"Znajomi dziennikarze robią wielkie oczy, gdy słyszą, jak pracujemy". Wywiad z prezeską "Pisma"

Dla wielu redakcji 25 tys. znaków to tekst bardzo długi. Tymczasem w "Piśmie" to... jeden z krótszych. O tym, czy w dzisiejszych realiach to w ogóle ma sens, rozmawiam z Urszulą Kifer, prezeską i redaktorką naczelną Magazynu "Pismo", który właśnie świętuje swój setny numer. Z tej okazji zaglądamy głęboko za kulisy tytułu, który w teorii nie ma prawa się utrzymywać, a w praktyce robi to skutecznie już od ośmiu lat.

Michał Mańkowski
Michał Mańkowski
Udostępnij artykuł:
"Znajomi dziennikarze robią wielkie oczy, gdy słyszą, jak pracujemy". Wywiad z prezeską "Pisma"
Urszula Kifer, prezeska i redaktorka naczelna "Pisma".

Od ilu znaków zaczyna się długi tekst? 

U nas od 60 tysięcy.

Przecież to już mała książka.

Tak, ale dla mnie to w ogóle nie jest problem, bo my tak patrzymy na "Pismo". Naszą konkurencją nie są tylko inne magazyny, ale czasami właśnie książki. "New Yorker" pozostaje naszym punktem odniesienia. Na bazie publikowanych tam artykułów powstało sporo książek, niektóre były 1:1 zapisem serii artykułów.

A krótki?

Mniej więcej 25 tysięcy.

Wiesz, że to dość osobliwe proporcje w dzisiejszych mediach? 

Bardzo rzadko udaje się napisać krócej tekst spełniający standardy "Pisma".

Mój pierwszy redaktor w karierze nauczył mnie, że każdy tekst można skrócić.

Zgoda, ale nie każdemu tekstowi zrobi to dobrze. Niektórym pomaga wydłużenie, innym skrócenie. My mamy ten komfort, że możemy operować w obie strony. Jeżeli tekst jest przegadany albo trudny w odbiorze, to staramy się go skracać, żeby nie znęcać się nad czytelnikami.

Tymczasem w równoległym świecie mediów 25 tysięcy znaków to już baaardzo długi tekst, a krótki ma 2-3 tysiące. 

Są media, które robią np. przegląd wydarzeń i tam te kilka tysięcy wystarczy, ale czytanie "Pisma" ma inny cel. Pokazujemy rzeczy głębiej, bo mamy poczucie, że ważne tematy zasługują na więcej miejsca. Czasami i tak musimy z bólem serca skracać, bo chcielibyśmy napisać jeszcze dłużej. 

Ale każde medium może powiedzieć o sobie coś takiego.

Nam bardzo zależy, żeby dawać przyjemność z czytania. Jeżeli tekst jest dobrze napisany, bo autor lub autorka ma świetne pióro, to naprawdę te kilkadziesiąt tysięcy znaków jest potrzebne. Średnio nasze teksty mają po 40 tysięcy znaków.

A nie jest tak, że łatwo przegadać tekst, ale sztuką jest zrobić coś, co będzie zjadliwe w formie i dostosowane do czasów?

Absolutnie. Długość nie jest wartością samą w sobie. To ryzyko, na które trzeba uważać. Łatwo wpaść w pułapkę, że skoro jesteśmy znani z publikowania długich tekstów, to wszystkie muszą mieć 100 tysięcy znaków. U nas długość jest funkcją, a nie celem samym w sobie. Dzięki temu możemy głębiej wejść w jakiś temat, np. żeby pokazać problem smogu w Polsce od różnych stron, te 90 tysięcy znaków po prostu było potrzebne. Tekst był napakowany faktami, danymi i historiami ludzi. 

A jaki był najdłuższy w Waszej historii?

Pewnie przekroczył 100 tysięcy znaków.

Badacie, ile z nich jest czytanych do końca?

To trudne do analizy, bo nasz główny kanał dotarcia to papier. Twarde bieżące dane mamy tylko z internetu, ale to nie jest do końca reprezentatywne, bo długie teksty chętniej i lepiej czyta się w papierze niż na ekranie. Co roku robimy badanie naszych prenumeratorów i tylko czasami pojawiają się tam uwagi dotyczące braku czasu na czytanie tak długich tekstów. To coś, co nas wyróżnia i dlatego ludzie po nas sięgają. 

Przejrzałem trochę tekstów "Pisma" przy okazji nominacji do Wirtuali i mam z nim jeden problem.

Jaki?

Że to bardzo fajne tematy, które każdy szef redakcji chętnie widziałby u siebie w newsroomie, ale ich forma to często bardziej naukowe eseje niż zwykłe dziennikarstwo. 

To ja nie traktuję tego jako zarzutu. Tak, publikujemy eseje, ale mamy też reportaże, sylwetki – to wszystko to gatunki dziennikarskie. W polskich mediach są niemal nieobecne, ale na świecie wciąż żyją, wystarczy spojrzeć na niektóre formaty "New Yorkera", "The Economist" czy "The Atlantic". 

Poezja, opowiadania? To może "Pismo" nie jest już projektem dziennikarskim?

Jest, bo większość tego, co publikujemy, to non fiction. Nasze teksty niezależnie od formy podlegają tym samym kryteriom co inne teksty dziennikarskie: rzetelności, oparcia na faktach, przejrzystości. To dla mnie kwintesencja dziennikarstwa. 

Był zarzut, teraz komplement. Nie wkurzasz się, że macie u siebie tyle dziennikarskiego złota i fajnych tematów, a docierają one do wciąż niewielkiej grupy ludzi?

Z jednej strony mamy poczucie, że oczywiście możemy docierać szerzej. I to jest coś, nad czym teraz intensywnie pracujemy. Z drugiej to, co my publikujemy, zawsze będzie w jakiś sposób niszowe, bo nie każdy ma ochotę i czas czytać tak długie teksty. Wiem jednak, że taka grupa zawsze będzie istniała i że jest większa niż nasi obecni czytelnicy i czytelniczki.

To może brakuje Wam trochę marketingu?

Nie powiedziałabym, że brakuje, bo mamy super zespół marketingu, który robi super robotę, ale faktycznie sama skala mogłaby być większa. Nie wysyciliśmy jeszcze naszego potencjału i to napawa mnie optymizmem, bo możemy jeszcze dużo zdziałać.

Dużo wydajecie na promocję?

Nie, chciałabym więcej, wiele działań też realizujemy barterowo, ale wszyscy się borykamy z wyzwaniem, jakim są platformy i big techy. Nasze treści też mają często problem z przebiciem się.

Przecież przy tej skali to w ogóle Was nie powinno dotykać. Nie jesteście masową hurtownią medialnych kurczaków, tylko macie szczęśliwe kury na wolnym wybiegu. 

Tak, ale wszystko, co robimy, robimy dla czytelników i czytelniczek. Dlatego nie mam gdzieś naszych zasięgów, bo to odpowiedź na pytanie, czy ludziom podoba się to, co u nas znajdują. Naszą strategią jest opieranie się na przychodach głównie od odbiorców, więc nie możemy tego ignorować, bo to wymierne potwierdzenie tego, że ludzie chcą płacić za to, co robimy.

To nie jest tak, że jesteśmy oderwani od rzeczywistości. Mamy świadomość niszy, nie chcemy robić czegoś, co będzie masowe, bo to zupełnie inna formuła. Takich mediów jest już wystarczająco wiele, ale powtarzam – to nie znaczy, że zasięgi nie mają dla nas znaczenia.

Urszula Kifer
prezeska i redaktorka naczelna "Pisma"

To ile macie odbiorców?

Nasze zasięgi w mediach społecznościowych to kilkadziesiąt tysięcy osób. Stałych czytelniczek i czytelników mamy łącznie ok. 10 tysięcy.

Co znaczy łącznie?

Czytelników drukowanego miesięcznika, subskrybentów wydania online czy słuchaczy audio.

I wszyscy płacą?

Tak. Nie mamy prawie żadnych darmowych treści. Można zapłacić za dostęp miesięczny, ale kluczowe są stałe subskrypcje czy prenumeraty. Chcemy, żeby "Pismo" towarzyszyło naszym odbiorcom na dłużej.

Wiem, że "wszystkie dzieci kocha się tak samo", ale co jest dla Was najważniejsze: druk, online, audio?

Papier to nasz flagowy produkt i to on jest tym, co nas wyróżnia. "Pismo" bez wydania papierowego po prostu by nie istniało, nie miałoby sensu. Takie treści zasługują na tę formę wydania. "Pismo" przede wszystkim jest papierowym miesięcznikiem, który ma też wydanie cyfrowe i audio, ale w swojej istocie to jest druk.

A jak odróżniasz elitarność od elitaryzmu? Sporo mediów chce być jakościowych, ale łatwo stać się hermetycznym. 

Nie myślimy o sobie w ten sposób, wolę słowo "niszowy" niż "elitarny". Chciałabym, żeby w Polsce to elita czytała dłuższe teksty, ale dziś to słowo kojarzy się nieco inaczej. Pułapka hermetyczności zawsze istnieje, zwłaszcza jak publikuje się poezję czy bardzo długie teksty, ale chcę wierzyć, że tacy nie jesteśmy, bo naprawdę słuchamy tego, co mówią nasi czytelnicy i czytelniczki. 

© Fot. Materiały prasowe

Mało tu w środku reklam.

Mało. Świadomie.

Ale przychodzą klienci?

Przychodzą i nawet płacą (śmiech). Natomiast od początku założeniem było to, żeby reklamy nie były głównym źródłem przychodów. Przedzieranie się przez gąszcz stron reklamowych nie wpływa na komfort czytania. 

GQ czy Vogue pewnie by się zaśmiali.

Pewnie tak, ale trudno nas porównywać 1:1.

Subskrypcje, prenumeraty, reklamy, granty, darowizny. Która z tych rzeczy naprawdę utrzymuje "Pismo" przy życiu?

Największa część to przychody od prenumeratorów, subskrybentów oraz ze sprzedaży detalicznej.

Human generated money?

Dokładnie. Prenumeraty i subskrypcje, a także pojedyncza sprzedaż. My i tak mamy komfortową sytuację w porównaniu do innych mediów, bo mamy produkt, który możemy fizycznie sprzedawać, a nie tylko płatny dostęp online. Nie opieramy się tylko na fundraisingu czy donacjach, ale mamy drukowany magazyn, który można wziąć z półki do ręki. To pomaga. 

Za jaki procent przychodów odpowiadają czytelnicy?

W zeszłym roku to było ok. 60 proc.. I naszym celem jest to, by nadal zwiększać to źródło przychodu

A takie najzwyklejsze reklamy od klientów?

To mała noga biznesowa, ale dla nas ważna, bo współpracujemy tu komercyjnie głównie z instytucjami kultury, np. teatrami, galeriami itd., więc to jest coś, co naturalnie do nas pasuje. Reklamy są też często elementem szerszych współprac. 

I oni mają pieniądze na taką promocję?

Jasne, fundacje biznesowe działające na styku kultury i sztuki, prywatne galerie, instytucje kultury finansowane z budżetów miejskich czy państwowych – wszystkie te organizacje zawsze mają w swoich działaniach budżet na promocję.

A z grantów dużo udaje Wam się pozyskiwać?

Kiedyś stanowiły znacznie większą część naszych przychodów, ale to, co się wydarzyło w zeszłym roku, nas dotknęło.

Donald Trump, który wycofał wsparcie finansowe dla zagranicznych organizacji?

Tak. Straciliśmy przez to 100 tysięcy złotych. I mówię tutaj o umowach, które już mieliśmy podpisane, a nie jakichś hipotetycznych okazjach, na które liczyliśmy. Dzięki temu, a może przez to, granty dzisiaj traktujemy jedynie wspomagająco. Z grantami są dwa problemy. Po pierwsze jest ich dzisiaj o wiele mniej i to bardzo niestabilne źródło przychodu, a po drugie zazwyczaj są to granty projektowe. To pułapka, którą zna każda organizacja finansowana z grantów. 

Dlaczego?

Żeby dostać pieniądze, musisz zrobić coś dodatkowego do swojej codziennej działalności. I w pewnym momencie to często kończy się tak wielkim rozsmarowaniem, że w ostatecznym rozrachunku z takiego grantu niewiele faktycznie się zyskuje i praktycznie wychodzisz na zero. Nie mówiąc o tym, ile dodatkowej pracy trzeba było wykonać. Na dodatek to nie jest coś, co rozwija organizację długofalowo, bo projekty – i ich finansowanie – z założenia prędzej czy później się kończą.

Jaka była największa pojedyncza darowizna, którą dostaliście?

100 tysięcy złotych się zdarzało.

Od osoby prywatnej czy instytucji?

Różnie.

To już naprawdę ładnie.

Mamy to szczęście, że osoby prywatne i instytucje wspierają nas darowiznami, to też dla nas sygnał, że idziemy w dobrym kierunku, ale w Polsce to wciąż rzadkie w porównaniu do Niemiec, Austrii, Francji, USA czy Wielkiej Brytanii.

Jak dużym biznesem jest "Pismo"? Ostatnie raportowane wyniki za 2024 to ok. 4 mln przychodów i na granicy zyskowności. 

Jesteśmy w trakcie tworzenia raportu za 2025 rok, ale jeszcze go weryfikujemy.

Ale nad wodą czy pod wodą?

Nie ma co pudrować rzeczywistości, bo publikujemy te dane oficjalnie, więc mogę zaspoilerować, że w zeszłym roku mieliśmy stratę. Część projektów nie przyniosła oczekiwanych zysków.

W co na przykład?

Głównie w audioseriale, to kosztowne produkcje, na których niestety nie udało nam się zarobić tyle, ile planowaliśmy.

To o tyle ciekawe, że wiele osób kojarzy "Pismo" głównie z Waszymi śledztwami audio.

Tak, pierwsze "Śledztwo Pisma" Mirka Wlekłego to jedna z najlepszych rzeczy, jakie się wydarzyły podcastowo w tym kraju. A nie byłam wtedy jeszcze w ogóle związana z "Pismem" – byłam w tym zakochana jako zewnętrzna słuchaczka. Na początku te audioseriale miały inne cele,w przeciwieństwie do treści z miesięcznika, dostępne były za darmo.


Dzięki temu poszerzaliśmy grupę odbiorców o osoby, które niekoniecznie sięgnęłyby po miesięcznik, poza tym wtedy to było coś zupełnie nowego na rynku. Dziś jest tego typu treści dużo więcej. Jest to jednak bardzo wymagający finansowo i koordynacyjnie projekt, podjęłyśmy więc decyzję o tym, aby skupić się na wydawaniu papierowego wydania "Pisma". Nie wykluczamy produkcji kolejnych audioseriali. 

To nie możecie dogadać się np. z Audioteką czy Storytelem?

Mieliśmy partnerstwo z Audioteką, ale w zeszłym roku Audioteka zdecydowała o zakończeniu tej współpracy, więc szukamy innych opcji. W zakresie wydania audio nawiązaliśmy w tym roku świetną współpracę z Radiem 357. Ale jeśli chodzi o audioseriale, to w modelu, w którym produkujemy to całkowicie sami – mimo dużej słuchalności i pozytywnego odbioru – to się finansowo nie spina, bo to bardzo drogie realizacje.

Drogie, czyli ile?

Nie wiem, czy powinnam takie rzeczy mówić.

Michał Brański, CEO Audioteki, powiedział mi w wywiadzie, że superprodukcja audio to koszt kilkuset tysięcy złotych.

To u nas jest to do 100 tysięcy złotych, a czas realizacji to często nawet rok. 

Podpisujecie zlecenie z autorem czy jest wtedy na stałej pensji?

Podpisujemy umowę na konkretne zlecenie, na zrobienie serialu, a wynagrodzenie jest wypłacane w kilku transzach.

© Fot. Materiały prasowe

Ile osób dzisiaj współtworzy "Pismo"? 

W fundacji "Pismo" zatrudniamy 14 osób na etatach, więc to jest nasz stały zespół. Do tego mamy dookoła grono stałych autorek, autorów i to jest pewnie razem z rysownikami około 30 kolejnych osób. To freelancerzy, którzy piszą lub rysują dla nas na zlecenie, ale to są faktycznie nasi stali współpracownicy i współpracowniczki. 

Jak duże koszty macie miesięczne?

Około 300 tysięcy złotych.

No to już trochę waży.

Robienie papierowego miesięcznika to jest wielkie wyzwanie, z którego nie zdaje sobie sprawy nikt, kto tego nie robił. Ludzie nie wiedzą, jak droga to zabawa. Druk i dystrybucja to dwa koszty, których twórcy portali w ogóle nie muszą uwzględniać, a my owszem. I jest to koszt stały, niezbędny i nie do przeskoczenia. Jesteśmy też odpowiedzialni, jeśli chodzi o formę zatrudnienia, więc mamy ludzi na etatach. W tym kraju nie jest to łatwe, bo koszty takich umów są wysokie.

A ile płacicie za tekst?

To zależy od formatu, ale stawki są raczej w tysiącach niż setkach złotych, bo jednak napisanie tekstu do "Pisma" zajmuje sporo czasu. Cały proces redakcyjny z fact-checkingiem i poprawkami trwa zazwyczaj kilka miesięcy. Wracając do kosztów, stawiamy mocno na stronę graficzną, zamawiamy ilustracje do tekstów u polskich grafików i graficzek, a to też kosztuje.

No to zmierzymy się z tym. Skoro są duże koszty i problem z zyskiem, to dlaczego nie kupić za 200 złotych abonamentów Midjourney i ChatGPT i generować tam ilustracji? Może to będzie brutalne, ale w pół godziny zrobilibyśmy wszystkie ilustracje do tego numeru w takim samym klimacie.

Bo wspieranie kultury to misja "Pisma"...

… ale nic nikomu z misji, gdy jest się pod kreską i leci na stracie.

Ale ja poważnie tak uważam. Wiem, że to może brzmieć naiwnie i oderwane od rzeczywistości, ale robimy to od ośmiu lat i cały czas działamy, więc widać, że da się. Bardzo wierzymy w "human generated content" na każdym poziomie. To ma dużo większą wartość dla odbiorców niż po prostu ładny obrazek stworzony przez AI. To, że mamy ilustracje tworzone przez prawdziwych ludzi, wzbogaca nasze treści. Okładkę setnego numeru przygotowała Joanna Karpowicz, artystka wisząca w muzeach i galeriach. Potem planuje go sprzedać na aukcji charytatywnej. 

© Licencjodawca

Teraz mówisz jak redaktorka naczelna czy prezeska? Te role trochę się wykluczają.

W organizacji naszej skali tych ról w jednej osobie jest jeszcze więcej. Moim zadaniem jest spiąć "Pismo" tak, żeby działać według naszej misji, a jednocześnie móc wypłacać pensje i ukazywać się w druku. I wciąż się to udaje, choć nie ukrywam, że gdy wyszedł pierwszy numer "Pisma", miałam mało nadziei, że to przetrwa. Myliłam się. 

To może "Pismo" jest magazynem, który istnieje po to, by dawać jego autorom dobre samopoczucie, ale nie jest w stanie być medium z poukładanym biznesem, które się rozwija?

Satysfakcja z pracy jest bardzo ważna i to nas w "Piśmie" łączy, ale nie istnielibyśmy, gdyby to się nie spinało. Przy takim produkcie z zasady zawsze będziemy mieli ograniczoną grupę odbiorców, ale to nigdy nie miał być projekt charytatywny, działający w oderwaniu od realiów rynku. Mamy ambitne plany rozwoju, przygotowane strategie, dobrze przygotowany zespół – więc dobre samopoczucie może iść w parze z dobrze poukładanym biznesem.

Podobno macie legendarną procedurę fact-checkingu?

Znajomi dziennikarze w Polsce robią wielkie oczy, jak opowiadam, jak wygląda nasza procedura weryfikacji treści. Jesteśmy jedyną papierową redakcją w Polsce, która ma tak zaawansowany proces, tymczasem na Zachodzie to standard.

To jak wygląda?

Na początku każdy tekst jest sprawdzany językowo i fact-checkingowo przez zewnętrzną redaktorkę. W praktyce chodzi o sprawdzanie dokładnie każdej informacji, jaka w tekście się znajduje, każdej danej, każdej daty, każdego imienia i nazwiska, każdego cytatu. Żeby to zilustrować: ja sama pracowałam w tej roli przez parę lat, jeszcze zanim związałam się z "Pismem" na stałe. Na przykład mamy tekst z pobytu kogoś w Stambule i autor opisuje, że idzie z hotelu na bazar. Ja to sprawdzałam w Google Maps, czy faktycznie zajmuje mu to 15 minut, jak napisał. Albo jak opisuje, że uliczka jest pokryta brukiem, to sprawdzam na zdjęciach, czy faktycznie ta uliczka tak wygląda. To jest ten poziom szczegółowości.

Faktycznie spory.

A to dopiero pierwszy etap zewnętrznego fact-checkingu – chodzi o to, by zrobiła go osoba, która wcześniej w ogóle z tym tekstem nie pracowała. Kolejny etap to double check przez Marcina Czajkowskiego, naszego redaktora ds. weryfikacji treści. On rozstrzyga rzeczy, które nie są do końca potwierdzone, a te, których nie jest w stanie zweryfikować, po prostu usuwa z tekstu. I dopiero potem, ja jako redaktorka naczelna lub osoba prowadząca tekst, dokonuję ostatecznych rozstrzygnięć w najbardziej wątpliwych kwestiach. 

Największa wtopa, jaka się wydarzyła przy takim procesie fact-checkingu?

Wiesz, zawsze coś może umknąć, ale wydaje mi się, że nie mieliśmy żadnego procesowo kompromitującego błędu. Ten mechanizm jest po to, żeby umknęło jak najmniej i żeby to ryzyko zminimalizować. Z tego, co pamiętam, kiedyś nam się zdarzyło opublikować mapę regionu, na której nie było Nowej Zelandii, za co wszystkich Nowozelandczyków bardzo przepraszam.

A pamiętasz, przed jaką największą wpadką udało się uchronić, bo została wyłapana?

Moja ulubiona może nie jest dużym błędem, ale mnie bawi i pokazuje, o co chodzi w fact checkingu. Ktoś opisywał bitwę historyczną i chciał zacząć takim obrazkiem: "to była niedziela, wojska stanęły przed bramami miasta". Sprawdziłam: to była środa. I wiem, że czytelnikowi to nie robi różnicy, ale mam poczucie, że jak stawiamy na czymś ten stempel "Pisma", to ma być to znak, że dołożyliśmy naprawdę wszelkich starań, żeby to było zweryfikowane.

A czemu nie robicie wideo? Czy odpowiedź jest trochę taka jak o audio: bo za drogo?

To są fajne rzeczy i mamy różne pomysły na audio i wideo, ale to nie jest nasza główna działalność. Na tym etapie rozwoju to by nas po prostu odciągnęło od robienia tego, co jest dla nas najważniejsze, czyli drukowanego magazynu. 

Piotr zakładał "Pismo" z myślą, że chce, by ten projekt się udał, ale nie będzie zajmował się nim do emerytury. Miał pomysł i znajomości w biznesie, dzięki czemu znalazł finansowanie na rozkręcenie tego magazynu, ale doszedł do momentu, w którym uznał, że jego rola już się skończyła i że ma komu przekazać pałeczkę. To była jego decyzja.

Jest jeszcze w jakiś sposób zaangażowany?

Na razie odpoczywa od nas.

Kto jest właścicielem Pisma?

Jako fundacja nie mamy udziałowców, to jest niezależny byt. Fundacja jest zarządzana przez dwuosobowy zarząd: mnie i Inez Jaworską. Organem nadzorczym jest rada fundacji, w której zasiadają osoby wspierające nas od początku.

No ale musi być jakiś ostateczny beneficjent rzeczywisty.

Beneficjentką jest Agnieszka Liszka, jedna z założycielek "Pisma" i członkini rady fundacji, oraz my jako członkinie zarządu, ale to są stanowiska nominalne. Nie mamy udziałowców, wszystkie zyski z naszej działalności są z powrotem inwestowane. Zresztą jesteśmy fundacją non profit, organizacją pożytku publicznego, na nas się nie zarabia.

Dlaczego "Pismo" nie jest tak popularne w online, jak mogłoby się wydawać, patrząc na Wasze tematy? Mediapanel pokazuje jakieś symboliczne 16 tys. RU miesięcznie.

Mam podejrzenie, że chodzi o bariery technologiczne po naszej stronie. Nasz serwis powstał osiem lat temu i to widać. Co z tego, że jest ładnie dla użytkownika, skoro wiemy, że tracimy przez to chociażby SEO-wo. Nowa strona z nowocześniejszą infrastrukturą na pewno by nam pomogła. To jeden z naszych głównych celów fundraisingowych, żeby móc zrobić to raz, a dobrze. Wbrew pozorom mamy też problemy, jakie mają większe media. Nasz popularnonaukowy tekst poświęcony historii kobiecego orgazmu zarobił dla nas shadowbana od Facebooka. Teksty o rosyjskiej dezinformacji też nie pomagają. 

Co przez te sto numerów działa lepiej, niż się spodziewaliście, a co was regularnie z jakichś powodów rozczarowuje?

Mnie najbardziej zaskakuje, że projekt z tak ambitnymi założeniami i idealistycznym podejściem naprawdę w Polsce rynkowo działa przez tyle lat. Te sto numerów pokazuje, że to już nie jest jakaś efemeryda, której pomaga efekt nowości, ale możemy śmiało powiedzieć, że możliwe jest wydawanie magazynu papierowego z długimi tekstami i tak starannym procesem wydawniczym, jaki jest dla nas kluczowy. Że coś, z czego wiele mediów rezygnuje, bo uważa, że to jest niemożliwe i się nie zepnie, jest możliwe.

Na co wydałabyś dodatkowy milion, gdybyś miała go do dyspozycji od jutra?

Wiesz, milion przy tej skali biznesu to wcale nie jest tak dużo (śmiech).

Możemy powiedzieć dziesięć, ale jeden jest chyba bardziej realny.

Pierwsza rzecz to wspomniana strona internetowa i większe środki na marketing. Poza tym trochę zostałoby na zainwestowanie w droższe formaty, które pozwoliłyby nam na przykład wysyłać dziennikarzy za granicę. I ostatecznie pewnie nieco powiększyłabym zespół od strony administracyjnej. 

Co byś doradziła szefom polskich redakcji?

Żeby nie bali się tworzyć dobrego, jakościowego dziennikarstwa. Przez 20 lat byłam świadkinią wielu sytuacji, w których szefowie mediów (bo zazwyczaj to byli mężczyźni) podejmowali decyzje tylko ze względów biznesowych i skutkowało to spadkiem nakładów, czytelnictwa i jakości. Na tych wszystkich strategiach ciągle za mało bierze się pod uwagę zdanie czytelników i czytelniczek. Wielu firmom, wydawcom, redaktorom naczelnym, prezesom towarzyszą błędne założenia. Zakładają, że czegoś się nie da, i po prostu rezygnują z różnych rzeczy, nie podejmując nawet próby przetestowania.

To już trochę za bardzo idealistyczne i oderwane od realiów.

Dlatego nie można się w tym idealizmie zatracić. To jest bardzo ważne i duże wyzwanie, zwłaszcza dla małych niezależnych projektów medialnych. Często tworzą je ludzie, którzy są świetni merytorycznie, mają warsztat, ale nie mają przygotowania biznesowego. Chciałabym, żeby było tak, że jakość się sama obroni i to wystarczy, ale tak nie jest. Natomiast to działa też w drugą stronę: ta jakość jest potrzebna, żeby osiągnąć sukces czytelniczy czy biznesowy.

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

ASAP&ASAP realizuje kampanię launchową nowego modelu Isuzu

ASAP&ASAP realizuje kampanię launchową nowego modelu Isuzu

Nowa naczelna "Aktivista". W przeszłości w "Vogue Polska"

Nowa naczelna "Aktivista". W przeszłości w "Vogue Polska"

Wawrzyniec Kostrzewski dołącza do Under Ski Tower

Wawrzyniec Kostrzewski dołącza do Under Ski Tower

FilmBox zmieni kanały 10 czerwca. Startuje FilmBox+ Stream

FilmBox zmieni kanały 10 czerwca. Startuje FilmBox+ Stream

KRRiT: Abonament RTV znowu zdrożeje

KRRiT: Abonament RTV znowu zdrożeje

Marina Łuczenko-Szczęsna ambasadorką lodów Magnum

Marina Łuczenko-Szczęsna ambasadorką lodów Magnum