Daniel Martyniuk został przedstawiony jako uczestnik czwartego sezonu TTV "Nasi w mundurach", którego premiera zaplanowana jest na 3 października. Program oparty na norweskim formacie "Celebrity Task Force" sprawdza uczestników w zadaniach inspirowanych szkoleniem wojskowym.
Według Pudelka Martyniuk pojawił się na początku nagrań, ale nie wrócił na kolejną turę zdjęć. Miał domagać się od produkcji 100 tys. zł i prywatnego samolotu z Hiszpanii do Polski. Później, wraz z matką, miał ponownie pojawić się na planie i wyrazić chęć udziału. Nie wiadomo, czy produkcja na to przystała.
Martyniuk od lat jest bohaterem medialnych doniesień dotyczących konfliktów z prawem i licznych awantur. Ma na koncie m.in. prawomocny wyrok za prowadzenie samochodu mimo zakazu i pod wpływem alkoholu, a także za znieważenie funkcjonariuszy i naruszenie ich nietykalności. Media informowały również o interwencjach policji, zakłócaniu porządku oraz konfliktach rodzinnych.

W październiku 2025 roku został zatrzymany we Francji po przekierowaniu samolotu Wizz Air z Malagi do Nicei. Według przewoźnika agresywny pasażer miał grozić załodze. Po przesłuchaniu Martyniuk został zwolniony.
Sam w materiale promocyjnym programu przyznał: "Jestem dosyć kontrowersyjny", dodając, że chciałby, aby w przyszłości kojarzono go z czymś innym.
Nie przywołuję tych zdarzeń, aby delektować się cudzym upadkiem. Ich nagromadzenie dowodzi czegoś istotnego: kolejny kryzys nie był ryzykiem ukrytym ani niemożliwym do przewidzenia. Informacje potrzebne do jego oceny pozostawały publicznie dostępne na długo przed rozpoczęciem zdjęć.
Co wydarzyło się po trzech dniach nagrań?
Szczególnie istotne były publikacje Martyniuka po pierwszej części zdjęć do "Naszych w mundurach". Z jego relacji wynikało, że spodziewał się zaledwie trzech dni nagrań. Gdy pojawiła się perspektywa kolejnej tury, zaczął publicznie formułować żądania finansowe. Miał domagać się 100 tys. zł oraz prywatnego samolotu z Hiszpanii do Polski. Trzeba jednak zaznaczyć, że powiązanie tych żądań z programem wynika z kontekstu i medialnych interpretacji, a nie z oficjalnego stanowiska TTV.

Na tym nie poprzestał. W mediach społecznościowych obrażał rodziców, zarzucał ojcu skąpstwo, zaatakował także Marcina Millera z zespołu Boys. W kolejnych nagraniach kierował agresywne słowa pod adresem osób związanych z produkcją.
Zresztą sytuację nakreślili (z zachowaniem chronologii) twórcy internetowi Vogule Poland, publikując w swoim materiale fragmenty z mediów społecznościowych Daniela Martyniuka.
Nie był to więc pojedynczy incydent, lecz seria eskalujących publikacji: od żądań finansowych i obraźliwych gestów po agresję wobec produkcji i brutalne wypowiedzi pod adresem najbliższych. Dla producentów oznaczało to konieczność zmierzenia się nie tylko z jego wcześniejszą przeszłością, ale także z bieżącym zachowaniem w trakcie realizacji programu.
Co wcześniej mówiono o jego kondycji?
W przestrzeni publicznej wielokrotnie pojawiały się informacje o możliwym uzależnieniu i problemach psychicznych Daniela Martyniuka. Nie ma jednak publicznie dostępnej formalnej diagnozy psychiatrycznej, a wypowiedzi ekspertów opierały się na materiałach medialnych, relacjach rodziny i zachowaniach widocznych w internecie. Nie zastępują one osobistego badania.

Już w 2019 roku psycholog i terapeuta uzależnień Mariusz Jędrzejko ostrzegał przed konsekwencjami dalszego sięgania po substancje. W kolejnych latach Danuta Martyniuk mówiła o problemach syna z używkami, pobytach w ośrodkach i przerywaniu terapii. W październiku 2025 roku sam Martyniuk poinformował natomiast o skierowaniu na konsultację psychiatryczną. Jej wynik ani ewentualna diagnoza nie zostały publicznie przedstawione.
W styczniu 2026 roku specjaliści Karolina Kownacka i Kinga Rochala komentowały jego zachowania i szerzej omawiały mechanizmy uzależnienia. Żadna z tych wypowiedzi nie stanowiła indywidualnej diagnozy Martyniuka. Miesiąc później sam zapowiedział podjęcie leczenia i wycofanie się z życia publicznego, przyznając: "Coś mi się stało z głową, nie wiem. Naprawdę jest ze mną źle".

Brak diagnozy nie oznacza jednak braku powodów do ostrożności. Produkcja nie powinna samodzielnie oceniać stanu zdrowia uczestnika, ale powinna brać pod uwagę sygnały świadczące o możliwym ryzyku i odpowiednio zadbać o jego bezpieczeństwo.
Kryzys jako castingowy atut
I właśnie dlatego najważniejsze pytania należy skierować nie do Martyniuka, lecz do producentów programu.
Na jakiej podstawie uznano, że jest gotowy na udział w reality show opartym na stresie, dyscyplinie, zmęczeniu i konfliktach? Czy produkcja przeprowadziła rzetelną ocenę ryzyka? Czy przygotowała procedurę reagowania kryzysowego? A może nieprzewidywalność uczestnika nie była problemem, tylko jednym z powodów, dla których dostał zaproszenie?
Telewizja oczywiście może pokazywać osoby z trudną przeszłością, po terapii albo z doświadczeniem kryzysu psychicznego. Wykluczanie ich z życia publicznego byłoby krzywdzące i stygmatyzujące. Sam fakt uzależnienia, leczenia czy konfliktu z prawem nie powinien nikogo automatycznie dyskwalifikować.

Czym innym jest jednak udział świadomy i odpowiedzialnie zabezpieczony, a czym innym obsadzanie człowieka w formacie zaprojektowanym tak, aby wystawiać go na silną presję – zwłaszcza gdy jego utrata kontroli może przynieść programowi rozgłos. Problemem nie jest więc to, że telewizja zaprosiła osobę z kryzysem. Problemem jest możliwość, że zaprosiła ją właśnie dlatego, iż kolejny kryzys był łatwy do przewidzenia i atrakcyjny promocyjnie.
W takim układzie człowiek przestaje być uczestnikiem, a staje się materiałem. Produkcja otrzymuje nagłówki, fragmenty do mediów społecznościowych i darmową promocję. Koszty emocjonalne, rodzinne i wizerunkowe ponosi przede wszystkim osoba znajdująca się przed kamerą.
To mechanizm dobrze znany z patostreamingu: odbiorca ma patrzeć nie dlatego, że wydarzy się coś wartościowego, lecz dlatego, że ktoś może stracić panowanie nad sobą. Profesjonalna oprawa, telewizyjne logo i obecność reklam nie zmieniają istoty tego modelu.

To nie pierwszy taki przypadek
Sprawa Martyniuka przypomina historię innej produkcji grupy Warner Bros. Discovery – "Królowej przetrwania". Jedną z najbardziej polaryzujących uczestniczek ostatniego sezonu była Ilona Felicjańska, która publicznie opowiadała, że przed udziałem w programie spędziła rok w zamkniętym, chrześcijańskim ośrodku terapii uzależnień. Propozycję udziału miała otrzymać jeszcze podczas leczenia.
Nie oznacza to, że osoba wychodząca z terapii nie ma prawa wystąpić w telewizji. Powstaje jednak pytanie, czy konfliktowy reality show, izolacja od dotychczasowego otoczenia i stała obecność kamer są odpowiednim miejscem na prezentowanie "nowej siebie". Tym bardziej że emocjonalne konsekwencje udziału ponosi uczestnik, a zyski z jego ekspozycji – nadawca.
Jeszcze dalej zaszedł przypadek Dagmary Kaźmierskiej. TVN wypromował ją w "Królowych życia", budując atrakcyjny medialnie wizerunek "królowej", mimo jej kryminalnej przeszłości. Później pojawiła się także w programach Polsatu. Dopiero publikacje dziennikarskie opisujące brutalne szczegóły sprawy doprowadziły do usuwania programów z jej udziałem. To również prowokuje pytanie, czy telewizje rzeczywiście nie wiedziały, kogo promują, czy raczej przez lata nie chciały wiedzieć zbyt wiele.

Granica, którą telewizja powinna wyznaczyć sama
Daniel Martyniuk odpowiada za własne zachowanie. Ta odpowiedzialność nie zwalnia jednak stacji z odpowiedzialności za decyzję castingową i warunki, które sama stworzyła. Duży nadawca nie może zasłaniać się "nieprzewidywalnością" uczestnika, jeśli właśnie ta nieprzewidywalność była od lat częścią jego publicznego wizerunku.
Warner Bros. Discovery powinno zatem odpowiedzieć nie tylko na pytanie, czy Martyniuk ostatecznie znajdzie się w programie. Ważniejsze jest to, jakie standardy obowiązują przy obsadzaniu osób w widocznym kryzysie i gdzie stacja wyznacza granicę pomiędzy dokumentowaniem trudnego doświadczenia a zarabianiem na cudzym rozpadzie.
Jeśli produkcja świadomie wybiera osobę, której destabilizacja jest prawdopodobna, następnie umieszcza ją pod presją i promuje spodziewany skandal, przestaje jedynie opowiadać o patologii. Zaczyna ją współprodukować.

I wtedy reality show staje się patostreamingiem – tylko z większym budżetem.












