– Takie obrazy zostają w pamięci na zawsze, ale też uczą pokory do zawodu i do życia – mówi nam Marta Kolbus, reporterka TVN24 zajmująca się tematyką społeczną.
Zima na czołówkach
W ostatnich tygodniach pogoda zdominowała czołówki polskich mediów, spychając na dalszy plan politykę czy sprawy międzynarodowe. Portale krzyczały nagłówkami: "Potężna fala mrozów atakuje Polskę", "Mrozy zbierają żniwo"; "Siarczyste mrozy zbierają śmiertelne żniwo. Dwie ofiary w jednej kamienicy".
– Pogoda czyta się u nas świetnie. Jak tylko zaczynają się ekstremalne mrozy, ślizgawice, to wskakujemy chętnie na te tematy. Na szczęście robimy to sprzed komputera – mówi wydawca portalu internetowego.
Telewizja też lubi pogodę, bo ona wpływa na życie każdego z nas. A żeby pokazać śnieżycę, czy mróz, po prostu trzeba tam być. Nie da się tego zrobić przez okno. Trzeba się przygotować i pojechać w teren, choć najczęściej w pracy reportera pogoda zwykle nie pomaga.

Kilkunastostopniowe mrozy, śliskie nawierzchnie, ciężki sprzęt. Bywa, że reporterzy pracują na zewnątrz nawet przez parę godzin, często stojąc w miejscu. – I przez to marzniemy najbardziej. To zupełnie co innego niż jazda na nartach. My się nie ruszamy i to jest problem – tłumaczy Anna Gonia-Kuc, reporterka Polsat News.
Anna Gonia-Kuc wspomina relacjonowanie protestu w Kielnie na Pomorzu, gdzie wraz z ekipą spędziła na mrozie ponad 3,5 godziny. – Było bodajże minus 15 i byliśmy na zewnątrz non-stop, bo tyle trwał protest i nie można było tego miejsca opuścić – mówi.
Czasami jednak to ruch, a konkretnie przemieszczanie się po trudnej, oblodzonej powierzchni z ciężkim ekwipunkiem stanowi największe wyzwanie.

Kiedy jakiś czas temu byliśmy na torosach w Mikoszewie, to tam trzeba było przejść od samochodu kawał drogi, zeskoczyć, zanieść sprzęt i tak dalej. No i oczekiwanie na live'a w takiej mroźnej temperaturze, na lodzie, gdzie można się przewrócić, gdzie skacząc z dwóch metrów, można sobie nogę skręcić, to są trudne momenty.
Jak się ogrzać?
Jak przygotować się do pracy w mrozie i śniegu? – Trzy lata temu firma kupiła mi kurtkę do minus 40 stopni. No i wróciły do łask moje wkładki termiczne do butów. Właśnie kupiłam także ogrzewacze do rąk — sprawdzają się świetnie. Ręce, nogi i głowa to jest to, co najbardziej marznie – opowiada Gonia-Kuc.
Reporterki i reporterzy chętnie wymieniają się też własnymi patentami. – Mamy grupę reporterek, gdzie podpowiadamy sobie różne sposoby radzenia sobie z zimnem. Choćby izolację stóp od lodu – używamy do tego dywaników samochodowych – mówi dziennikarka Polsatu.
Tomasz Waleński z Wirtualnej Polski przywiózł sprawdzony trik z Grenlandii.

– Miejscowi chodzą w raczkach, takich małych śrubkach nakładanych na buty. Montaż trwa sekundę, a ratuje przed poślizgnięciem się na lodzie. U nas też by się przydały, bo chodniki często nie są odśnieżone – zauważa.
Zakopaliśmy się nie raz, nie dwa
Najtrudniejsza w pracy reportera zimą bywa jednak nie sama temperatura, ale niepewność.
– Nigdy nie wiesz, jak długo będziesz na mrozie. Czasem to pięć minut, a czasem trzy godziny albo więcej – mówi Tomasz Waleński. – Trzeba brać pod uwagę, że w takich warunkach możesz nie dotrzeć na miejsce albo dojechać z dużym opóźnieniem – dodaje.
Natalia Madejska doświadczyła tej zimy podróży w ekstremalnej śnieżycy. – Drogi były całkowicie białe, widoczność minimalna, śnieg sypał poziomo przez silny wiatr. Zatrzymywaliśmy się, żeby bezpiecznie przeczekać, ale też po to, by pokazać widzom, jakie panują warunki i apelować o ostrożność – wspomina.

Reporterka TVN24 pokazuje na Instagramie kulisy swojej codziennej pracy, zwłaszcza te zabawne momenty. Jakiś czas temu podzieliła się filmem kompletnie zakopanego w śniegu auta.
– Samochód mieliśmy zakopany nie raz i nie dwa. Oczywiście jedną taką sytuację pokazałam w rolce i też pokazaliśmy ją na antenie, dlatego że doświadczyliśmy przy tym niezwykłej życzliwości od mieszkańców, którzy skrzyknęli się całą grupą, żeby pomóc nam wypchnąć auto – opowiada.
Zamarznięty człowiek
Najtrudniejsze zimowe relacje nie dotyczą jednak pogody, lecz ludzi. Szczególnie tych, dla których mróz jest realnym zagrożeniem życia. Marta Kolbus realizując materiał o osobach w kryzysie bezdomności, wraz z operatorem towarzyszyła patrolowi służb. W jednym z pustostanów znaleźli zamarzniętego mężczyznę.

– Co innego przeczytać o śmierci w policyjnym komunikacie, a co innego zobaczyć ją na własne oczy – mówi dziennikarka. – Wyglądał, jakby spał. Ratownicy odstąpili od reanimacji. To ogromne emocje, na które nie da się przygotować, nawet po 25 latach w zawodzie – dodaje.
Doświadczenie pomaga zachować spokój, ale nie znieczula. – Czasem trudno powstrzymać łzy. Takie obrazy zostają w pamięci na zawsze – przyznaje Kolbus.
Reporterka TVN24 mówi też o poczuciu sensu nawet w tak trudnych momentach: –Czuję, że jestem we właściwym miejscu, blisko ludzi i ich spraw. W takich sytuacjach obraz mówi więcej niż tysiąc słów. Chodzi o pokazanie fragmentu rzeczywistości, która dla większości z nas jest obca.

Reporterka TVN24 podczas patroli widziała pustostany pełne śmieci, resztek jedzenia i ludzi żyjących w skrajnych warunkach. – Najgorsze jest poczucie bezsilności. Chcesz pomóc, rozmawiasz, namawiasz, ale często słyszysz odmowę. I nie zawsze powodem jest alkohol – zaznacza.
– Po takim dyżurze wracamy do domu, pijemy ciepłą herbatę, siadamy na kanapie i jeszcze bardziej doceniamy to, co mamy. W pamięci zostają jednak ci ludzie. Ich twarze i historie – dodaje.
Bo choć zima dla reporterów oznacza mróz, zmęczenie i ryzyko, to też przypomina, po co wybrali ten zawód: by być tam, gdzie dzieje się coś ważnego – nawet wtedy, gdy "pogoda zwykle nie pomaga".











