Materiał pt. "Cenne marzenia" pokazano 14 marca w "Faktach" w TVN i TVN24 BiS. Tematem był rosnący popyt na kredyty mieszkaniowe.
Reporterka Dominika Ziółkowska pojechała do Gdyni na Pomorskie Targi Mieszkaniowe. Komentujący zwrócili uwagę m.in. na powiązania osób występujących w nagraniu z branżą deweloperską i jednostronne przedstawienie sytuacji na rynku nieruchomości.
Materiał rozpoczął się od rozmowy z parą, która przyszła na targi nieruchomości. Przedstawiono ich jako "młode małżeństwo z marzeniem o własnym M". Chcieli skorzystać z programu "Mieszkanie bez wkładu własnego", który od 2021 roku oferuje Bank Gospodarstwa Krajowego. Gwarancja BGK zastępuje wymagany wkład własny do kredytu na pierwsze lokum.
Tymczasem użytkownicy platformy X (Twitter) ustalili, że profil na LinkedIn występującej przed kamerą Marty Kolaskiej wskazuje na jej zatrudnienie w Dekpol Deweloper. Potwierdzili to później przedstawiciele tej spółki. Zapewnili jednocześnie, że ich pracowniczka "wypowiada się jako osoba prywatna, zainteresowana zakupem mieszkania" i "odnosi się wyłącznie do własnych planów życiowych".

Jak dowiedział się portal Wirtualnemedia.pl, w związku z tym materiałem do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wpłynęło kilkaset skarg od widzów.
Rzeczniczka KRRiT Anna Ostrowska przekazała nam: – Zgłoszenia dotyczą przede wszystkim zarzutów związanych z rzetelnością przekazu dziennikarskiego. Widzowie podkreślili, że występująca w materiale TVN kobieta, która wraz z mężem jest zainteresowana zakupem mieszkania – według publicznie dostępnych informacji – może być zawodowo związana z branżą deweloperską.
Dziennikarze komentują materiał "Faktów" TVN o mieszkaniach
Pytamy dziennikarzy, czy takie błędy są dopuszczalne. I traktujemy to jako punkt wyjścia do szerszej rozmowy o weryfikacji rozmówców w mediach. O ile w prasie i internecie zwykle jest czas na sprawdzenie źródeł, o tyle w telewizji i radiu — zwłaszcza przy relacjach na żywo czy sondach ulicznych — jest to znacznie trudniejsze.

Tomasz Ławnicki, doświadczony dziennikarz radiowy, dziś szef zespołu serwisów informacyjnych w Radiu Nowy Świat, wcześniej wieloletni dziennikarz Trójki, mówi: – Jeśli nagrywamy setkę, jesteśmy w stanie zweryfikować rozmówcę wcześniej. Jednak różnica pomiędzy wypowiedzią eksperta a weryfikacją anonimowych postaci na ulicy, pytanych w sondzie jest znacząca. To drugie czasem bywa niemożliwe.
Nie chcę nikogo tłumaczyć, bo powinno się dochować szczególnej staranności. Nie przypisywałbym jednak dziennikarzom TVN, że zrobili to z premedytacją. Wątpię w to. Nie chcę rzucać kamieniem, bo - znając pracę redakcji - działa się szybko, trzeba "w biegu" łączyć różne wątki.
Z Ławnickim zgadza się doświadczona dziennikarka portalu internetowego, która jednak chce zachować anonimowość.
– Nie krytykuję dziennikarzy TVN. Źle to zabrzmi, ale każdemu z nas może się to zdarzyć. W redakcjach dziennikarzy jest coraz mniej, są coraz słabiej przygotowani. Nie ma dokumentalistów, fact-checkerów. Jest za to ogromne tempo pracy i presja przygotowania materiału "na już". To opowieść o kondycji mediów – stwierdza.

Chrabota: trzeba przeprosić, jak się popełniło błąd
Odmienne stanowisko ma Bogusław Chrabota z Gremi Media. Zapytaliśmy go, czy zgadza się z tezą, że dziś — m.in. z powodów ekonomicznych i ograniczenia liczby researcherów — dziennikarzom, zwłaszcza radiowym i telewizyjnym, trudniej dokładnie weryfikować rozmówców.
Nie zgadzam się. "Faków" oczywiście się w szybkiej pracy antenowej nie uniknie, ale potwierdzenie tożsamości rozmówcy to fundament fundamentów dziennikarstwa. Trzeba mieć na to czas, podobnie jak na ocenę, czy rozmówca daje gwarancję kompetentnej rozmowy. Dlatego tak ważny dla dziennikarza jest "notes", czyli spis rozmówców, ekspertów, etc., których się angażuje do materiałów dziennikarskich.
Według Chraboty pośpiech i brak wsparcia researchowego "niczego nie usprawiedliwia, zwłaszcza głupich pomyłek". – A gdy się już popełniło błąd – co jest ludzkie i każdemu może się przytrafić – trzeba umieć przeprosić – zaznacza.
W Radio 357 rozmówców weryfikuje sam dziennikarz
Iza Woźniak jest związana z Radio 357 od początku jego istnienia. Jako reporterka poranna przygotowuje m.in. materiały emitowane o 7:50 i zaprasza do programów ekspertów.

Podkreśla, że w stacji to reporter odpowiada za weryfikację rozmówców. Opowiada, w jaki sposób ich wyszukuje i sprawdza.
– Jeśli nie jest z mojej bazy, sprawdzam go dokładnie w internecie. Patrzę, czy nie miał sprawy karnej, albo na przykład czy stowarzyszenie, które reprezentuje, nie jest podejrzane. U nas każdy reporter działa sam, bez wsparcia researcherów. Weryfikacja rozmówcy to od początku do końca moja odpowiedzialność. W razie wątpliwości konsultuję to z wydawcą i autorem audycji. Jeśli mamy duże wątpliwości, rezygnujemy z zapraszania ryzykownego rozmówcy – mówi Woźniak.
I dodaje: – Każdy z dziennikarzy ma swoją bazę ekspertów, wymieniamy się nimi. Ale to jasne, że fajnie znaleźć takich, którzy nie są oklepani w mediach. Dokładnie sprawdzam potencjalnego rozmówcę w internecie. Często nie jest o nich łatwo, gdyż chodzi o wąską specjalizację. To, że ktoś jest socjologiem, nie znaczy, że ciekawie opowie o ślubach. Sprawdzam, jakie i gdzie miał publikacje. Jeśli rzecz dotyczy prawa autorskiego, sprawdzam jakie sprawy prowadziła kancelaria prawnika.

Iza Woźniak mówi też, jakich rozmówców nie zaprasza. Zostało jej to jeszcze z Trójki, gdzie pracowała w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Nie chcę takich, którzy są ukierunkowani politycznie. Z tym mieliśmy problem w Trójce. Dostaliśmy w kość od polityków. Teraz w Radiu 357 umówiliśmy się ze słuchaczami, że nie chcemy mieć ekstremistów na antenie. Nie chcę mieć dyskusji w stylu: pan się myli i pan jest głupi. Interesuje mnie merytoryczna rozmowa.
Reporterka Radio 357 przygotowuje także sondy uliczne, które stanowią mniej istotną część jej materiałów. To jednak właśnie w takich sytuacjach najłatwiej o problem z weryfikacją tożsamości rozmówców. I jak podkreśla, jest to ryzyko, którego nie da się całkowicie wyeliminować.
– W sondzie ulicznej nie jestem w stanie zweryfikować osób. Czy ktoś, kto mówi, że jest studentem, faktycznie nim jest? Oczywiście jadę przed akademik i pytam ludzi, czy są studentami. Muszę zawierzyć, że tak jest. Pytam, jakiego roku i jakiego kierunku, bo o imię w sondzie ulicznej już nie pytamy – opowiada Woźniak.

Powiedział, że choruje. Prowadził zbiórkę
Dziennikarka portalu internetowego, która prosi o zachowanie anonimowości, wspomina materiał, którego do dziś się wstydzi.
– Nie pamiętam dokładnie, jaki był pretekst do rozmowy z jednym z szefów zagranicznego sztabu wziętej polityk. Ale wiem, że wspomniany mężczyzna był "znany z mediów" i często się w nich pojawiał. Twierdził, że chorował. Umówiliśmy się na rozmowę telefoniczną, ponieważ rozmówca mieszkał za granicą. Miał mi dostarczyć dokumenty potwierdzające swoje problemy zdrowotne. Ale nie to było sednem rozmowy. I nie dopilnowałam tego – wspomina.
Okazało się, że historia choroby była zmyślona.
Rozmawialiśmy przez dłuższy czas, człowiek opowiadał o "demonach", z którymi walczył. Wspominał, że właśnie wraca ze szpitala. Wysyłał nawet zdjęcia twarzy zniszczonej chorobą. Opublikowałam zautoryzowany wywiad. I o sprawie zapomniałam. Później sparaliżowała mnie informacja, że wspomniany historię swojej choroby wymyślił na potrzeby internetowej zbiórki. Nabrał wielu dziennikarzy i czołowych polityków.
Czy inni dziennikarze też mają problemy z weryfikacją tożsamości swoich rozmówców?

Reporter radiowy anonimowo wspomina: – Zdarzyło się, że dziewczyna nagrywała kogoś do corocznej akcji o krwiodawstwie. Wykorzystała... wypowiedzi sprzed lat. Niestety, okazało się, że w międzyczasie jej rozmówczyni zmarła.
Inna sytuacja dotyczy ciszy wyborczej przed głosowaniem samorządowym. – Podałem zupełnie neutralną informację o czymś związanym z czystością rzek. Okazało się, że moja rozmówczyni kandydowała z Partii Zieloni do rady gminy w pewnym miasteczku. Kara za złamanie ciszy wyborczej wynosiła milion złotych. Gdyby ktoś to zgłosił, wyszłoby, że biorę udział w jej kampanii – wspomina.
A czasem problemem nie jest tożsamość rozmówcy, tylko... dziennikarza. Doświadczona reporterka portalu internetowego dostaje telefony czy maile do konkretnych ludzi i najczęściej wie, kim są. Ale to jej rozmówcy czasem nie chcieli wierzyć, że jest dziennikarką.

– Parę razy zdarzyło się, że ktoś zapytał, skąd ma pewność, że jestem osobą, za którą się podaję i odmówił rozmowy – wspomina.
A czasem ludzie zwyczajnie mediom nie ufają: – Nie chcą rozmawiać, bo sparzyli się na kontaktach z dziennikarzami. Zwłaszcza jeśli jest jakaś głośna historia. Wiele razy słyszałam coś w rodzaju: Obiecałem sobie, że już nie będę z mediami rozmawiał. Był tu taki jeden z portalu ABC, miał zacytować mnie anonimowo, a podał moje nazwisko. Albo: Media robią tylko sensację. Nie będziemy z wami więcej rozmawiać.













