Wszystko zaczęło się pół roku wcześniej
To nie był projekt, który powstał na zamówienie instytucji ani efekt wielomiesięcznych przygotowań finansowanych z publicznych pieniędzy. Zaczęło się od obserwacji.
Na początku roku Krzysztof Noworyta zauważył, że Stany Zjednoczone rozpoczęły obchody 250-lecia swojej niepodległości. Zwróciło jego uwagę coś więcej niż sama rocznica.
– Przez siedem miesięcy budują napięcie przed kulminacją 4 lipca, czyli odwrotnie niż często w Polsce, gdzie rocznicę przygotowuje się miesiąc czy dwa wcześniej, byle zdążyć – wspomina.
Pomyślał wtedy, że właśnie w tej historii jest miejsce dla Polski. Nie kolejnego oficjalnego filmu promocyjnego ani państwowego spotu, ale historii, która mogłaby zainteresować także Amerykanów.
– Pomyślałem wtedy, że byłoby świetnie, gdyby Polska naprawdę coś na tę okazję dowiozła. Nie kolejny oficjalny komunikat, tylko historię, którą sam chciałbym zobaczyć: Pułaski ratuje Waszyngtona – opowiada.

Jednocześnie miał świadomość, że podobnego projektu prawdopodobnie nikt nie zrealizuje.
– Założyłem, że ze strony państwa nie będzie niczego. Skoro jest pustka, to jest też miejsce. Trzeba je wypełnić dobrą opowieścią – mówi. Tak narodził się projekt.
Od pomysłu do filmu
Przez kilka miesięcy pomysł dojrzewał. Dopiero w maju rozpoczęły się konkretne prace.
Krzysztof Noworyta wraz z Filipem Syczyńskim zaczęli budować treatment i scenariusz. Sam etap pisania zajął około miesiąca. Następnie przyszły trzy tygodnie produkcji: animacja, udźwiękowienie, lektorzy, montaż, postprodukcja oraz planowanie całej komunikacji w mediach społecznościowych. Łącznie od rozpoczęcia prac do premiery minęły niespełna dwa miesiące.
Za całość odpowiadał zaledwie trzyosobowy zespół.
– Sam pomysł wyszedł ode mnie, ale to energia nas trzech, moja, Filipa Syczyńskiego i Tommy'ego Zee, zamieniła pomysł w opowieść i film – przyznaje Krzysztof Noworyta.

Role zostały jasno podzielone. On odpowiadał za koncept, scenariusz i produkcję, Filip Syczyński za reżyserię, stronę wizualną i współtworzenie scenariusza, a Tommy Zee za muzykę oraz efekty dźwiękowe. Końcową postprodukcję wsparł Wiktor Wolański.
Jak zatem opowiedzieć historię Pułaskiego, żeby nie przypominała szkolnej akademii?Pierwszą decyzję twórcy podjęli jeszcze na etapie scenariusza. Nie chcieli tworzyć kolejnej lekcji historii.
Krzysztof Noworyta przyznaje, że zależało im na narracji lekkiej, przystępnej, momentami wręcz "tarantinowskiej", pozbawionej szkolnego tonu i patriotycznego zadęcia.
Inspiracją wizualną stał się "Ostatni Mohikanin". Chodziło o światło, skalę i epicki charakter obrazu. Jednocześnie całą historię postanowiono opowiedzieć oczami Amerykanina. Narratorem został prosty żołnierz, a wszystkie materiały przygotowano od początku po angielsku.

Dużo czasu poświęcono również bohaterom. Narrator miał budzić sympatię, natomiast Pułaski — mimo że praktycznie się nie odzywa — miał przyciągać charyzmą i samą obecnością na ekranie.
AI? Tak. Ale nie ona zrobiła film
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów produkcji było wykorzystanie narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji.
Korzystali z najlepszych modeli AI do obrazu i głosu, między innymi ElevenLabs, ale szybko przekonali się, że samo AI nie zrobi filmu. – O wszystkim decydowało ludzkie oko, które usuwało fałsz z kadrów, gestów i słów narratora – opowiada nasz rozmówca.
Dzięki temu mogli przygotować widowisko w czasie i budżecie, które przy klasycznej produkcji wymagałyby znacznie większych nakładów.
Krzysztof Noworyta podkreśla jednak, że AI nie stworzyła filmu. – Dała nam surową materię, trochę jak ciasto, które dopiero trzeba upiec – wyjaśnia. Dodaje, że to oko Filipa, ucho Tommy’ego i jego wyczucie opowieści zdecydowały, które ujęcia zostaną, gdzie ma wejść muzyka i co ma poczuć widz.

Najwięcej pracy zajęła selekcja ujęć, poprawianie ruchu postaci, twarzy, zachowanie ciągłości bohaterów, montaż, udźwiękowienie i usuwanie elementów, które zdradzały sztuczne pochodzenie obrazu.
Miał być jeden film. Powstała cała kampania
Jedna z ciekawszych historii dotyczy ścieżki dźwiękowej. Pierwszy montaż Tommy Zee zobaczył zaledwie pięć dni przed premierą. Gdy odwoził dzieci do przedszkola, wpadła mu do głowy główna melodia. Zagwizdał ją do telefonu, wykorzystał AI do stworzenia kilkuset wariantów instrumentacji, a po powrocie do domu zaczął układać z nich finalną kompozycję.
– To nie AI tchnęło duszę w te próbki, ale autorska kompozycja, która wyraża podróż bohatera filmu – mówi.
Pierwotny plan był prosty. Film miał pojawić się przed amerykańskim Świętem Niepodległości, przeżyć weekend i zakończyć swój internetowy żywot.

Tak się nie stało. Już po publikacji 3 lipca okazało się, że internauci zaczynają wysyłać go znajomym w Stanach jako internetową kartkę z życzeniami. Film zaczęły udostępniać osoby reprezentujące bardzo różne środowiska polityczne i społeczne.
To właśnie wtedy twórcy postanowili zmienić strategię. Nie przygotowywali wcześniej kolejnych materiałów. Tworzyli je na bieżąco.
Najpierw publikowali grafiki z filmu, później przygotowali teledysk do utworu Andrew Birda, następnie zaczęli wysyłać influencerom i osobom udostępniającym film spersonalizowane "selfie z Pułaskim". Na zakończenie kampanii powstał jeszcze humorystyczny spot, w którym Pułaski i Waszyngton idą na piwo po dobrze wykonanej robocie, chwilę rozmawiają i wznoszą toast za widzów. W ten sposób jednorazowa publikacja zamieniła się w wieloetapową historii.
PUŁASKI SAYS THANK YOU

Kampania bez budżetu
Twórcy podkreślają, że cała akcja była finansowana z własnych pieniędzy. – To była nasza własna inicjatywa, sfinansowana z prywatnych środków Miał być jeden film. Powstała cała kampania zapewnia Krzysztof Noworyta.
Największy ruch wygenerował serwis X, odpowiadający za około 70 proc. zasięgu kampanii. Facebook przyniósł około jednej czwartej ruchu, Instagram kilka procent, a YouTube pełnił głównie rolę archiwum filmu.
Według twórców materiał przekroczył 410 tys. wyświetleń bez wydania choćby złotówki na promocję.
Krzysztof Noworyta nie ukrywa, że film miał być również eksperymentem. Sprawdzeniem, czy obywatelska inicjatywa, bez zamówienia i instytucjonalnego wsparcia, może znaleźć własną publiczność. – Okazało się, że potrafi - stwierdza dzisiaj.
Dlatego z jednego filmu powstał także nowy projekt. Na potrzeby kampanii stworzono markę Mythscape, pod którą mają pojawiać się kolejne produkcje. Jak mówi Krzysztof Noworyta, zespół prowadzi już rozmowy o następnych realizacjach.

– Będziemy rozwijać ten format opowieści. Naród woła o "Kościuszkę"... narodowi się nie odmawia - zapowiada nasz rozmówca.













