Wypada wyjść od końca lat 80., kiedy Polska zderzyła się z nagłym przyspieszeniem politycznym, które pociągnęło za sobą rewolucyjne zmiany w mediach. W porównaniu z wolnym światem, w którym przemiany odbywały się dość synchronicznie na poziomach technologii, rynku i kompetencji, Polska – jak większość bloku sowieckiego – konserwowała anachronizmy.
Do przełomu lat 80. i 90. praktycznie nie istniały media komercyjne, które na Zachodzie od dekad były kołem zamachowym rewolucji komunikacyjnej. To one napędzały rewolucję, której etapy: prasa, radio, telewizja, internet były naturalnymi krokami w stronę naszej współczesności. Rozwój mediów napędzał technologię. Technologia rynek. Rynek technologię.
Pierwotnie najważniejsze dziennikarstwo prasowe szybko ustąpiło dziennikarstwu radiowemu i telewizyjnemu. To ostatnie już w latach 60. i 70. rozwinęło zjawisko medialnego gwiazdorstwa, celebrytyzmu, skutkowało pęcznieniem budżetów reklamowych i "wpompowywaniem" w media gigantycznych pieniędzy.

Na początku lat 90. zeszłego stulecia, gdy w Polsce pojawiła się możliwość tworzenia zaawansowanego rynku mediów, tamta rzeczywistość na Zachodzie już istniała. Triumfowała. A nawet powoli chyliła się ku upadkowi. Oczywiście wskutek startującego internetu.
Czy mieliśmy szansę na udział w tym światowym wyścigu? Otóż nie, właśnie ze względu na brak wspomnianej synchroniczności zjawisk. Co prawda w sensie formalnym rynek się otworzył, ale rzeczywistość rynkowa była w powijakach. Innymi słowy startujące polskie media komercyjne (a taki, z preferowanym udziałem polskiego kapitału model wybrał regulator) były skazane na ubóstwo i permanentny brak środków.
Stąd zresztą siermiężność pierwszych poważnych graczy (po epoce Top Canal i innych piratów), zarówno w radiofonii, jak i telewizji. Nikłe kompetencje dziennikarskie. Przerost ambicji wobec realnych możliwości i powolny rozwój dojrzałych form komercyjnych. Ile to trwało? Niedługo.

Dość szybko nadgoniliśmy świat, tyle że kiedy u nas telewizja dochodziła do poziomu światowego, a radio do znanych z zachodu standardów branżowych, świat zdążył już odkryć i zakochać się w internecie.
Znów byliśmy krok czy dwa do tyłu. Na dodatek ciążyły polskiemu rynkowi skomercjalizowane media publiczne.
Nadawcy komercyjni liczyli koszty, byli ostrożni w inwestycjach itp. A media publiczne szastały pieniędzmi. Przede wszystkim psując rynek. Ale też gubiąc kompletnie pierwotną nadzieję na realizowanie zapisanej w ustawie z grudnia 1992 roku misji. To jeden zresztą w najważniejszych fenomenów specyfiki polskich przemian medialnych ostatnich trzech dekad.
Kompletna porażka TVP na polu misji
Jej konsekwentne upartyjnianie i stopniowa degradacja. Przez co rozumiem również postępującą komercjalizację i prymitywizację przekazu. Wyniesienie na ołtarze kultury disco polo za czasów prezesury Jacka Kurskiego to haniebny szczyt tych Himalajów dewastacji telewizji publicznej.

Gdzie jesteśmy dzisiaj? Znacznie bliżej standardów zachodnich, acz ze zniszczonymi i zaniedbanymi mediami publicznymi, gasnącą, choć świetnie spozycjonowaną telewizją komercyjną. Nadzwyczaj witalną i nieźle sobie radzącą radiofonią. Sferą internetu zdemoralizowaną przez bezpłatne portale horyzontalne jak Onet, WP czy Interia, które, oddając kontent za darmo, upośledziły rozwój oferty kontentu płatnego.
I z kompletną bezradnością wobec takich wehikułów jak światowe platformy typu Netflix, Amazon Prime itp.
Jaka będzie przyszłość?
Trudna. Polski rynek medialny nie wygenerował mechanizmów, które dałyby szansę przetrwania mediom typu premium o narodowej proweniencji. Będziemy coraz szybciej i coraz bardziej "zjadani" po kawałku przez wielkie światowe firmy.
Nieudolność Unii Europejskiej w kwestii opodatkowania gigantów IT tylko ten proces przyspieszy. Czasy heroiczne mamy za sobą. Gigantów polskiego przełomu, prawdziwych pionierów, jakimi byli Zygmunt Solorz, Mariusz Walter, Andrzej Woyciechowski czy Stanisław Tyczyński (to zarazem najważniejsze nazwiska polskiej rewolucji medialnej) nikt już nie zastąpi.

W szybkim tempie przegrywamy i mało jest szans na zmianę tej ponurej perspektywy.











