Wraz z rozwojem internetu powstały zawody, które dziś są nie tylko powszechne, ale i bardzo pożądane. Tempo zmian pozostaje jednak zawrotne – od telefonów-cegieł przeszliśmy do smartfonów, od modemów do wszechobecnego Wi-Fi, a media i reklama nieustannie zmieniają sposób pracy.
Potwierdzają to prognozy Światowego Forum Ekonomicznego. Raport Future of Jobs 2025 wskazuje, że w ciągu najbliższych pięciu lat zdezaktualizuje się 39 proc. kompetencji wykorzystywanych dziś w pracy.
Jakich umiejętności wymagała branża medialna 25 lat temu, a jakich wymaga dziś? I jak zmieniły się zawody, które na początku XXI wieku dopiero się rodziły, a dziś stanowią fundament medialnego ekosystemu?
Social media manager
Pojawił się: 2010 rok
Zarobki: od około 5-20 tys. zł brutto
Na początku mediów społecznościowych w Polsce dominowały Fotka.pl, Grono i Nasza Klasa. Po wejściu Facebooka w 2008 roku marki szybko dostrzegły potencjał komunikacji z użytkownikami. Początkowo profile prowadzili marketerzy i PR-owcy, ale wraz z rozwojem platform wykształcił się zawód social media managera. Pierwsze wyspecjalizowane agencje social media zaczęły powstawać około 2010 roku.

– Kiedy zaczynałem pracę na styku PR i digitalu, dla wielu osób z mojego otoczenia czy dla klientów były to raczej nowinki i coś nie do końca poważnego – wspomina Adam Kaliszewski, dyrektor i head of digital practice w Solski PR.
Dziś rynek wygląda zupełnie inaczej. Rosną wydatki na reklamę w social mediach, zmieniają się platformy, a od specjalistów wymaga się znacznie szerszych kompetencji.
Obecnie same wydatki reklamowe na social media w naszym kraju, po epidemicznej flaucie, rosną o kilkaset milionów złotych rocznie. (...) dziś social media manager musi dysponować innym zasobem umiejętności technicznych niż 15, czy 20 lat temu – choćby umiejętność pracy z treściami video staje się już podstawowa.
Jak podkreśla, w social mediach zmieniło się niemal wszystko poza jednym:

– "Nic", ponieważ social media to nadal ludzie po drugiej stronie ekranu. (...) To nadal, tak jak 25 lat temu, ludzie, z którymi można (i należy) rozmawiać – stwierdza Kaliszewski.
Za największy przełom uważa dominację algorytmów. – Największą zmianą było pojawienie się serwisów, w których prezentowanie użytkownikom treści odbywało się na podstawie algorytmów (...) merytoryka zeszła na dalszy plan, a ważniejsze stało się przyciągnięcie i zatrzymanie użytkownika – komentuje.
Szymon Florczak, specjalista social media marketingu, zauważa, że media społecznościowe przestały być wyłącznie kanałem publikacji. – A stały się złożonym ekosystemem komunikacji, sprzedaży, budowania marki, obsługi klienta i pozyskiwania danych – tłumaczy.
Dzisiejszy social media manager musi łączyć kompetencje strategiczne, analityczne i technologiczne. – To już nie jest osoba "od Facebooka", ale ktoś, kto łączy kropki pomiędzy marketingiem, technologią i biznesem – podkreśla Florczak.

Coraz większą rolę odgrywa także AI. Automatyzuje kampanie i ułatwia tworzenie treści, ale – jak zauważa Kaliszewski – odbiorcy coraz częściej odrzucają bezrefleksyjnie generowane materiały.
Obserwujemy narastającą niechęć do "AI slopów", a treści generowane i publikowane bezrefleksyjnie w social mediach często spotykają się z bardzo negatywnym odbiorem, zaś ceniony jest refleks, żart, ludzkie oblicze. Mam więc poczucie, że umiejący się komunikować człowiek nadal pozostanie niezbędnym elementem tej układanki, choć oczywiście osoby umiejętnie korzystające z nowych narzędzi będą miały istotną przewagę już od startu.
Magda Rokicka z Social Lamy ocenia, że perspektywy dla branży pozostają dobre, choć wymagania wobec kandydatów stale rosną. Coraz większe znaczenie mają analityka, e-commerce, performance marketing i praca z danymi. Florczak dodaje, że AI przejmuje zadania powtarzalne, dlatego najbardziej cenione będą osoby kreatywne i strategiczne.
A zarobki?
Adam Kaliszewski nie pozostawia złudzeń: – Jeśli ktoś szuka pracy przyszłości ze wspaniałymi perspektywami finansowymi, to prawdopodobnie powinien rozglądać się w zupełnie innych obszarach.

Według Rokickiej i Florczaka juniorzy zarabiają zwykle około 5-9 tys. zł brutto. Najlepsi specjaliści, łączący kompetencje social media i strategii reklamowej, mogą liczyć na wynagrodzenie sięgające około 20 tys. zł brutto.
Influencer (marketing) manager
Pojawił się: 2014 rok
Zarobki: od około 10 tys. zł brutto do "to zależy".
W Polsce działa dzisiaj około 800 tys. twórców internetowych, a najwięksi z nich budują biznesy generujące setki milionów złotych przychodów. Wejście do branży jest łatwiejsze niż kiedykolwiek. Wystarczy smartfon, konsekwencja i odporność na krytykę.
Początki były jednak znacznie skromniejsze. Pierwsze współprace z markami nawiązywali blogerzy. W 2002 roku w polskiej sieci działało około 30 tys. blogów, a jednym z pionierów profesjonalizacji tej działalności był Tomasz Tomczyk (Kominek, dziś Jason Hunt). Jak sam po latach wspominał: "W tamtych czasach sponsorów to się miało raz na kilka miesięcy. Na palcach jednej ręki można ich było policzyć".

Podobną drogę przeszli youtuberzy. Choć YouTube wystartował w 2005 roku, dopiero około 2010 roku twórcy tacy jak Niekryty Krytyk czy Abstrachuje.tv zgromadzili milionowe społeczności i pokazali, że tworzenie internetowych treści może stać się pełnoetatowym zajęciem.
W maju 2014 roku ukazała się publikacja na Antywebie o tym, że startujemy z Hash.fm jako z rankingiem blogerów i youtuberów (...) Natomiast niedługo potem ruszyliśmy z częścią agencyjną Hash.fm i wtedy już od razu pamiętam, że mówiliśmy "o pierwszej w Polsce agencji influencer marketingowej".
Jak zmienił się rynek na przestrzeni dekady?
Traczyk mówi o dwóch kwestiach: – Pierwsza to, że rynek jest większy, a alokowane tam budżety również. Nie wiem, czy poszczególni gracze alokują większe budżety, ale po prostu jest teraz więcej firm, które wchodzą w tę część komunikacji. Przez to jest więcej pieniędzy na rynku niż pięć czy siedem lat temu.

Drugą zmianą jest coraz większa specjalizacja. Influencerzy lifestylowi wypierani są przez tych, którzy potrafią skupić wokół siebie być może węższą, ale za to bardziej oddaną grupę odbiorców.
– Jest coraz większa granulacja tematyczna, jeżeli chodzi o twórców. Twórców jest więcej, więcej jest też twórców niszowych, a także większa ich różnorodność i specjalizacja. Z kolei platformy oferują coraz więcej niszowych rozwiązań, więc to sprzyja temu zjawisku – zauważa Traczyk.
To, co zdaniem twórcy Hash.fm pozostało jednak od ponad dekady niemal niezmienne, to proces przygotowania, realizacji, egzekucji oraz oceniania kampanii.
Jak wyglądają zarobki w influencer marketingu? Oferty zamieszczone w popularnych serwisach podają widełki 10-13 tys. złotych brutto dla specjalisty z kilkuletnim doświadczeniem. Nie jest to najniższa stawka, ale i, jak podkreśla Traczyk, kawałek chleba, który musi za nią powstać, nie jest łatwy do wypieczenia:

– Praca z influencerami bardziej przypomina pracę z artystami niż ze zdyscyplinowaną armią ludzi egzekwujących nasze potrzeby – zaznacza.
I dodaje: – Środowisko influencerów, jeżeli w ogóle możemy o czymś takim mówić, jest lustrzanym odbiciem cech i właściwości całego polskiego społeczeństwa. Mamy tam całą paletę osobowości, charakterów i temperamentów, więc największe wyzwanie polega na tym, że nigdy do końca nic nie wiadomo. Ale też największą mocą influencer marketingu jest to, że nigdy do końca nic nie wiadomo.
Jego zdanie podziela Monika Wdowiak, partner w Dre$$code Crew, czyli firmie stworzonej przez Mikołaja "Bagi" Bagińskiego i Augusta Mierzejewskiego: – Poza przygotowaniem biznesowym trzeba mieć sporo miękkich umiejętności: empatię, wyczucie i przede zrozumienie tego, jak funkcjonuje ta branża.

Wdowiak przyznaje, że sposób działania influencerów, choć z zewnątrz wydaje się, używając terminologii spod znaku Z, randomowy, jest jednak uporządkowany. Tyle tylko, że w zupełnie inny sposób niż uporządkowane były kampanie wydawnicze na początku wieku:
Strategia napisana w styczniu w marcu będzie już nieaktualna. Oni nie planują swoich działań na pół roku do przodu, tylko reagują na to, co dzieje się tu i teraz, na globalne trendy. Tym bardziej jednak cenią umiejętności osób, które w tak zmiennych warunkach potrafią trzymać się założeń biznesowych.
Producent podcastów
Pojawił się: 2005 roku
"Popularne na całym świecie zjawisko podcastingu szturmem wkracza w internetowe życie polskich użytkowników" – pisaliśmy w Wirtualnych Mediach 31 października 2006 roku. Dziś trudno uwierzyć, że internetowe audycje mogły wydawać się czymś przełomowym.

Ich sukces pokazuje jednak, że mimo zmieniających się technologii potrzeba pozostaje ta sama – chcemy słuchać i być słuchani.
Okazało się, że jako odbiorcy ogromnie pragniemy prawdy i głębi, chcemy rozmawiać o wszystkim i autentycznie ciekawią nas historie drugiego człowieka. W świecie przeładowanym krótkimi, powierzchownymi treściami, podcast stał się enklawą.
Podcasterem może zostać każdy, kto ma sprzęt do nagrywania. A producentem podcastów? Wielu twórców pełni obie te role. Tak jest w przypadku "Podcastexu - podcastu o latach 90. i 00.", który tworzą Mateusz Witkowski i Bartek Przybyszewski.
– Mamy taki swój własny system producencki, to znaczy dzielimy się odcinkami mniej więcej na zmianę, więc ciężar (produkcji – red.) spoczywa na barkach to jednego, to drugiego - komentuje Witkowski, dodając, że mówi o kwestiach merytorycznych i kreatywnych. Inna sprawa to technikalia, które jakiś czas temu powierzyli w ręce zespołu.

"Samoprodukujący się" Podcastex nie jest wyjątkiem, ale też nie regułą. Producentka i managerka twórców Dominika Matusiak-Cholerzyńska, która współpracuje m.in. z Justyną Mazur-Kudelską, autorką jednego z najpopularniejszych podcastów true crime w Polsce, "Piąte: nie zabijaj", tłumaczy, jak szeroki może być zakres obowiązków osoby odpowiedzialnej za wypuszczanie kolejnych odcinków w internetowy eter:
– W zależności od potrzeb wiąże się to z różnymi zadaniami: od wymyślenia formatu, pisania scenariuszy, doboru i organizacji gości, zorganizowania odpowiedniego studia, po przygotowanie oprawy i identyfikacji podcastu, kontrolowanie procesu montażu, przygotowanie formatów promocyjnych na social media, aż po załadowanie odcinka z uwzględnieniem odpowiednio dopasowanych grafik i opisów – wylicza.
Kluczowa jest też obserwacja opublikowanych odcinków i wyciąganie wniosków na bieżąco, tak by dany projekt mógł się rozwijać i trafiać do coraz większej grupy odbiorców, a finalnie – mógł zacząć być monetyzowalny – bo jest to często jeden z celów każdego podcastera. Kiedy to się stanie, rozpoczyna się proces pozyskiwania klientów i koordynacji działań komercyjnych.
Witkowski i Przybyszewski przyznają, że pracy nad podcastem jest ogrom. Samo przygotowanie odcinka to kilkadziesiąt godzin, łącznie z nagraniem, które jeszcze do niedawna realizowali zdalnie. Biorąc pod uwagę dodatkowe działania okołopodcastowe (wydali dwie książki, pojawiają się na spotkaniach autorskich, tworzą dodatkowe treści dla osób wspierających Podcastex), uzbierają się z tego dwa pełne etaty, pewnie nawet z lekką górką. Na pytanie, czy założeniem od początku było "żyć z podcastu", Witkowski odpowiada:
Pamiętam, że miałem bardzo dobre przeczucia. Znałem nasze mocne strony, wiedziałem, jak wyglądają nasze prywatne rozmowy, byłem więc w stanie uwierzyć, że znajdzie się odbiorca, któremu będzie chciało się tego słuchać. (...) Nie byłem zaskoczony, gdy po jakimś czasie zaczęliśmy z tego żyć, zaskoczyło mnie jednak, jak szybko – w zasadzie: już po kilku pierwszych odcinkach – wokół podcastu zaczęła się formować pewna społeczność. I to, moim zdaniem, jest w dalszym ciągu naszą największą siłą i sukcesem.
Pomysł okazał się na tyle trafiony, że dziś pod szyldem Podcastex znajdziemy ponad 200 odcinków, a jego twórcy stale go rozwijają. Od niedawna ich audycja jest już wideocastem nagrywanym we własnym studiu.
– Gdybyś mnie zapytała pięć lat temu, gdzie się widzę za pięć lat, to nie powiedziałbym, że będę utrzymywał się z Podcastexu – dodaje Przybyszewski.
Środki na produkcję odcinków zbierają m.in. w serwisie Patronite, gdzie ponad sześciuset patronów przelewa na ich konto miesięcznie ponad 20 tys. zł. Do tego można doliczyć współprace komercyjne oraz spotkania z udziałem publiczności, które obaj traktują jako szczególnie przyjemną część ich pracy.
– Są to kwoty wysokie jak na humanistów zajmujących się, szeroko rzecz ujmując, humanistyką. Nie wchodząc więc w szczegóły: nie możemy narzekać, zwłaszcza jeśli porównamy nasze zarobki do znajomych, którzy pracują w mediach, agencjach reklamowych czy na uczelniach – mówi Przybyszewski.
W podobnym tonie wypowiada się Dominika Matusiak-Cholerzyńska, która po latach zbierania doświadczenia m.in. w agencji specjalizującej się w podcastach komercyjnych, rozpoczęła własną działalność.
Anna Trusewicz dodaje, że potencjalni twórcy muszą dzisiaj brać pod uwagę również kwestie produkcji wideo:
– Rozmawiając o kosztach, musimy raz na zawsze porzucić myślenie o podcastach wyłącznie w kategoriach audio. Dzisiejszy rynek to wideo. Badania Eurozetu jasno pokazują, że dla blisko 70 proc. odbiorców główną platformą jest YouTube, a w naszym studio aż 95 proc. projektów tworzymy z myślą o ekranach – zapewnia współwłaścicielka studia Miś.
Pieniądze to jedno. Jak przekonuje Matusiak-Cholerzyńska, wyzwanie tkwi również w utrzymaniu zainteresowania odbiorców.
– Stale rozwijająca się popularność tego medium powoduje, że powstaje coraz więcej podcastów, a co za tym idzie, rośnie konkurencja i coraz trudniej jest się przebić, a dodatkowo utrzymać uwagę odbiorców. To się wiąże z pewnymi stałymi elementami, które musi spełniać podcaster: pomysł, umiejętność opowiadania historii w sposób ciekawy, angażujący i zrozumiały, charyzma, plan promocji podcastu, np. w social media, i odrobina szczęścia – jak we wszystkim.
Programmatic specialist:
Pojawił się: 2011 rok
Zarobki: od około 6 tys. zł do 25 tys.
Ostatnie 25 lat przyniosło wiele zawodów, które trudno wytłumaczyć własnym dziadkom czy babciom. Ludzie z branży reklamy programatycznej mają jednak jeszcze większy problem: o tym, jak minął im dzień w pracy, trudno pogadać nawet z przyjaciółmi. Ludzie spoza branży wiedzą z reguły tyle:
– Odpowiadam za technologię reklamową po stronie wydawcy. Czyli w moich kompetencjach jest wdrożenie technologii, dostosowanie jej i obsługiwanie w taki sposób, aby w konkretnych miejscach były konkretne reklamy konkretnych partnerów – opisuje swoją pracę Filip Sadowski, AdTech Specialist.
Tylko że to dopiero początek programatycznej góry lodowej. O tym, jak daleko sięga w głąb internetowego oceanu i kiedy zaczęła się formować, mówi Krzysztof Czok, board member w Tri-Tabl oraz zastępca przewodniczącej grupy roboczej Programmatic przy IAB Polska.
Pierwsze wdrożenia nad Wisłą miały miejsce w latach 2011-2012. Na początku był to RTB (Real-Time Bidding), czyli model automatycznej aukcji, w której systemy licytują i kupują pojedyncze odsłony reklamowe w czasie rzeczywistym (w ułamku sekundy podczas ładowania strony), a które dziś uznajemy za jeden z elementów szerszego ekosystemu programmatic.
I dodaje: – Kamieniem milowym okazał się rok 2013. To wówczas w Polsce zaczęło operować już kilka platform wyspecjalizowanych w automatycznym zakupie i sprzedaży mediów. W tym samym czasie Grupa Robocza RTB przy IAB Polska wydała pierwszy, pionierski "Poradnik RTB", a samo IAB włączyło monitoring wydatków na ten kanał do oficjalnego badania IAB AdEx. Był to moment zwrotny, w którym rynek zaczął się realnie porządkować. Oczywiście ewoluowało też samo nazewnictwo: z czasem wąskie pojęcie RTB zostało wyparte przez "programmatic", który rósł wraz z pojawianiem się nowych narzędzi i modeli zakupowych.
Do 2011 roku reklama internetowa działała głównie w modelu direct – reklamodawcy kupowali konkretne miejsca na stronach, a obie strony dokładnie wiedziały, gdzie i obok jakich treści pojawi się reklama. Wprowadzenie RTB na pewien czas zmieniło te zasady. Dziś jednak ekosystem programmatic jest znacznie lepiej kontrolowany, a skala zjawiska ogromna:
– Programmatic dojrzał i urósł do tego stopnia, że według badania IAB Polska/PwC AdEx 2025 odpowiada dziś za blisko połowę wydatków na reklamę cyfrową w Polsce, stając się dla większości marketerów i wydawców głównym kanałem transakcyjnym – tłumaczy Czok.
Początki, jak wspomina Weronika Gładych, senior sales manager w Hybrid, firmie, dostarczającej rozwiązania do optymalizacji kampanii reklamowych, były wymagające – zarówno dla sprzedających, jak i kupujących:
– Branża i marketerzy obawiali się utraty jakości ruchu, pewności emisji na witrynach i formatach [...] Jakość inventory również pozostawiała wiele do życzenia, gdyż początkowo wydawcy udostępniali gorsze jakościowo powierzchnie, które z różnych przyczyn nie były odpowiednio zapełnione reklamami. Problemem były też dane – ich jakość oraz to, że reklamodawcy nie zawsze wiedzieli, gdzie będą się wyświetlać. To samo tyczy się botów i eskalacji ruchu fraudowego. Dzisiaj nadal walczymy z botami i fraudem, jednak lata programatica wymusiły na branży ustalenie i wdrożenie odpowiednich norm jakościowych. Nadal jednak jest to ogromny problem.
Krzysztof Czok dodaje, że wyzwaniem w pierwszych latach programmatica był też brak specjalistów.
Z jakimi problemami branża mierzy się obecnie?
– Dzisiaj wyzwaniem jest utrzymanie tak "modnego" ostatnio attention. W czasach, kiedy każdy znając sposób działania platform typu DV 360, adform, czy innych – może wyemitować kampanię gdzie chce, jesteśmy zasypani reklamami o każdej porze dnia i nocy, to właśnie uwaga użytkownika jest największą wartością - zauważa Weronika Gładych, dodając, że pod względem technicznym wyzwaniem jest też odpowiednie i skuteczne wprowadzenie technologii AI, która jeszcze lepiej zoptymalizuje działania - właśnie w celu skupienia uwagi użytkownika na reklamie.
Czok: – Dzisiejsze wyzwania koncentrują się wokół prywatności użytkowników oraz technologii identyfikacji (...) Zmierzch "ciasteczek" w połączeniu z rygorystycznymi regulacjami prawnymi, takimi jak RODO i z systematycznym zaostrzaniem polityki prywatności przez dostawców przeglądarek internetowych oraz systemów operacyjnych, stopniowo odcina branżę od dotychczasowych metod śledzenia użytkowników i optymalizacji kampanii (...) Współczesny programmatic uczy się efektywności na nowo: w świecie, w którym prywatność użytkownika stoi na pierwszym miejscu - stwierdza Czok.
I dodaje, że wyzwaniem pozostaje również transparentność łańcucha dostaw reklamy.
Czy postęp technologiczny sprawił, że branża nasyciła się specjalistami? Zależy, jak na to patrzeć. Na "ludzi od programmatica" – przynajmniej tych pracujących od strony wydawców – zawsze będzie popyt, bo, jak zauważa Filip Sadowski, jest to bardzo hermetyczne środowisko.
– Sam wyuczyłem zawodu jakieś dwadzieścia, trzydzieści osób. To dużo, bo u wydawców średnio wysokiego szczebla pracowników odpowiedzialnych za ad operations jest maksimum trzy, ale równie dobrze to może być jedna osoba [...] Moja praca polega na obsłudze systemów, które są zamknięte. Nie ma do nich dostępu nikt z zewnątrz, czyli jeżeli ja nie pracuję w branży, to nie mogę sobie założyć konta i nauczyć się wszystkiego przez darmowy tutorial – zauważa Sadowski.
Na pytanie o zarobki podaje klasyczną odpowiedź: junior – około 8 tys. brutto, a specjalista – cóż, sky is the limit, w zależności od zakresu kompetencji. To po stronie wydawcy.
Po stronie agencji wynagrodzenia są bardzo zróżnicowane i zależą od firmy, lokalizacji, doświadczenia oraz kompetencji. Jak wskazuje Gładych, juniorzy mogą liczyć na około 6 tys. zł brutto, a doświadczeni specjaliści na 15-25 tys. zł brutto.
Krzysztof Czok dodaje, że stawki różnią się także w zależności od miejsca zatrudnienia – agencji, wydawcy, reklamodawcy czy firmy AdTech. Podkreśla, że najwyżej cenione są dziś osoby łączące kompetencje technologiczne, analityczne i biznesowe, ponieważ automatyzacja przejęła wiele operacyjnych zadań.
Growth hacker
Kiedy się pojawił: 2010 rok
Zarobki: od około 6 tys. zł do 45 tys. zł
Budowanie biznesu w internecie w teorii jest proste. W praktyce prędzej czy później pojawi się znajomy problem: za mały budżet. Co wtedy? W 2010 r. można było szukać inwestora. Albo można było znaleźć growth hackera.
– Growth hacking, czyli dosłownie "hakowanie wzrostów", to dla mnie nie tyle technika, co sposób myślenia. Cel jest zawsze jeden: szybki wzrost firmy rozumiany jako więcej klientów, wyższe przychody, większą rozpoznawalność, ale osiągany sprytem, a nie wielkością budżetu – tłumaczy Robert Marczak, konsultant sprzedaży i marketingu B2B, specjalizujący się w SEO, lead generation i optymalizacji procesów sprzedażowych online.
Jak wyjaśnia Marczak, termin "growth hacking" ukuł Sean Ellis w 2010 roku, opisując specjalistę, którego nadrzędnym celem jest wzrost firmy. Koncepcję oparł na własnych doświadczeniach z Dropboxa, gdzie współtworzył słynny program poleceń, uznawany za jeden z najbardziej udanych growth hacków w historii.
– Branża była na starcie zbiorem pojedynczych, błyskotliwych zagrań – opowiada Marczak.
– Pamiętam, będąc jeszcze w liceum, jaką wartość miało zaproszenie do Gmaila, wtedy te zaproszenia były nawet wystawiane na aukcjach Allegro, praktycznie każdy czuł mocny efekt FOMO. Zarówno Dropbox jak i wspomniany Gmail to był jeden sprytny pomysł, który wystrzelił. I to one ulepiły growth hackingowi wizerunek "magicznej sztuczki".
Pytanie, czy dzisiaj w marketingu wciąż jest miejsce na "hacki"? – Branża mocno wydoroślała. Dziś mniej mówimy o sztuczkach, a więcej o procesie i dyscyplinie. Standardem jest praca na danych i twardych wskaźnikach oraz myślenie całym lejkiem - od pozyskania, przez aktywację i utrzymanie, po dalsze polecenia i finalnie przychód – komentuje Marczak.
Mateusz Baranowski, właściciel firmy GrowthHub i GrowthABM tłumaczy, że growth hacking, jako termin, mocno stracił:
– Growth hacking jako hasło z konferencji, jako wpis w CV, jako tytuł kursu - to się zdegenerowało. Globalnie szczyt przypadł na lata 2014-2017, w Polsce z opóźnieniem, mniej więcej 2017-2018. I dokładnie wtedy zaczęła się degradacja. Z oryginalnej idei Ellisa została lista sztuczek: fałszywe liczniki odliczające czas, pop-upy na pół ekranu, "ostatnia szansa na ofertę" wysyłana co tydzień. Wszystko z etykietką "growth hack" – opowiada Baranowski.
Baranowski ocenia, że growth hacking "zabił" własny sukces – termin został przejęty przez osoby skupione bardziej na sprzedaży kursów niż realnym wzroście firm. Jak dodaje, sam był kiedyś jego propagatorem. Podkreśla też, że pojedyncze "hacki" działają krótko, a firmy szukające jednego triku na wzrost mają problem nie z narzędziami, lecz ze sposobem myślenia.
Firmy coraz częściej szukają po prostu specjalistów od marketingu, choć nazwa "growth manager" nadal wpływa na wycenę stanowiska. Baranowski zauważa, że podobne role mogą różnić się wynagrodzeniem nawet o 30-40 proc., a stawki wahają się od około 6 tys. zł brutto dla juniorów do 45 tys. zł brutto dla head of growth.
Marczak dodaje, że dziś zarobki specjalistów od wzrostu zależą przede wszystkim od wartości, jaką potrafią dostarczyć firmie, a typowe widełki mieszczą się w przedziale od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.
AI prompter
Pojawił się: 2023 rok
ChatGPT został udostępniony publicznie 30 listopada 2022 roku i w niespełna cztery lata mocno zmienił sposób wykonywania pracy umysłowej i kreatywnej. Czy ją ułatwił, utrudnił, a może skomplikował? To zależy od perspektywy.
W wielu firmach AI stała się codziennym narzędziem – od pisania maili i tworzenia list zadań po generowanie grafik, filmów czy dźwięków. Jednocześnie nie wszyscy z niej korzystają. Według badania Future Mind z kwietnia 2026 roku 19 proc. pracujących Polek i Polaków nigdy nie miało kontaktu ze sztuczną inteligencją, a 16 proc. używa jej codziennie.
Coraz ważniejszą umiejętnością staje się więc tworzenie promptów, czyli precyzyjnych poleceń dla AI. Choć "prompter" brzmi jak nowy zawód, na razie jest to przede wszystkim kompetencja przydatna w wielu profesjach.
Łukasz Szulim, graphic designer, który obecnie uczy się korzystać z bardziej zaawansowanych narzędzi sztucznej inteligencji, tłumaczy, że dzisiaj aby efektywnie dogadać się z AI wcale nie trzeba używać skomplikowanego języka:
– Jeszcze do niedawna funkcjonowało pojęcie "prompt engineering" – pisania zapytań do AI w bardzo konkretny, techniczny sposób. Dziś modele dużo lepiej rozumieją zwykły język, więc praca z nimi przypomina raczej normalną rozmowę: daję AI ogólny pomysł, dorzucam referencje (to, co mi się gdzieś podoba i jak to działa), a potem dopytuję, co można poprawić. I tak iteracyjnie dochodzimy do satysfakcjonującego efektu – tłumaczy Szulim.
Ekspert podkreśla, że skuteczne korzystanie z AI wymaga nie tylko znajomości narzędzi, ale też umiejętności komunikacji. Jak zauważa, można nawet wykorzystać AI do tworzenia kolejnych promptów, jednak najlepsze efekty daje dostarczanie modelowi odpowiedniego kontekstu i własnych pomysłów.
Katarzyna Orgelbrand, producentka AI w Odeon.one, wskazuje, że kluczowe są przy tym cierpliwość, ciekawość świata i zdolność precyzyjnego formułowania myśli.
Na pytanie, jakim wsparciem jest AI w codziennej pracy, Szulim stwierdza, że sztuczna inteligencja znacząco poszerza zakres jego możliwości: – Przede wszystkim ją (pracę – red.) przyspiesza, uwalnia głowę na kreatywne rzeczy i daje narzędzia, których wcześniej nie miałem pod ręką. Z zawodu jestem grafikiem, a nagle mam dostęp do tworzenia zupełnie innych treści: filmów według scenariusza, copywritingu czy nawet prostych programów za pomocą tzw. vibe codingu (czyli budowania aplikacji przez rozmowę z AI, bez klasycznego pisania kodu). Do tego dochodzi praktycznie nieograniczona, zależna tylko od wyobraźni biblioteka grafik, filmów i głosów, które sam sobie generuję. Narzędzia takie jak ElevenLabs pozwalają mi na przykład zdubbingować własny film – tłumaczy.
Orgelbrand, która pracuje obecnie w zespole zajmującym się produkcją filmów generowanych w całości przez AI, zaznacza, że również w jej pracy tworzenie odpowiednich zapytań to tylko część całego kreatywnego procesu: – Nie szukamy ludzi do tworzenia promptów, tylko reżyserów AI. To dużo szersze pojęcie. To są bardzo zdolni ludzie, w różnym wieku, którzy nie myślą o prompcie, tylko o jego efekcie.
Na jakie pieniądze mogą liczyć? – Średnie stawki w zależności od czasu pracy, umiejętności i sprawności w Europie sięgają 50-150 dolarów za wygenerowaną minutę filmu, z utrzymaniem ciągłości akcji, edycją i zgodnością ze scenariuszem – wylicza Orgelbrand.
Szulim dodaje: – Umiejętność obsługi narzędzi AI jest teraz wyraźnie pożądana. Pracodawcy szukają osób, które wiedzą, jak to wykorzystać. Ze stawkami jest trudniej i tu wolę być szczery: chyba wciąż za wcześnie, żeby samo "umienie w AI" decydowało o wynagrodzeniu.
Jakimi kompetencjami wobec tego trzeba było się wykazać kiedyś, chcąc wejść na rynek medialny, a jakimi dzisiaj? Jak zmieniły się zawody, których w 2001 roku na dobrą sprawę jeszcze nie było, a dzisiaj stanowią filary medialnego ekosystemu?










