myśli odbiorca i radzenie sobie z jego emocjami, w ogóle nie są twoją pracą. Nie jesteśmy niczego winni ludziom z internetu. A Cal Newport pisze jeszcze dosadniej: Nikt w internecie nie czeka na twój kolejny wpis.

Po trzecie, rozejrzeć się, jakie narzędzia oferują nam dzisiaj technologie i czy nie są one skuteczniejsze niż media społecznościowe. Przy obecnych modelach biznesowych platform opartych o algorytmizację treści tłumaczenia, że "muszę być w social mediach, by być na bieżąco", świadczą raczej o braku wiedzy o narzędziu, z którego korzystamy.

Alternatyw jest mnóstwo. Ja korzystam z aplikacji typu Feedly i Raindrop.io, słucham podcastów i subskrybuję newslettery rozmaitych redakcji, instytucji oraz moich ulubionych autorów, których wspieram często na Patronite. No i prenumeruję prasę. Bardzo niemodne (śmiech).

Porozmawiajmy chwilę o micie podzielnej uwagi. Dużo osób twierdzi, że może robić 15 rzeczy naraz. Jak jest naprawdę?

Nie ma czegoś takiego jak podzielność uwagi – jest przerzutność uwagi. Podzielna uwaga rozumiana jako koncentrowanie się na dwóch rzeczach naraz nie istnieje. Jeśli siedzisz na spotkaniu redakcyjnym i odpisujesz na maile, to nie jesteś w stanie dać z siebie tyle, ile byś dał, nie klikając w ekran. Ale obserwując ludzi na rozmaitych konferencjach, widzę, jakie to trudne.

A co powiedziałabyś o cyfrowych detoksach?

Moja opinia jest chyba dosyć znana: nie jestem zwolenniczką detoksów, bo zamiast leczyć, stresują. Polecam za to coś mniej seksi, za to efektywniejsze: pracę nad dobrymi nawykami.

Czyli?

Na początek coś prostego: nienoszenie telefonu cały czas przy sobie. W domu wypracujmy nawyk odkładania go w jedno miejsce. W pracy, kiedy idziemy do kuchni czy toalety, zostawmy telefon na biurku. Wiem, zgroza. Jak się do tego przyzwyczaimy, idźmy dalej.

Podczas posiłków oraz pracy, chowajmy go z zasięgu wzroku. Można przykryć notesem, żeby nas nie kusiło. To wszystko brzmi banalnie, ale naprawdę jest niezbędne, jeśli dotychczas telefon był stale z nami i kompulsywnie po niego sięgaliśmy.

Magdalena Bigaj

Po drugie, ograniczenie zbędnych powiadomień i pilnowanie granicy między czasem pracy a czasem prywatnym. Kocham Zetki za to, że przyszły z odsieczą na rynek pracy i postawiły granice, które my zburzyliśmy historiami o work-life blend etc. Poza umysłem mamy ciało. Ono musi spać, odpoczywać, jeść, ruszać się.

Po trzecie, spanie bez telefonu. Trudno się wylosowało, ale bez snu nie ma zdrowego ciała i psychiki. Braki snu mogą prowadzić do stanów lękowych i obniżonego nastroju, nie mówiąc o problemach z koncentracją.

Dlatego telefon nie powinien mieć wjazdu do naszej sypialni. Polecam zaopatrzenie się w budzik oraz książki i gazety przy łóżku, które na informacyjnym głodzie można sobie przekąsić przed snem. Uwierzcie mi, kiedyś też myślałam, że nie zasnę bez guilty pleasure w postaci Make Life Harder. Ale wizja przedwczesnej demencji w wyniku niedoborów snu i przebodźcowania skutecznie mnie zmotywowała.

A na start?

Znaleźć sobie zajawkę, czyli coś, co zacznie nam się kojarzyć jako atrakcyjniejsze od skrolowania. Na początek warto przejrzeć posty zapisane na później i zacząć wreszcie chodzić do miejsc, które polajkowaliśmy, zrobić ten kurs gotowania, który dostał metkę "prezenty" albo ruszyć w trasę rowerową, którą polecał nam influencer. Offline jest nowym luksusem.

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

ASAP&ASAP realizuje kampanię launchową nowego modelu Isuzu

ASAP&ASAP realizuje kampanię launchową nowego modelu Isuzu

Nowa naczelna "Aktivista". W przeszłości w "Vogue Polska"

Nowa naczelna "Aktivista". W przeszłości w "Vogue Polska"

Wawrzyniec Kostrzewski dołącza do Under Ski Tower

Wawrzyniec Kostrzewski dołącza do Under Ski Tower

FilmBox zmieni kanały 10 czerwca. Startuje FilmBox+ Stream

FilmBox zmieni kanały 10 czerwca. Startuje FilmBox+ Stream

KRRiT: Abonament RTV znowu zdrożeje

KRRiT: Abonament RTV znowu zdrożeje

Marina Łuczenko-Szczęsna ambasadorką lodów Magnum

Marina Łuczenko-Szczęsna ambasadorką lodów Magnum