W nagraniu z wydarzenia słyszymy, jak Barbara Nowacka przedstawia swoją rolę na wydarzeniu: "Jestem w dziwnej roli gościni i... gospodarki?" – zawahała się, spoglądając na współprowadzącą, Agnieszkę Wiśniewską. "No... Odmień: ministra edukacji narodowej" – ta próbowała naprowadzić Nowacką na dobry trop. "Odmień: gospodyni" – brnęła dalej Wiśniewska.
"No ale wiesz, to nie chodzi o to, żeby prosto odmienić, tylko żeby odmienić, zachowując... formę sprawczą" – odpowiedziała nieco zawile Nowacka.

Pomyłka pomyłką, ale bardziej zastanawiające jest to, dlaczego Nowacka chciała od "gospodyni" uciec.
– Być może chciała uniknąć skojarzenia, że gospodyni tylko gotuje – komentuje Aneta Korycińska, znana jako Baba od polskiego.
– Forma "gospodarka" jest nowomową wobec słowa "gospodyni". Mnożenie słów na potęgę nie ma sensu. "Gospodarka" to w tym przypadku błąd – stwierdza.
Dr Artur Czesak, językoznawca, nieetatowy wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim, dialektolog i współtwórca "Dobrego słownika" mówi o pomyłce ministry jako o zdarzeniu mało istotnym, ale – z uwagi na dyskusję, jaką wywołało – symptomatycznym:
– To lapsus, z którego minister Nowacka niespecjalnie sprawnie wybrnęła, ale naprawdę nic wielkiego. Jako językoznawcę ubodło mnie najbardziej, że wspomniała o odmianie, a to nie odmiana wyrazu (rzeczownika przez przypadki), ale derywacja – tworzenie jednego wyrazu od drugiego – wyjaśnia.

– Każdemu się zdarza pomylić słowo lub mieć chwilę pustki w głowie. Minister Nowacka się zawahała przy stosunkowo nowej i niektórych drażniącej "gościni", a potem do lapsusu zaczęła dorabiać ideę. "Gospodyni" nie byłaby niewłaściwa, a deklaracja o poszukiwaniu formy słowotwórczo bardziej sprawczej naraziła ją na kpiny. Oczywiście nieproporcjonalne do rozmiaru językowego przewinienia – stwierdza dr Czesak.
Pytany o to, czy od "gospodyni" słusznie jest uciekać, aby uniknąć umniejszających skojarzeń, językoznawca odpowiada:
– Nie jest tak – i mam nadzieję, że mówię w miarę obiektywnie, a nie że uprawiam "mansplaining" – że "gospodyni" oznacza wyłącznie "kobietę, która zajmuje się gospodarstwem domowym, swoim lub czyimś". Mówi się wszak o "gospodyniach" programów publicystycznych, gal i innych spotkań. Wyrazy bywają wieloznaczne, to ich zupełnie oczywista cecha. Uznajemy to, kiedy mówimy, że tylko zła wola każe komuś widzieć w słowie "pilotka" tylko czapkę. Że też to dążenie do precyzji nie wywołuje u panów potrzeby nazwania inaczej przedmiotu do przełączania kanałów w telewizorze! – komentuje.

Przyszłość feminatywów
Dr Czesak nie spodziewa się, że "problem" z feminatywami uda nam się rozwiązać w najbliższej przyszłości:
– W obrębie polskich feminatywów sytuacja jest dynamiczna, powstają nowe jednostki, ale też zmieniają się wzajemne relacje między wyrazami pokrewnymi, bliskoznacznymi i synonimicznymi. Spektakularne oburzanie się na formy żeńskie w języku, choćby były nowe, to przejaw naszych ideologicznych animozji. Nasz język polski od wieków radzi sobie z tym znakomicie. A co będzie w przyszłości? Nie jestem prorokiem – zaznacza językoznawca.
– Z drugiej strony mamy na przykład wzrost częstości użycia wyrazu "sekretarzyni" (z przyrostkiem -yni właśnie) zamiast "sekretarka" z -ka. Słyszałem niedawno w jednym z programów informacyjnych o sukcesach polskich "sportowczyń" (słowo notowane już przez Słownik nazw żeńskich polszczyzny z 2015 roku). Czy jako mniej angielski i nieuwzględniający elementu męskiego wyprze znaną od dziesięcioleci "sportsmenkę"? Wyszedł zaś z użycia znany przed wojną (jest nawet w "Ferdydurke") i po wojnie feminatyw "sportówka" – komentuje.

Aneta Korycińska przekonuje, że feminatywy są nam potrzebne, ale już walka o każdy z nich za wszelką cenę, niekoniecznie. – Jestem nauczycielką, a nie nauczycielem. Mam wrażenie, że czasem jest to walka jedynie o puste słowa i nie ma znaczenia jeśli chodzi o traktowanie człowieka – komentuje.
Edukatorka dodaje, że formy żeńskie powoli przestają być "egzotyczne", zwłaszcza dla młodzieży. Mniej popularne feminatywy powoli przedostają się nawet do podręczników. Korycińska wskazuje na przykład "krytyczki" w podręczniku do polskiego dla klasy 1 liceum.
– Młodzież nie ma problemów z feminatywami. Pojawia się też nacisk, żeby używać osobatywów, czyli nie piszemy "uczniowie" – chociaż liczebnik zbiorowy, to forma, która zawiera wszystkie płcie – tylko: uczniowie, uczennice i osoby uczniowskie. Tak chcieli, żeby się do nich zwracać. A że to do nich się zwracam, to akceptowałam te formy – stwierdza Korycińska.












